Reklama

Reklama

Mamo, wprowadzam się

W końcu propozycja: w jednej z firm szukają asystentki. Pensja nieduża, ale możliwość awansu. No i etat. "Nie będę siedzieć za 1200 zł osiem godzin na tyłku. Mam większe ambicje. Zrozum", przytuliła się do mnie. Zagryzłam zęby, szukałam dalej. Podrzucałam kolejne pomysły. To nie, tamto nie. Ona chce pracować w reklamie albo w public relations. I na pewno nie jako asystentka.

Reklama

Potem pomysł, że wyjedzie do Szwecji, Norwegii, Francji. "Pożyczysz mi pieniądze?", pytała. Oczywiście pożyczałam. Wracała po dwóch, trzech tygodniach. "Nie ma pracy", kwitowała. "Ona sobie robi wakacje na twój koszt", analizowały przyjaciółki. A ja się na nie złościłam. Załatwiłam Marcie sprzątanie i opiekę nad dziećmi u przyjaciół. Po miesiącu zrezygnowała, a ja wstydziłam się do nich zadzwonić. Tak było ciągle.

Córka zagarniała moją przestrzeń. Znajomi, jeden chłopak, drugi chłopak. Gdy próbowałam protestować, krzyczała: "Jestem dorosła! Odczep się". Potem przychodziła, przepraszała, płakała. "Czuję się nikim", tłumaczyła. "Kryzysowa dziewczyna", myślałam zła. Bo zawsze, gdy chciałam porozmawiać o zmianach, okazywało się, że przeżywa dramat. Jej były chłopak się ożenił, nowy nie przyszedł na randkę, przyjaciółka zawiodła. "Żyję z małą dziewczynką", konstatowałam.

Mama Agnieszki: "Wywalili Marcina z pracy. Nie wiem, jak będziemy żyć - oznajmiła Aga. - Nasze mieszkanie 1500 zł plus opłaty. To niewiele mniej niż zarabiam - żaliła się. Spontanicznie rzuciłam: - Wprowadźcie się do mnie. Marcin znajdzie pracę i wszystko się zmieni". Agnieszka rozpromieniona już następnego dnia zaczęła zwozić rzeczy. Jeden karton, drugi, trzeci. Wszystko wylądowało na jasnym dywanie w sypialni. Odwróciłam wzrok i wyrzucałam sobie, że jestem małostkowa. Zrobiłam kolację.

Wieczorem Marcin zapewniał: "Dziękujemy, to na chwilę". Uśmiechnęłam się i poszłam spać na sofę. Pierwszy zgrzyt już w tym samym tygodniu. Przez godzinę nie mogłam wejść do łazienki, bo Marcin się szykował na spotkanie w sprawie pracy. Pukałam co najmniej pięć razy. "Zaraz", odpowiadał lekko. "Egoista", mówiłam pod nosem, chociaż go lubiłam.

Inne rzeczy? Na początku jakoś je znosiłam. Agnieszka o czwartej rano wracała z dyżuru w portalu internetowym i rozbijała się po kuchni. Picie, jedzenie, trzaskanie drzwiami, brzęk talerzy. Z moim spaniem koniec. A o siódmej i tak wstawałam do pracy. Z kolei w weekendy odsypiali oni, więc ja chodziłam jak trusia, żeby ich nie obudzić.

Intymność? Zerowa. Akustyczne ściany, słyszałam, jak się kłócą i kochają. Potem natykałam się na Marcina w samych majtkach. Pieniądze? Z tym było najtrudniej. Nie dokładali się do rachunków, ale to byłam w stanie przeżyć. Z drugiej strony córka bardzo pilnowała, żebyśmy mieli osobne półki w lodówce. Dwie ich, dwie moje. "Jemy inne rzeczy", tłumaczyła. A potem krzyczała: "Gdzie jest serek pleśniowy?", gdy wzięłam przypadkowo kawałek francuskiego sera, który co rano jadł Marcin.

Sytuacja się przedłużała. Minął miesiąc, dwa, pięć. Miałam wrażenie, że mojemu przyszłemu zięciowi jest dobrze i wcale nie chce zmian. Posprzątane (ja), ugotowane (Aga). Coraz rzadziej chodził na spotkania w sprawie pracy. "Chyba wrócę do grania", rzucił kiedyś. Od znajomych kupił elektryczną gitarę. "Na raty", usprawiedliwiała go Aga. Dowiedziałam się, że taka gitara to spokojnie pięć tysięcy złotych. Zagotowałam się.

A czynsz? A gaz? A prąd? A może zadatek na nowe mieszkanie? - miałam ochotę zapytać Marcina. Ale on siedział całymi dniami i brzdąkał na instrumencie. "Jest jak mój były mąż. Zero odpowiedzialności. To nie jest mężczyzna dla mojej córki", uznałam.

Akcja apogeum

Mama Tymona: Skoszona trawa, naprawiona brama. Nie mogliśmy narzekać. Tymon się starał. Ale wróciły dawne konflikty między synem i ojcem. Mąż to despota. Dopóki Tymon był mały, ulegał. Teraz się buntował. Kłótnie? O wszystko. Kto jest lepszy: Barcelona czy Real Madryt. Rząd jest fajny czy jednak niefajny. Hip-hop czy rock. I ten sam finał. Jeszcze znośny: "Dobra, młody, znajdź robotę, zamiast się mądrzyć". I zupełnie absurdalny: "To jest mój dom, nie podoba ci się?! Do widzenia".

- "Miałeś mu dać czas - krzyczałam potem w sypialni. - Daję, ale przestań go chronić" - mąż odwracał się plecami. Między nami: lód. Na początku dawałam Tymonowi pieniądze za plecami męża. Na wyjazd nad morze: 600 złotych. Na benzynę i ubrania: 500. Ale mieliśmy wspólne konto, więc szybko się domyślił. "Rób tak dalej, to na zawsze zostanie u mamusi", krzyczał. Był zazdrosny. - "Jemu robisz makaron o 22, a kiedy zrobiłaś mnie? - Nie jesteś dzieckiem - odburkiwałam. - On też nie".

Robił sceny, gdy Tymona odwiedzali goście. "Ile dziś zjedli? Wszystkie zapasy na weekend?", niby żartował. Albo wchodził o 23 do pokoju syna i oznajmiał: "No dobra, kochani, już czas! Rodzice malucha chcą pójść spać". "Zachowujesz się żenująco", mówiłam. A on tłumaczył: "Robię to dla niego, niech się chłopak zbierze". A ja widziałam, że Tymon nie może się podnieść po rozstaniu z Anią. Był inny. Mniej zaradny, przebojowy, nawet nie wiem, czy wysyłał CV.

I moment przełomowy. Wracam wieczorem do domu. Wszędzie pozapalane światła, w środku nie ma nikogo. Na podłodze porozbijane kubki, talerze. Przewrócony wazon z kwiatami. Pies skulony w rogu. Wychodzę do ogrodu. Na trawie widzę ciemną przewalającą się masę. Patrzę oniemiała: to mój syn i jego ojciec szarpią się. Jak dwóch nastolatków. Bo znów pokłócili się o głupotę. "Zwariowaliście?!" - wrzeszczę pierwszy raz od dawna. Histeryzuję, że mam dość i zaraz to ja się wyprowadzę. Patrzą na mnie skruszeni.

Następnego dnia ustalamy nowe zasady. Inaczej: ja ustalam. Tymon ma trzy miesiące na znalezienie pracy. Koniec z utrzymywaniem. Potem może mieszkać w domu, ale dokłada się do opłat. 900 złotych miesięcznie. Reszta to jego sprawa. Mąż ma skończyć z traktowaniem syna jak dziecko. On ogranicza odwiedziny znajomych, dziewczyn. "Przysięgam wam, jeśli nie będziecie się do tego stosować, pakuję walizki. Mam dość tego piekła", zapewniałam.

Mama Marty: Któregoś dnia wzięłam kartkę i zapisałam, ile pieniędzy "pożyczyłam" córce. Wyszło ponad 20 tysięcy. Dla mnie, nauczycielki, to ogromna kwota. I nie mówię o jedzeniu, rachunkach. Tylko o wyjazdach, ubraniach, przyjemnościach, kursach księgowości czy innych, które miały odmienić jej życie. "Już tak nie mogę - oznajmiłam zdziwionej Marcie. - No i nie chcę. Możesz tu mieszkać, ale musisz mieć swoje pieniądze".

Znów trzaskanie drzwiami, krzyki, że jestem podła. Zacisnęłam zęby. Bo wcześniej przegadałam naszą sytuację ze znajomą psycholog. Powiedziała, że najlepsza jest "twarda miłość". Ten termin stosuje się w przypadku dzieci uzależnionych od narkotyków. Trzeba wyrzucać je z domu, zmuszać do samodzielności. Tak samo powinno się traktować dzieci bumerangi.

Pomoc ma swoje granice. Inaczej umacniamy ich brak dorosłości. Robimy z nich ofiary, podświadomie przywiązujemy. "Musisz sobie poradzić. Wierzę w ciebie", zakończyłam dyplomatycznie rozmowę z Martą, choć czułam się jak potwór.

Mama Agnieszki: Kłótnie, wypominanie, złość. Emocje, które zebrały się w tym ciasnym mieszkaniu, były nie do zniesienia dla wszystkich. "Twój brat jakoś sobie radzi", syczałam do córki. Ona płakała: "Zawsze wolałaś jego!". Z Marcinem przestałam rozmawiać. Miałam dość natykania się na niego w łazience, w kuchni, na balkonie.

Sytuacja ostateczna. Wracam do domu i patrzę, że w mojej dawnej sypialni zamontowano zamek. "Co to jest?!", zapytałam spokojnie wieczorem, choć czułam, że zaraz, w tej sekundzie, każę im się wyprowadzić: "Marcin uznał, że grzebiesz nam w pokoju, gdy nas nie ma", odpowiedziała równie spokojnie córka. Otworzyłam butelkę wina, pół wypiłam duszkiem, chociaż prawie nie piję.

Przez ścianę słyszałam, że oni jak gdyby nigdy nic oglądają film. Wparowałam tam bez pukania: "Macie dwa tygodnie na wyprowadzkę", oznajmiłam. I zatrzasnęłam drzwi. Rankiem oboje mnie przepraszali. Kwiaty, kolacja. Zapewnienie, że już będzie inaczej, a Marcin znajdzie pracę. Zmiękłam.

Pytanie: Co dalej?

Mama Marty: Do niedawna myślałam: "Co za piekielne czasy". Teraz częściej myślę, że to, jak Marta żyje, to moja wina. Ja w jej wieku miałam już męża, dwoje dzieci, pracowałam jako nauczycielka. Jak jest dziś? Trochę lepiej. Ostatnio znalazła pracę asystentki, robi zakupy, płaci część rachunków. Wciąż szuka lepszego zajęcia.

Czego brakuje mnie? Wolności. No i martwię się o nią.

Mama Agnieszki: Tak, wiem, sama zaproponowałam taki układ. Myślałam, że to rozwiązanie na trzy, góra cztery miesiące. Ale taki stan trwa już dwa lata. Czuję się więźniem we własnym domu. Buntuję się przeciw temu, a za chwilę mam wyrzuty sumienia. Bo przecież dzieciom trzeba pomagać. Choć się starają, niczego to nie zmienia. Troje dorosłych ludzi na 45 metrach kwadratowych.

Marcin znów chodzi na spotkania w sprawie pracy. Daję im jeszcze trochę czasu. A potem naprawdę poproszę, żeby się wyprowadzili.

Mama Tymona: Szczerze? Nie przeszkadza mi obecność Tymona. Mamy duży dom, ogród. Mąż się uspokoił. Da się tak żyć. Czasem tylko znajomi pytają: "A wasz syn to się nie chce usamodzielnić?". Chociaż mam też innych, którzy również mieszkają z dziećmi i to w o wiele gorszych warunkach.

Katarzyna Troszczyńska

TWÓJ STYL 10/2013

Dowiedz się więcej na temat: dzieci | wspólne mieszkanie | rodzice i dzieci | przeprowadzka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje