Reklama

Reklama

Kłusownicy wrażeń

Oczy uśmiechnięte do ryzyka

Reklama

Czy pasja twórcza i chęć zdobywania nowych doświadczeń to rzeczy nabyte, czy wrodzone? Wbrew powszechnemu przekonaniu nie wystarczy posłać dziecko na kilkanaście zajęć dodatkowych, aby nauczyć go kreatywnego podejścia do życia. Psycholog Teresa Amabile na podstawie badań na bliźniętach jednojajowych wychowujących się oddzielnie stwierdziła, że geny aż w połowie determinują umysł twórczy. Dom rodzinny to kluczowe miejsce dla artysty. Ilona Ostrowska wyniosła z niego fascynację dalekimi podróżami.

- Mój ojciec był marynarzem, z każdego rejsu przywoził nam do Kołobrzegu pobudzające wyobraźnię prezenty: muszle, jedwab na sukienki dla mamy, a przede wszystkim własnoręcznie nakręcone filmy. Ich projekcji towarzyszyły opowieści o egzotycznych krajobrazach, które widział - mówi Ostrowska.

- Teraz sama jestem "kłusowniczką" wrażeń. Każda podróż to dla mnie bogactwo nowych doznań, zapachów, widoków. To, co mnie nakręca, to niepewność, jaką daje wyjazd w ciemno, gdzie wszystko trzeba sobie zorganizować. Ryzyko, do którego śmieją mi się oczy, to możliwość zmierzenia się z samym sobą. Nie powinno być wyreżyserowane, tak jak skoki na bungee czy ze spadochronem. Dla mnie to raczej umiejętność opanowania strachu, gdy nagle podczas safari w Kenii lew upoluje na naszych oczach gazelę, a my, siedząc w aucie bez szyb, mamy ochotę natychmiast zniknąć.

- To, skąd przychodzimy, określa nas i determinuje - potwierdza Magdalena Boczarska. Jej ojciec, krakowski muzyk, zaszczepił w niej miłość do muzyki i historii.

- Szczególnie pasjonowały mnie wieki średnie: rycerstwo, gnoza (wiedza tajemna, służąca osiągnięciu zbawienia, popularna w sektach wczesnochrześcijańskich - przyp. red.). Pociąga mnie to, co kryje w sobie jakąś tajemnicę, której mimo zgłębiania nie da się do końca poznać. W religii fascynuje mnie siła, z jaką wpływa ona na psychikę ludzi, i to, że potrafią w jej imię poświęcić życie - wylicza aktorka, która śladów historii szuka także, podróżując.

Fascynuje ją okres międzywojnia i drugiej wojny światowej. - Mój dziadek Karol był cichociemnym, akowcem. To czasy niby odległe, ale przez to, że żyli w nich nasi dziadkowie - bliskie. Ludzie mieli wtedy chyba więcej charyzmy, byli, paradoksalnie, bardziej liberalni. Żyli namiętnie i odważnie, może dlatego, że zaraz mogli zginąć - mówi aktorka, która zagrała w dwóch wojennych produkcjach: serialu "Czas honoru" (opowiadającym o cichociemnych) oraz w czekającym na premierę filmie "W ukryciu" w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego.

- Dzięki temu doświadczeniu patrzę z dystansem na współczesny świat, w którym więzi międzyludzkie często sprowadzają się do obecności na Facebooku. Ja ledwo umiem wysłać maila z załącznikiem i dobrze mi z tym. Niedawno wróciłam z Kairu, gdzie na własne oczy obserwowałam, jak historia "dzieje się" na ulicach. Demonstranci na placu Tahrir, czołgi - my przecież też tego doświadczyliśmy w Polsce w latach 80.

Iwo - syn Xymeny i Ryszarda Zaniewskich, znanej scenografki i architekta - z domu wyniósł specyficzną wrażliwość artystyczną. - Moja rodzina szukała w dziełach piękna formy. Mówiło się: "Jaki piękny ten obraz tyle w nim czerwonego". Nie dyskutowaliśmy o temacie, interpretacji. Bliscy od początku wspierali moje malowanie. Przekonywali, że to, co robię, jest ciekawe, i w ten sposób dawali mi siłę, by tworzyć dalej - dodaje Zaniewski, który po ukończeniu w 1981 roku warszawskiej ASP wyjechał do Barcelony. Tam wystawiał i otrzymał nagrodę Joana Miró.

- Początkowo poświęcałem się wyłącznie malarstwu. Dawało mi to szczególny rodzaj ciepła, czułem więź, jaka wytwarzała się między mną a domniemanym odbiorcą. Naiwnie myślałem, że ludzie postrzegają sztukę w podobny sposób jak ja. W rzeczywistości przeciętna wrażliwość wizualna, nawet zainteresowanego sztuką człowieka, sprowadza się do tematu i stylu, czyli rozpoznania konwencji. Mnie interesuje natomiast relacja między formami, czyli kompozycja.

- Owszem, budzi podziw np. widok ogrodu, gdzie odmalowałem dokładnie każdą gałązkę winorośli oplatającą siatkę, ale ludzie rzadko dostrzegają piękno w oddziaływaniu na siebie mniej realistycznie namalowanych przedmiotów. Dlatego przerzuciłem się na prostsze i łatwiejsze w odbiorze rodzaje twórczości i odkryłem, że one też stanowią dla mnie wyzwanie - zauważa.

Siedzimy w sali konferencyjnej agencji PZL, którą założył wspólnie z Konstantym Przyborą. Ściany obwieszone są fotografiami Zaniewskiego. Ich znak rozpoznawczy to niezwykłe zestawienia: na jednej deski surfingowe tworzą harmonijny układ pasków, na innej wzór bluzki turystki komponuje się z katedrą w tle.

- Fotografia nie bez przyczyny kojarzy się z polowaniem. Trzeba bacznie obserwować rzeczywistość i w momencie, w którym ona na chwilę stworzy intrygujący układ elementów, nacisnąć migawkę - tłumaczy artysta.

Pasja, praca i adrenalina. Czytaj na następnej stronie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje