Reklama

Reklama

Ciekawy przypadek

Czy House kłamie?

W jakim stopniu wiedza medyczna w serialu bywa wytworem wyobraźni scenarzystów? Dziś większość produkcji jest konsultowana ze specjalistami. Agnieszka Krakowiak mówi, że scenarzyści "Na dobre i na złe" regularnie bywają w szpitalach i podpatrują codzienną pracę personelu. To lekarze zatwierdzają każdy wątek medyczny. Producenci serialu często pytają o opinię kilku ekspertów, by mieć pewność, że w treści odcinka nie będzie błędów merytorycznych.

Reklama

- Zdarza się, że musimy zmienić historię bohatera, ponieważ nie chcemy naginać faktów medycznych - opowiada. Trudne zadania miewają też filmowi konsultanci. Największych problemów nastręcza czas. Jeden odcinek to najczęściej zamknięta całość z happy endem - taka formuła dobrze działa na psychikę widza.

W pięćdziesiąt minut opowiedziana jest historia, która dzieje się w ciągu dwóch, trzech dni. - Rzadko udaje się przekonać realizatorów do rozciągnięcia wątku na cały tydzień - mówi dr Borycka-Kiciak. - Ale nawet wtedy ciężko jest znaleźć chorobę, którą diagnozuje się i leczy tak szybko - uważa specjalistka.

Dodatkowe utrudnienie? Schorzenie zazwyczaj pomaga rozwiązać problem życiowy bohatera. - Diagnostyka wymaga czasu, na wyniki badań czeka się czasem nawet dwa tygodnie. Zwykle godzimy się więc na pewne przyspieszenie terminów, mając na uwadze fakt, że fabuła serialu może czasami odbiegać od rzeczywistości, a medycyna ma być tylko tłem do przedstawienia perypetii bohaterów.

Spośród zagranicznych tytułów lekarze najwyżej cenią za rzetelność "Ostry dyżur". Ich zdaniem serial najwierniej odzwierciedla szpitalną rzeczywistość, nawet dialogi są zbliżone do faktycznych rozmów (nie bez powodu - reżyser Michael Crichton sam skończył medycynę). Nie pochwalają "Chirurgów". Kontrowersje specjalistów budzą zwłaszcza intymne zażyłości, do jakich dochodzi w serialu między personelem medycznym szpitala a pacjentami.

Oburzenie wywołują też wątki, jak ten, w którym telewizyjni chirurdzy nielegalnie, bo wbrew woli rodziny pacjenta, przeprowadzają sekcję zwłok (artykuł wytykający błędy "Chirurgów" opublikowały na łamach internetowego magazynu "Slate" lekarki Ingrid Katz i Alexi Wright z Brigham and Women's Hospital w Bostonie).

A co na to polscy eksperci? Tomira Chmielewska- Ignatowicz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, która przygotowuje doktorat na temat komunikacji lekarzy z pacjentami i porusza w nim kwestię seriali medycznych, napisała w jednym z artykułów prasowych, że nasi medycy porównują warunki pracy z tymi w USA. Mówią: "Dr House zleca tyle badań, że zrujnowałby każdy szpital". Śledzą przypadki chorobowe, ale przede wszystkim podglądają, jak ich serialowi koledzy rozmawiają z chorymi, zwłaszcza w sytuacjach, gdy trzeba przekazać im niepomyślną diagnozę.

Lekarz na plan!

Aby dopilnować szczegółów sztuki medycznej, konsultanci są obecni również podczas realizacji zdjęć. Przed trudniejszymi ujęciami rozmawiają z aktorami, wyjaśniają im technikę i cel wykonywanych czynności. - W ruchach lekarza musi być widać, w jakim celu używa danego przyrządu medycznego - mówi dr Borycka-Kiciak. Aktorzy weterani, którzy z serialem są związani od lat, pracują niemal tak sprawnie jak specjaliści i często nie potrzebują już wskazówek.

Ale bywa, że na planie zdarzają się wpadki. Gorzej, gdy błędy widać dopiero na zmontowanym materiale. - Pamiętam jedną z pierwszych scen reanimacji - wspomina dr Borycka-Kiciak. - Okazało się, że odgrywając walkę o życie pacjenta, zapomnieliśmy o najważniejszym: podłączeniu go do respiratora! Na zbliżeniach niestety było wyraźnie widać rurkę intubacyjną, której jeden koniec umieszczony był w tchawicy chorego, a drugi prowadził donikąd. Respirator stał gdzieś z tyłu. W innej scenie pacjent wyjeżdżał z sali operacyjnej, mając na sobie mnóstwo opatrunków, a już w kolejnej wjeżdżał na oddział niemal zupełnie zdrowy i bez śladu blizny.

To nie Leśna Góra

Tych pomyłek my, telewidzowie, zazwyczaj nie dostrzegamy. Dostajemy za to obraz doskonale prowadzonego szpitala. Może nawet zbyt sielski, ponieważ wielu z nas ma wyobrażenie, że tak właśnie będzie wyglądać opieka, kiedy z jakiegoś powodu trafimy na oddział. - Nieraz słyszałam od pacjentów, że chcieliby, żeby fachowość była taka jak w "Ostrym dyżurze", a atmosfera jak w "Na dobre i na złe" - opowiada prof. Łysiak-Szydłowska.

- Chorym się wydaje, że będą w centrum zainteresowania i całe życie szpitala będzie się kręcić wokół nich, co nie jest, niestety, możliwe. Narzekamy na lekarzy, do których chodzimy, a tych z telewizji uwielbiamy. Serialowi doktorzy, jak choćby House, zawsze mogą i korzystać ze sprzętu diagnostycznego najnowszej generacji. Przeżywają, gdy nie udaje im się ocalić pacjenta. Okazuje się, że jak każdy z nas mają słabości i problemy.

Genialny diagnosta Gregory House musi uporać się nie tylko z trudnymi przypadkami medycznymi, ale także z własnym inwalidztwem, uzależnieniami. I za tę niedoskonałość go lubimy, nawet jeśli jego cyniczne i aroganckie zachowanie względem pacjentów pozostawia wiele do życzenia. Ale to wyjątek, bo na ogół w serialach pacjenci mają dobre relacje z personelem medycznym i są odpowiednio traktowani.

Polskich lekarzy z jednej strony drażni wyidealizowany obraz szpitala z "Na dobre i na złe", z drugiej chcieliby być tak lubiani i szanowani przez pacjentów jak dr Zosia. Dlatego serial otrzymał w tym roku wyróżnienie w Konkursie Liderów Ogólnopolskiego Systemu Ochrony Zdrowia za kreowanie pozytywnego wizerunku ochrony zdrowia.

Pacjentom najczęściej pozostają jedynie marzenia o warunkach pobytu i opiece jak w Leśnej Górze (bywa, że chorzy proszą lekarzy o skierowanie do tej placówki, bo są przekonani, że naprawdę istnieje!). Autorzy serialu twierdzą, że przedstawianie optymistycznego obrazu to zabieg celowy, przygnębiającą prawdę już znamy. W niedzielne popołudnie widz nie chce sobie jej przypominać.

Aleksandra Postoła

Twój STYL 9/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje