Reklama

Reklama

Zazdrość to nic złego

Ona rozsądna, analityczna, wszystko ma w czerwonym kajeciku. On marzyciel, niewybiegający w przyszłość. Uczy ją, jak żyć tu i teraz.

Monika Pikuła

Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów, jesteśmy razem prawie 15 lat. Nazywam nas klasykami związkowego gatunku. A nasi rówieśnicy, znajomi ciągle są jeszcze na etapie szukania tej lepszej połowy. U nas to wszystko stało się samo, bez żadnych założeń, że to będzie na dłużej, na krócej. Uplotło się i tak się plecie.

Reklama

Marcin od początku mi się podobał, ale jak mi zależy, to czasem uciekam. Koledzy z roku postanowili mnie "wrobić". W drodze na domówkę, która miała się odbyć u Marcina, kolejno się wykruszali, w końcu zostałam sama i głupio mi było powiedzieć: to ja też nie idę. Zdobyłam się na odwagę. I to mnie zgubiło...

Gdy Marcin po studiach dostał pracę w serialu "M jak miłość", z dnia na dzień stał się rozpoznawalny i oboje straciliśmy intymność. Dotąd bezkarnie chodziliśmy po mieście, teraz zwykłe zakupy zaczynały być problemem. Kiedyś sprzedawca w supermarkecie rzucił nam rybę z furią, komentując: "Ja bym zrobił inaczej!" (serialowy bohater grany przez Marcina nie chciał wtedy uznać dziecka swojej dziewczyny). Marcin spokojnie zabrał rybę i powiedział: "Ja też". W sumie to komplement dla aktora, że widz tak utożsamił go z rolą, ale w praktyce ta sława z każdym kolejnym filmem coraz bardziej uwiera.

"Ekipa", "Londyńczycy", "W ciemności" Agnieszki Holland - ta rola Marcina była dla mnie szczególna, nieduża, ale jakże wyrazista. Wspólnie przeżywamy każdy nowy projekt, u nas w domu na ten czas, kiedy jedno prawie nie wychodzi z teatru i cały dom spada na drugą osobę, mówi się "tydzień przed premierą". Na szczęście wszystkimi obowiązkami dzielimy się po partnersku. Nasze dzieci potrafią obudzić się w nocy i wołać "tatuś", a nie tylko "mama". Wiem, że jak mnie nie ma, to oni dzielnie przez tydzień jedzą spaghetti i najprostszą zupę pomidorową. Kiedyś miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, ale nabrałam dystansu, widzę, jak dobrze sobie radzą we trzech, awitaminoza im nie grozi.

Marcin wszystko robi wolniej, nawet kanapki, a ja w tym czasie niecierpliwie bębnię palcami, dopytując: "Ale już?". On mi na to zwraca uwagę: "Gdzie się tak śpieszysz?". Ja nie potrafię wolno chodzić. Staram się uczyć od niego tego spokoju, przyjmowania rzeczy, które nas w życiu spotykają, takimi, jakie są. Niekiedy przychodzę sfrustrowana, że coś poszło nie tak, a on mi wtedy łagodnie tłumaczy, że tak miało być. Z nim wszystko staje się prostsze. Rzadko się kłócimy, a jeśli już, to o takie głupoty, że po godzinie wiem, że to był drobiazg, że ktoś z nas wstał zmęczony. Pojawienie się dzieci w naszym związku zadziałało na jego korzyść, bo one wprowadziły pewien rytm. Początkowo miałam poczucie utraty wolności, przestałam być władcą własnego czasu, który zaczął być determinowany przez dziecko. Każde wyjście musiałam zaplanować, a zamykając drzwi, miałam wyrzuty sumienia, że zostawiam kogoś najważniejszego, aby "iść robić teatrzyk". Musiałam wszystko na nowo sobie poukładać.

Często słyszę, że młoda matka jest w stanie połączyć pracę zawodową z wychowywaniem dzieci. To absurd. Jedyne, co może robić, to sumiennie oba te obszary rozdzielać. Nie przynosić pracy do domu i domu do pracy, choć to trudne. Zdarza się, że na próbie dostajesz telefon, że ci dziecko choruje. Bywa też, że wracasz z próby, która ci nie poszła, i złe emocje wnosisz do domu. Z drugiej strony, dzieci potrafią mnie rozbroić. Ostatnio, gdy wróciłam z teatru, nie miałam kluczy, więc zapukałam. Marcin był pod prysznicem, a Władek nie dosięga jeszcze zamka. Wołam: "Władzio, to ja, mamusia. Wpuście mnie". Słyszę tuptanie i komunikat: "Mamusiu, musisz cierpliwie czekać, już powiadomiłem tatusia". Jak to wszystko ogarnąć?

Mam czerwony kajecik, w którym notuję, co i kiedy trzeba zrobić. W domu na ścianie wisi duży kalendarz - tam zapisujemy daty spektakli, zdjęć, dubbingów. Może jak ktoś pracuje regularnie od 8 do 16, to jest łatwiej, ale my czasem poniedziałek mamy wolny, a w sobotę gramy. Dzięki rozpisce widać, kiedy musimy wziąć nianię, bo oboje pracujemy. Ponad rok temu pierwszy raz zagraliśmy razem na scenie w "Ożenku". Okazało się, że sprawia nam to ogromną przyjemność! Traktujemy ten czas jak randki, gdy mamy chwilę tylko dla siebie. Ja gram swatkę, a Marcin uciekającego przed tytułowym ożenkiem Podkolesina. Szczególnie lubię ten jego monolog, gdy na moment przed ślubem mówi, że "za chwilę szczęście", ale w jego głosie brzmi przerażenie. A po chwili ucieka przez okno.

Zastanawiam się, na ile każdy z nas, będąc w związku, rozgląda się za tym oknem, bo jakieś zawsze jest otwarte, pytanie, czy chcesz z niego skorzystać. Choć dostałam od Marcina niejeden pierścionek, nigdy nie sformalizowaliśmy naszego związku. Ciągle o tym rozmawiamy, bo obecna sytuacja rodzi problemy przy wyjazdach zagranicznych, w szpitalu, w którym nieraz pytali: "Czy mąż może do pani wejść?". Co miałam odpowiedzieć? Narzeczony? Konkubent? Mówię per mąż. Nie jesteśmy przeciwnikami ślubów, tak się po prostu ułożyło. I chyba nikomu z nas nie chciałoby się tego ślubu organizować.

Najpiękniejsze słowa, jakie od niego usłyszałam? To tajemnica. Cieszy mnie, że po tylu latach potrafimy o siebie dbać. Marcin kupuje mi kwiaty bez okazji, a ja jemu wino, a czasem skarpetki, bo w jego szafie ciągle ich brakuje. Często słyszę od znajomych, którzy się rozstają, że coś się wypaliło. Ja z wiekiem też mam coraz więcej do stracenia i jak się rozglądam dookoła, to zastanawiam się, czy aby nie za długo jest za dobrze. Z drugiej strony, mam przy sobie mądrego faceta, któremu ufam, więc co miałoby pójść źle?

Nasze życie ciągle się zmienia: dzieci, praca, choroby. Może siłę bierzemy stąd, że musimy się razem odnajdywać w nowych sytuacjach. Nie ma miejsca na nudę. Budzę się rano w łóżku u boku trzech wspaniałych facetów. Czego chcieć więcej?

-------

Monika Pikuła - aktorka Teatru Współczesnego w Warszawie, ma 34 lata. Zagrała m.in. w sztukach: "Ożenek" (reż. Iwan Wyrypajew), "Elling" (reż. Michał Siegoczyński), w filmie "Matka Teresa od kotów" (reż. Paweł Sala). Jej głos znamy też z dubbingu (była m.in. księżniczką Leią w sadze "Gwiezdne wojny"). Ma dwóch synów: Władka (6 l.) i Jasia (2 l.)

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Bosak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje