Przejdź na stronę główną Interia.pl

Walczące z sądami

Szkoda czasu i nerwów, odpuść - słyszały. Z motyką na słońce? Nie szkodzi, Agnieszka, Katarzyna i Małgorzata zostały skrzywdzone, więc poszły do sądu mimo obaw: może przegram, może stracę mnóstwo czasu. Decyzja: walczę, to połowa sukcesu. Tak uważają i wpisują do kalendarza kolejne terminy rozpraw. Już od lat. Uczą się przepisów, szukają nowych dowodów. Biała flaga? Na dno szafy!

Agnieszka. Pierwsza sprawa - karna w Sądzie Rejonowym w Kołobrzegu o błąd lekarski - przegrana. Druga - z powództwa cywilnego w sądzie okręgowym w Koszalinie. W toku. Łączny czas postępowania: sześć lat.

Doniesienie

Reklama

Listopad 2004, Agnieszka w prokuraturze rejonowej, dzień po wypisaniu ze szpitala na własne żądanie. Miała być z dzieckiem w domu, ale Dawid, jej syn urodzony dwa dni temu, leży na OIOM-ie - śpiączka mózgu, niewydolność wielonarządowa. Agnieszka składa doniesienie o popełnieniu przestępstwa - błąd lekarski. - Do szpitala pojechałam zdrowa, ze zdrowym dzieckiem w brzuchu - tłumaczy dziś. - To co się stało, nie miało prawa się wydarzyć. Nie żyjemy w średniowieczu. Rodziłam za długo. W tym szpitalu ordynator mawia: "Cesarka, wszystkie chciałybyście cesarkę, a rodzić naturalnie nie łaska?". Miałam tam "swojego" lekarza, do którego wcześniej chodziłam prywatnie.

Trafiłam do szpitala pięć dni po terminie. Następnego dnia wieczorem zaczęła się akcja porodowa. I stanęła. O jedenastej położne poszły spać. Na oddziale nie było lekarza, choć potem w aktach sprawy znalazło się potwierdzenie badań lekarskich w nocy. To tylko jeden z przykładów fałszowania dokumentacji podczas tego dyżuru - opowiada Agnieszka. - O piątej rano pielęgniarka podłączyła KTG. Słyszałyśmy obie: tętno słabnie. Wezwała lekarza. Przyszedł "mój" doktor. Nawet nie zapytał, jak minęła noc, jakby mnie nie znał. I poszedł. Zaczęłam wymiotować kroplówkami, miałam już drgawki.

W końcu zjawił się ordynator. Zbadał mnie i rzucił: "Broda przoduje". Czyli dziecko jest zakleszczone. Do "mojego" lekarza rzucił: "Nie męcz jej dłużej, widzisz, jak wygląda". Odłączono mnie od KTG - w sprawie to moment kluczowy, odtąd nie ma żadnego zapisu dokumentującego stan mojego dziecka. Agnieszka musiała usiąść, żeby położna mogła wbić w kręgosłup igłę ze znieczuleniem. - "Ale przecież czuję, że siedzę na dziecku, zaraz je uduszę!", krzyknęłam. Nikt nie zareagował - opowiada. Odtąd pamięta tylko flesze: wyjmują z niej dziecko, słyszy: chłopak, jeden punkt w skali Apgar. Nie było pierwszego krzyku.

Taka mała blizna

- Synek był prawie martwy - wspomina Agnieszka. Szybka reanimacja przywraca dziecku podstawowe czynności. Agnieszka przypomina dwie wizyty kilka godzin potem: - Lekarka, pediatra: "Czy pani wierzy w Boga? Chce pani ochrzcić dziecko? Jest karetka, ale nie dam gwarancji, że syn przeżyje drogę". A potem mój lekarz: "Piękny szew pani zrobiłem po tej cesarce. Wkrótce wyjdzie pani na plażę w bikini". Szok. Moje dziecko umiera, a on mówi takie rzeczy?! To wtedy pomyślałam: Nie daruję ci! Sprawa ma trafić do sądu karnego pierwszej instancji w Kołobrzegu - postępowanie przygotowawcze prowadzi prokuratura.

Agnieszka czeka na wezwanie na rozprawę. Tygodnie, miesiące, rok. Syn nie siada, nie chwyta - porażenie mózgowe, do którego wkrótce dojdzie padaczka. Po roku telefon. Ale nie z sądu, z prokuratury: "Zebraliśmy dokumentację i teraz trzeba czekać. Ale pytanie: czy na pewno decyduje się pani w to brnąć? Szanse są małe. Nie ma pełnego zapisu KTG, a ten, który mamy, jest jakiś rozmazany". - Jak to, czy na pewno chcę?! I dlaczego tyle to trwa? Byłam oburzona. Przecież przesłuchania: lekarzy, personelu, odbyły się wkrótce po tym, jak zgłosiłam się do prokuratury! Powiedziałam: podtrzymuję decyzję, proszę przygotować akt oskarżenia!

Agnieszka wątpi

Dostała adwokatkę z urzędu. - Była moją nadzieją. Oprócz męża i bliskich nie miałam wiele wsparcia - przyznaje Agnieszka. - Rehabilitowałam Dawidka w ośrodku wczesnej interwencji, spotykałam się z innymi mamami. Stukały się w głowę: "Na co ty się porywasz? Przecież z lekarzami nikt nie wygra!". Miałam chwile zwątpienia. Na przykład: trzecie urodziny syna, a ja dowiaduję się, że wciąż nie przesłuchano lekarza, który miał wtedy dyżur. Ale co mam zrobić? Zaciskałam zęby i zachęcałam inne matki: nie poddawaj się, urodziłaś chore dziecko, bo ktoś zaniedbał swoje obowiązki - walcz o rację i o pieniądze. Wzruszały ramionami. Okazało się, że moja sprawa jest pierwszą taką w Kołobrzegu.

Trzy lata ciągną się przesłuchania. Agnieszka zeznaje jako ostatnia. - Opowiedziałam wszystko z detalami. Inni zasłaniali się upływem czasu. Zapętlając się w zeznaniach, słyszeli od sądu: Spokojnie, ma pani prawo tego nie pamiętać. A ja nie miałam prawa, żeby to postępowanie trwało krócej? Żeby czas nie działał na moją niekorzyść? - pyta oburzona. W dniu wydania wyroku jest na turnusie rehabilitacyjnym z synem. Jak na szpilkach czeka na wiadomość. W końcu telefon od pani adwokat: sędzia nie stwierdził winy oskarżonego. Agnieszka wściekła i rozżalona. - Znaleziono uchybienia w pracy oddziału, błędy w dokumentacji. Ale to nie powód, żeby stwierdzić jednoosobową winę lekarza. Powinnam była skarżyć szpital. Tylko skąd ja miałam to wiedzieć? - pyta dziś.

Drugie podejście

Co dalej? - Myślałam: może dać spokój, poświęcić się tylko dziecku. Jednemu i drugiemu - oprócz Dawida mamy jeszcze osiem lat starszą córkę. Wcześniej była do mnie przyklejona, potem żyła jakby obok. Gdybym zrezygnowała z chodzenia po sądach, zrobiłoby się więcej miejsca na jej sprawy. Tylko czy mam prawo się poddać? Stawał mi przed oczami plakat w izbie przyjęć "Szpital przyjazny dziecku". Nie. Postanowiłam odwołać się od wyroku w sądzie okręgowym w Koszalinie i tam zaskarżyć w powództwie cywilnym szpital, już nie lekarza. Dostałam następnego adwokata. Usłyszałam od niego słowa otuchy: "Teraz powinno pójść szybciej. Mamy wyrok pierwszej instancji, tam wskazano błędy szpitala, bałagan, chaos, niekompetencję" - opowiada Agnieszka.

Pamięta swoje zdumienie, kiedy w drugiej instancji usłyszała: "Musimy mieć dowody, że dzisiejszy stan zdrowia Dawida jest zależny od tego, co stało się przy porodzie". - Absurd! Tak jakby porażenia mózgowego można się było nabawić przez zjedzenie robaczywych śliwek! Ale szybko zrozumiałam, że to kolejna rzecz, której nie przeskoczę. Teraz, gdy dostaję nowe zadania od sądu, jestem pokorna. Wyciągam kserokopie dokumentacji z przychodni, szpitali, dowiaduję się, jak postępują prace biegłych. A akta wracają, bo... kolejka. Wszędzie jeżdżę sama, żeby skrócić czas obiegu dokumentów. Kto mnie wspiera? Rodzina. Choć i oni coraz częściej pytają: ile tak jeszcze będziesz jeździć po sądach? Za każdym razem to 70 kilometrów w jedną stronę.

Dla ciebie, synku

Trzydzieści kilometrów to odległość do przedszkola integracyjnego Dawida. Agnieszka wydaje mnóstwo na benzynę, ale chce, żeby syn miał terapeutów i był z dziećmi. A i ona sama chce czasem pobyć wśród ludzi. - Przeszłam depresję. Bywam okropnie zmęczona, straciłam z oczu siebie, nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w restauracji, kupiłam sukienkę. Ale nigdy nie pomyślałam: już stop. Będę walczyć do końca, nawet gdyby to oznaczało trybunał w Strasburgu. Ubiegam się także o odszkodowanie i zadośćuczynienie. Potrzebujemy pieniędzy na rehabilitację, ale czasem słyszę, że jestem naciągaczką.

Lokalna gazeta zrobiła sensację: "Matka żąda 250 tysięcy!". Kiedy po kilku tygodniach sąsiadki zobaczyły pod naszym domem nowy samochód przystosowany do wożenia Dawida, pytały: No co, wygrałaś jednak tę kasę? Ekstraauto sobie sprawiłaś. Nawet nie chciało mi się tłumaczyć, że dofinansowanie na samochód dostaliśmy z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych... Nie jest mi łatwo. Nie odwrócę już faktów. Ale może chociaż trochę ulżę Dawidowi. Sobie? Nawet jak wygram, nie będę miała satysfakcji. Ale czasem samo podjęcie walki daje poczucie, że robisz wszystko, co w twojej mocy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama