Przejdź na stronę główną Interia.pl

Niech tylko poprawi się pogoda

Tomasz Lipiński - muzyk rockowy, lider zespołów Brygada Kryzys, Tilt i Fotoness. Ma 56 lat. Rozwiedziony, ojciec dorosłych córek. Walczył z depresją przez 15 lat. Od niedawna "w podepresyjnej trzeźwości" stara się nadrobić stracony czas.

W połowie lat 90. zacząłem źle się czuć, właściwie bez racjonalnego uzasadnienia, w zamglony, nieczytelny sposób. Byłem aktywny zawodowo, dopiero co przeniosłem się z żoną i dziećmi do Sopotu. Grałem w zespołach, miałem firmę, produkowałem koncerty i programy telewizyjne. Zaczęła się nowa Polska, chciałem być jej częścią i pozornie wszystko się jakoś udawało. Nagle ni stąd, ni zowąd znalazłem się w cieniu, a życie stało się niewyraźne, pozbawione sensu. Chadzałem z psem do lasu, siadałem na jakimś pniu i jedyne, co przychodziło mi do głowy, to żeby się zabić. Pies patrzył mi w oczy, lizał po twarzy i jakoś wracałem do domu. On jednak nie przetrwał.

Reklama

Życie wymykało mi się z rąk, zrazu niepostrzeżenie, ale z coraz wyraźniejszym skutkiem. Wyjechałem do Krakowa, aby pracować nad płytą, jedną, potem drugą. Wracałem do Warszawy, potem znów Kraków. Przez kilka lat się tak szarpałem, nie wiedząc, co się ze mną dzieje. Jestem z pokolenia wychowanego przez rodziców, którzy w młodości przeżyli wojnę i chowali nas na twardzieli. Całe życie realizowałem więc wizję walecznego człowieka, który zawsze daje radę... Dziś, po latach zgłębiania tego tematu, wiem, że depresja ma miliony twarzy i powodów: czynniki genetyczne, doświadczenia całego życia i to, jak sobie człowiek z tym życiem radzi. Tak jak z katastrofą lotniczą czy kolejową - musi się zbiec ileś tam warunków, które doprowadzają do najgorszego.

Trudno mi wskazać jedną przyczynę mojej choroby. Jednym z namacalnych powodów był pewnie fakt, że na samym początku kariery zawodowej, 13 grudnia 1981 roku, została ona podcięta. Ciężko być zestrzelonym w momencie startu, a tak to wyglądało i najwyraźniej sobie z tym nie poradziłem. Potem nic już nie układało się tak dobrze jak na początku. Miałem coraz więcej wątpliwości, czy idę właściwą drogą. Później się dowiedziałem, że prawdopodobnie mój tata (Eryk Lipiński, dziennikarz, wybitny karykaturzysta, twórca pisma "Szpilki" - przyp. red.) też chorował na depresję. Był jednym z pierwszych więźniów Auschwitz, po roku udało się go stamtąd wydostać, ale ewidentnie był już innym człowiekiem. Warto powiedzieć, czym jest depresja w doświadczeniu chorego, bo na ten temat istnieje wiele nieporozumień. To przebywanie w rzeczywistości, w której nie tylko że nic nie sprawia przyjemności, ale więcej - wszystko sprawia ból nie do zniesienia. Boli każda rzecz, każda czynność: drzewo rosnące za oknem, słońce na niebie, to, że siedzę, że muszę się podnieść...

Okresami bywałem w takim stanie, że prawie nie wstawałem z łóżka. Mój przyjaciel przyjeżdżał, kazał mi się ubrać, wsadzał mnie do samochodu i woził do studia, żebyśmy mogli skończyć pracę nad płytą. A ja niemal cały czas płakałem. Któregoś dnia, chyba w 2001 roku, leżąc i gapiąc się bezmyślnie w telewizor, zobaczyłem program o depresji, a w nim historie, które były też moją historią. W gęstniejącym półmroku, który stawał się coraz bardziej nieczytelny i paraliżujący, pojawił się element racjonalizujący. To był przełom, zacząłem się zastanawiać: może faktycznie jestem chory? Z drugiej strony depresja jest perfidna i zdradliwa, bo odbiera wiarę, że uda się ją wyleczyć. Każdą inną chorobę - łatwiej czy trudniej - można jednak skonkretyzować, np. boli mnie ręka, głowa, ząb. A w depresji boli istnienie. Tutaj znalezienie milimetra przestrzeni pomiędzy mną doświadczającym choroby a samą chorobą jest potwornie trudne, choć niezbędne. Wydaje mi się jednak, że to jedyny sposób uporania się z depresją: wytworzenie choćby minimalnego dystansu między nią a sobą, a potem stopniowe powiększanie go.

Jeszcze jednym trudnym czynnikiem był ten, że jestem artystą, którego praca polega przecież na bezustannej introspekcji, wydobywaniu z siebie różnych rzeczy i przekładaniu ich na język sztuki. Połowa pracy to zagłębianie się w sobie, a druga - uzewnętrznianie tego w możliwie najpiękniejszy sposób. Artysta zwykle hołubi swoje wnętrze, które jest polem jego bezustannego działania, magiczną i tajemniczą sferą, gdzie niechętnie wpuszcza innych. Mnie się wydawało, że jako artysta i twardziel mam swoje wnętrze rozpoznane na tyle, że dam sobie radę z chorobą.

Od dziecka interesowałem się buddyzmem, od 28. roku życia praktykowałem, wydawało mi się, że to czyni mnie odpornym na depresję... I nagle okazało się, że muszę otworzyć się przed kimś obcym, lekarzem, o którym nic nie wiem, nawet tego, czy sam uporał się ze swoimi demonami. Dopiero po dwóch czy trzech kolejnych latach, kiedy było już naprawdę źle, zdobyłem się na ten krok. Dostałem podstawowy lek, podawany chorym na depresję, czyli fluoksetynę, ale po nim było jeszcze gorzej. Wiem, że niektórym leki pomagają, bo umożliwiają w miarę normalne funkcjonowanie - można odbierać telefony, spacerować, rozmawiać (nawet te z pozoru proste czynności sprawiają choremu problem). Ale na mnie to tak nie działało i po paru miesiącach przestałem brać tabletki. Tego w zasadzie nie powinno się robić, ale pomyślałem: no, człowieku, jednak jakoś musisz sobie dać z tym radę...

Zacząłem zgłębiać to, czym właściwie jest depresja, poznawać wroga od podszewki. Zgłębiałem całą mechanikę choroby. Dużo czytałem - jak działa, jakie są powody, co może pomóc etc. W tym czasie wiedza na temat funkcjonowania mózgu bardzo się poszerzyła, więc pojąłem, że trzeba depresję potraktować jako dysfunkcję tego organu i uznać ją za zakłócenie, zepsuty element. Czyli to nie ze mną dzieje się coś złego! To mój mózg źle działa. Depresję widzę jako lej, który zaczyna się od płaskiej powierzchni na zewnątrz, stopniowo zakrzywia się ku środkowi, a krzywizna staje się coraz bardziej stroma. W końcu znajdujemy się w pionowej rurze tak ciasnej, że nie da się wyjść.

Miałem kilkadziesiąt momentów, w których czułem, że doszedłem do końca. Cierpienie stawało się tak dojmujące i wszechogarniające, że jedyne, co przychodziło mi do głowy, to się zabić. Pomagało mi to, czego nauczyłem się z buddyzmu: śmierć nie jest żadnym rozwiązaniem. Skoro bowiem śmierć, w co głęboko wierzę, nie kończy istnienia, to mogę sobie zgotować jeszcze gorszy los. Ta świadomość pozwalała mi ocalić życie, często w ostatniej chwili. Moja bezsilność wytwarzała także agresję wobec świata zewnętrznego. Ponieważ percepcja chorego jest zaburzona w taki sposób, że doświadcza on świata jako przynoszącego cierpienie i zagrożenie, to pomocną rękę widzi się jako rękę wzniesioną do uderzenia. Widzę pewne podobieństwa depresji do alkoholizmu - też wciąga najbliższych, którzy cierpią, faktycznie również chorują. Przy okazji - właściwie nie ma poradni, specjalnych programów dla współchorujących na depresję, istnieją tylko poradnie dla współuzależnionych od alkoholu.

A bliscy powinni zrozumieć, że tu nie sprawdzają się hasła: "OK, weź się w garść" albo "Przejdzie ci", bo chory nawet nie potrafi sobie przypomnieć, jak wygląda życie poza depresją! To jedyna rzeczywistość, jaka dla niego istnieje. Słowa pocieszenia mogą zatem wzbudzać agresję albo pogłębiać cierpienie. Istotne jest, żeby nauczyć się funkcjonować i rozpoznawać moment, gdy powierzchnia zaczyna się zakrzywiać - znowu wrócę do przykładu leja. Dopóki jest się bliżej poziomu niż pionu, można się utrzymać na powierzchni. A gdy człowiek wpada w lej, depresja staje się samonapędzającym procesem. Droga wychodzenia z głębokiej depresji jest długa. Mój stan nazwałbym dziś stabilnym. Znowu nasuwa mi się analogia z alkoholizmem: im dłużej żyję w "podepresyjnej trzeźwości", tym wyraźniej widzę, że muszę zbudować nowe życie. Nie byłem świadomy, jak dalece ono musi być nowe.

Do tego stopnia, że nie jestem w stanie kontynuować siebie sprzed choroby! Gram stary repertuar inaczej, szukając nowego wyrazu, nowej ekspresji. Jednocześnie, choć próbowałem wyprzeć tę trudną świadomość, wiem, że co najmniej 10-15 lat pracy twórczej mam wykreślone... Nie jestem jeszcze do końca gotowy do powrotu. Moje nowe - tak je nazwijmy - życie jest na tyle nowe, że dopiero uczę się w nim poruszać. Jestem zupełnie innym człowiekiem jako artysta, więc to, co robię, także musi być inne. Teraz pociąga mnie nowy projekt: stworzyłem z przyjacielem duet, gramy na akustycznych gitarach. Cicho i spokojnie. Coraz wyraźniej czuję, jakby dawny Tomek naprawdę umarł, przeszedł przez piekło i teraz wyłaniał się jako nowa istota. Złagodniałem, zmieniło się moje postrzeganie świata.

Straciłem wiarę w działania rewolucyjne, w "chodźmy, rozwalmy coś złego, to będzie lepiej". Pogłębiło się moje poczucie, że jeśli mówimy o zmianach w świecie, to one dokonują się jedynie poprzez zmienianie siebie, co później promieniuje, inspirując innych... Przestało mnie też pociągać miasto, które było moim naturalnym środowiskiem. Znacznie lepiej czuję się w przyrodzie, gdzie wszystko jest doskonałe: drzewo, liść, gałąź... Polepszyły mi się relacje z mamą, z którą przedtem wciąż walczyłem, choć bardzo się kochaliśmy. Mieszkamy teraz blisko siebie: rok temu znowu przeniosłem się do Sopotu, kilka kroków od domu mam morze, las, przyrodę. Nauczyłem się rozpoznawać słabsze momenty. "Wizyty" depresji nie trwają już dłużej niż kilka godzin, czasem dni. Wtedy odpoczywam, zawieszam działania, daję sobie czas, a kiedy mi się chce płakać - płaczę...

To nie jest temat na łatwą opowieść. Mówię o tym tylko dlatego, że dostrzegam wokół wielu ludzi chorych na depresję. To od razu widać - w twarzy, w oczach. Chciałbym, żeby uwierzyli w możliwość życia z tą chorobą mimo jej zdradliwych podstępów. W każdym z nas jest całkowicie zdrowy rdzeń, który musimy odnaleźć, a choroba to tylko doświadczenie, zły sen, który przemija.

Monika Głuska-Bagan, Iza Komendołowicz, Magdalena Kuszewska

PANI 4/2012


Dowiedz się więcej na temat: walka z chorobą

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje