Reklama

Reklama

Moje dziecko? Nie wierzę!

Magda: "Moja córka to ideał. Takie dziecko - marzenie każdego rodzica, chwaliłam się koleżankom w pracy. Aż do dnia, gdy na imprezie integracyjnej pierwszych klas w gimnazjum znaleźli ją zakrwawioną - pocięła się w szkolnej toalecie".

Reklama

Kilka godzin po tym, jak nauczycielka angielskiego nakryła Maję z żyletką w ręce i śladami krwi na sukience z tafty, psycholog zasugerował: "Może córka nie wytrzymuje presji sukcesu, jaka panuje w państwa domu?". Magda (40 lat, jest księgową), oburzyła się: "Presja?! Córka to jedna z najlepszych uczennic, bo jest ambitna i zdolna. Nie zmuszamy jej do nauki. - Ona nie zrobiła tego pierwszy raz. Ma na przedramieniu i udzie kilkanaście starych blizn. Mogą mieć cztery lata". - Tnie się od czterech lat, a ja NIC o tym nie wiem?! - nogi się ugięły pode mną - wspomina Magda.

- Zrozumiałam, dlaczego córka nawet latem nie wkładała krótkich spodenek. Mówiła, że ma grube nogi. Miała normalne, ale uznałam, że dojrzewające dziewczyny zawsze są tak krytyczne wobec swojego wyglądu - wspomina. Majka zostaje na obserwacji na oddziale leczenia nerwic. Psycholog pociesza, że być może to nie były próby samobójcze, tylko brak umiejętności radzenia sobie z emocjami i chęć zwrócenia na siebie uwagi.

"Córka powiedziała nam, że jest emo. Wie pani, co to jest? - Wiem, co to jest emo!" - ucięłam. Poczułam się jak jakaś archaiczna idiotka, która nie wie, gdzie żyje - mówi Magda. I dodaje: "Pamiętam, jak Majka dostała bardzo drogie adidasy. Powiedziała, że nie jest «bananem», tylko «emo» i nie będzie ich nosić. Ja w liceum też słuchałam mrocznego Joy Division, a nie Modern Talking. Cieszyłam się, że córka ma za sobą etap Barbie i ekscytowania się Justinem Bieberem - opowiada.

Całą pierwszą noc Majka spędza w szpitalu, a Magda i jej mąż usiłują przypomnieć sobie momenty, w których mogli ją dotknąć, zranić. Przychodzą im do głowy drobiazgi. Ojciec dokuczył córce, że ma szóstkę z geografii, a nie wie, co jest stolicą RPA. Była też kłótnia o kolczyk w pępku i kilka w uchu. - Poczułam wściekłość i bezsilność. Moje dzieciństwo to popijający ojciec, lanie za niedokładnie wytarte z błota buty. I nie przychodziło mi do głowy, by się pociąć! - mówi Magda.

Mąż twierdzi, że Majka musi mieć problemy poza domem: Może ktoś ją prześladuje? Molestuje? Może się nieszczęśliwie zakochała?". - Przeszukaliśmy komputer córki. Niczego nie znaleźliśmy. No, oprócz dołujących piosenek na koncie na Youtubie. Teksty w stylu: "Oddaję ci swe dłonie jako dar - uciekam - obmyj z nich krew. (...) Umierając w każdej krwi, która broczy z naszych ran...". Potem jest "wywiad": wychowawczyni, szkolny pedagog - nikt nie potwierdza hipotez z depresją, molestowaniem, nieszczęśliwą miłością.

Koleżanki Majki również nie. Jedna mówi: "Emoki tną się dla lansu". I jeszcze: "dzieciakom z dobrych domów od dobrobytu w d... się przewraca". Majka wychodzi ze szpitala. Lekarze potwierdzają, że to nie były próby samobójcze. Upatrują przyczyny w typowej dla nastolatków chęci imponowania rówieśnikom, przybierającej czasem kuriozalne formy. - Już w domu córka się dowiedziała, że wypytywaliśmy o nią jej koleżanki. Była na nas wściekła: "Robicie mi wiochę! Kilka osób w klasie ma blizny na udach i rękach. Pech, że mnie przyłapali. Nie będę się już ciąć, okej? Ale nie róbcie afery - krzyczała. - Nie robimy. Tylko za każdym razem, gdy nie wychodzi dłużej z łazienki, kręcę się pod drzwiami jak pies. Nasłuchuję. Boję się. Dyskretnie zerkałam na jej ręce - mówi Magda.

Kilka razy przeszukuje córce rzeczy. Aż raz dziewczyna ją na tym nakrywa. Wyjmuje telefon, zdejmuje obudowę, a tam żyletka: "Tu ją trzymam! Nie obczaiłaś! Myślisz, że nie wiem, że szperasz mi nawet w piórniku?! Jeśli będę chciała i tak to zrobię". Potem jest rodzinna terapia. Majka mówi na spotkaniu z psychologiem: "Widziałam, jak ktoś się ciął na filmie w internecie. Wtedy pierwszy raz to zrobiłam. Chciałam zobaczyć, czy rzeczywiście pomaga. Pomogło, więc zrobiłam znowu. Krew przynosi mi ulgę, kiedy jestem zdenerwowana".

- Psycholog dopytywał, czym się denerwuje, czego się boi. A Majka, wzruszając ramionami, powiedziała: "Ogólnie. Pani się czasem nie denerwuje, nie stresuje? - spytała terapeutkę. - Sięga pani wtedy po papierosa. Po prostu pani ma fajki, ja cięcie. Nie rozumie pani tego?" - opowiada Magda. - Patrzyłam na własne dziecko jak na cyborga. Pomyślałam, że jest dla mnie kimś obcym. A potem wpadł mi w ręce album sprzed kilku lat. Na zdjęciach Majka wygląda jak z reklamy. Roześmiana, śliczna blondynka. Jedyne problemy, jakie wtedy mieliśmy, były takie w stylu: dokąd pojedziemy na wakacje. Czy już wtedy miała drugie życie? Może gdyby nauczycielka nie znalazła jej w toalecie w trakcie balu, do dziś nie mielibyśmy o niczym pojęcia, choć bylibyśmy pewni, że wiemy wszystko o swoim dziecku? - zastanawiałam się.

Po trzeciej sesji u psychologa zrozumiałam, że Majka chyba rzeczywiście nie przeżyła żadnej traumy, nic dramatycznego się za tym wszystkim nie kryje. Ona i jej znajomi robią to tak, jak ja sięgam po panadol albo ciastko.

Agnieszka Sztyler

Twój STYL 8/2011

Dowiedz się więcej na temat: rodzicielstwo | macierzyństwo | narkotyki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje