Reklama

Reklama

Moje dziecko? Nie wierzę!

EDYTA: "Julka mówiła, że zostanie informatykiem. Cieszyłam się, bo jestem z pokolenia, które średnio sobie radzi z komputerem. Żeby kupić córce pierwszego laptopa na komunię, wzięłam kredyt. Kilka lat później dowiedziałam się, że Julka robi długi, tracąc pieniądze w grach komputerowych".

Reklama

- Denerwuje mnie, bo wciąż słyszę, że kłopoty z Julką to na pewno efekt wychowywania bez ojca. Tak, rozstałam się z mężem dwa lata temu, ale to nie był dramatyczny rozwód. A córka widuje się z tatą, ma z nim świetne relacje - wyjaśnia Edyta (46 l.), nauczycielka przyrody, ale przyznaje, że dopiero dziś widzi, ile sygnałów zlekceważyła, gdy Julka (15 l.) wsiąkała w wirtualny świat. Pierwszy: Córka nie reaguje na dźwięk domofonu. Dawniej biegła na korytarz w nadziei, że koleżanki chcą wyciągnąć ją na podwórko.

Teraz wychodzi z pokoju dopiero, gdy mama zawoła: "Julka, koleżanki do ciebie". Potem słychać, jak tłumaczy: "Dobrze, ale na kwadrans, bo mam ustawkę w grze". Albo: "Nie mogę, jestem w środku bitwy". Edyta zapytała raz, co to za bitwa. Usłyszała, że w grze MMORPG. Córka tłumaczyła, że to angielski skrót i że chodzi o gry, w których spotykają się ludzie na całym świecie, nie wychodząc nawet z domu.

Drugi sygnał już trochę Edytę zaniepokoił. "Mamo, miałaś rację. Hugh Grant to podstarzały lowelas", powiedziała przy śniadaniu Julia. - A ja nic takiego nie mówiłam! - opowiada jej mama. - A, to Arleta - poprawiała się. - Jaka Arleta? - spytałam, bo nie znałam nikogo takiego. - Z takiej gry - tłumaczyła córka. Kiedy domofon w ich mieszkaniu w ogóle przestaje dzwonić, Edyta myśli, że Julka zupełnie odsunęła się od rówieśników. Zamartwiała się tym. Ale tamta tłumaczyła, że już nikt nie wychodzi na dwór, bo przed blokiem przesiadują dresy. I że teraz wszyscy uczą się całymi dniami w domach, ale przecież cała klasa ma kontakt przez Skype'a i na Facebooku.

Na forum wymieniają się pytaniami do sprawdzianów, powtórek. Koleżanki Edyty, nauczycielki, potwierdzają, że uczniowie non stop przesiadują przed komputerami. A siostra Edyty uspokaja, że jej syn namiętnie gra. Jak wszyscy. "Mamo, możesz wypłacić mi wcześniej kieszonkowe? - zapytała kiedyś Julka. - Muszę zapłacić za nowy poziom gry". Edyta odpowiedziała, że się zastanowi. Julka zaczęła płakać. Tak samo zareagowała, gdy dostała jedynkę ze sprawdzianu z matematyki i Edyta powiedziała, że nie będzie przez dwa dni korzystała z komputera. "Chcesz zniszczyć mi życie?!", krzyknęła. - Uznałam, że to egzaltacja godna Ani z Zielonego Wzgórza. Nie przyszło mi do głowy, że córka ma długi, bo opłaca kolejne poziomy w wirtualnej grze! - opowiada Edyta.

O tym dowiaduje się od sąsiadki: "Pani Edyto, odda mi pani 400 złotych w tym tygodniu?", słyszy w windzie. Julka przyznaje się, że pożycza pieniądze "dla mamy"! - Założyłam jej konto i cieszyłam się, że uczę gospodarować pieniędzmi. A córka wpłacała na nie gotówkę pożyczoną od sąsiadów, potem przelewała pieniądze przez internet na konto producentów gier - opowiada Edyta. Potem jest płacz córki, przysięgi, że koniec z pożyczkami, grami. Ustalają limit: będzie spędzać maksymalnie trzy godziny dziennie. Dotrzymuje słowa.

Ale tydzień później w środku nocy Edytę stawia na nogi dźwięk budzika. Jest 2.30. Julka tłumaczy, że miał dzwonić o 7. "Coś się przestawiło". - A mnie coś tknęło - mówi jej mama. Prosi kolegę, by bez wiedzy dziewczyny zainstalował w jej komputerze program, który zapisze wszystko, co na nim robi. Pierwszy dzień: Julka gra w Farmville - hoduje wirtualne konie, sadzi truskawki - przez godzinę. - Było mi wstyd, że inwigiluję córkę - wspomina Edyta. Dzień drugi: W Świecie Lineage II jest Mrocznym Elfem, prowadzi jakąś bitwę. I przelewa 430 zł na konto producenta gry. Płaci za wirtualne dodatki o dziwnie brzmiących nazwach: zwoje duszy, zaczarowane zwoje broni, atrybuty żywiołów. Także za nowy pancerz i "zwiększenie efektywności broni". - Program wykazał, że gra nocą cztery godziny: od 3 do 7 rano! I jest na 102 poziomie gry! - wspomina Edyta.

Noc trzecia: Julka spędza 3,5 godz. na chatroullette, czacie wideo, w którym losowo wybiera się rozmówcę. - Obgadywała mnie z jakąś Brytyjką, która radziła jej, jak "radzić sobie z upierdliwą starą". Potem zalogowała się w grze, której nazwy nie pamiętam. Miała tam awatara, swojego sobowtóra. Wirtualna dziewczyna o nicku Majus16 napadała na sklepy z dwoma innymi uczestnikami gry. Potem jeden z nich zaproponował córce, żeby powtórzyli to w realu, że są świetnie zgrani, więc musi się udać. Julka, przepraszam Majus16, odpisała, że to przemyśli!

Edyta trzy dni zwleka, zanim porozmawia z córką. Radzi się byłego męża: przyznać się, że ją śledziła, czy nie? Przecież sama uczyła Majkę: nie czyta się cudzej korespondencji. A może poradzić się psychologa? - Mąż mnie wyśmiał. Powiedział: to chore, że rodzice boją się zwrócić uwagę własnemu dziecku, choć robi coś nagannego! To paranoja, żeby rozmowy z własną córką uczył nas psycholog. Przeprowadzili rozmowę we trójkę. Znów był płacz, przysięgi.

- Na razie jest spokój, ale siedzę na tykającej bombie. Za każdym razem, gdy włączam internet, zastanawiam się, co będzie, kiedy córka wyprowadzi się z domu. Zatraci się w wirtualnym świecie? A jeśli trafi na zboczeńca? Albo ktoś namówi ją do zrobienia czegoś strasznego? Czy nie zostanie hazardzistką? Czy będzie kiedyś miała prawdziwych przyjaciół...

Dowiedz się więcej na temat: rodzicielstwo | macierzyństwo | narkotyki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje