Reklama

Reklama

Moje dziecko? Nie wierzę!

Danuta: "Gdy Kuba przestał eksperymentować z dopalaczami i zaczął medytować, myślałam, że syn wreszcie dorósł, a nawet rozwija się duchowo. Nie wiedziałam, że ta «duchowość» to sekta".

Reklama

Danuta (42 l.), pielęgniarka, mama Kuby (17 l.) i Julii (13 l.). Od dziesięciu lat wdowa, mąż zginął w wypadku. - Od jego śmierci nie pracuję. Chciałam zaopiekować się dziećmi. Mąż był wojskowym, mam po nim wysoką rentę, starcza na normalne życie - tłumaczy. O tym, że syn eksperymentuje z narkotykami, dowiedziała się od córki, która przeczytała jego archiwum na Gadu-Gadu. Kuba pisał do kolegi: "Raz tak przedawkowałem amfę, że stan «zaraz zejdę z tego świata» trzymał mnie przez kilkanaście godzin! Na schodach oparłem rękę o mokrą poręcz i wydawało mi się, że mam palce umazane krwią. Na drugi dzień totalna deprecha".

Przez chwilę zastanawiałam się: Wymyślił to, by popisać się przez kolegą. Mój Kuba?! Może nie był idealny. Nauczyciele mówili: zdolny, ale leniwy, no ale chłopcy w jego wieku nie uczą się dla stopni. Raz z kimś się pobił. Trochę się martwiłam, ale czułam też ulgę: chowany bez ojca, ale nie mięczak. Pomagał siostrze w lekcjach, a mnie w prowadzeniu domu. Narkotyki?! Musiałabym zauważyć - wspomina Danuta.

Czyta dalej: "Kiedy pierwszy raz byłem w takim stanie, mamy nie było w domu. Innym razem przyszedłem na chatę zjarany jak świnia, bo wypaliłem wiadro zioła. "Przepraszam, mamo, jestem strasznie zmęczony, ciężki dzień" - powiedziałem, poszedłem się położyć. Weszła do pokoju, więc udawałem, że śpię. Nie zdążyła zobaczyć tego, co nastąpiło po kwadransie. Cały się trząsłem. Ze strachu. Wszystko słyszałem dużo głośniej".

W korespondencji syna odkryła jeszcze to: "Po dragach były przygody ze średnio atrakcyjnymi kobietami. I dni wyrwane z życiorysu przez tak silne «wyjebanie», że nie robiłem nic. Odpalałem komputer, oglądałem filmy, potem spałem". - Syn tłumaczył koledze, że nic nie zauważyłam, bo narkotyki, które teraz można kupić, krótko działają. Najwyżej kilka godzin. I że on nie jest idiotą, by "dawać w żyłę". Gdy naprawdę bardzo źle się czuł, brał amfetaminę, więc w szkole był przytomny - opowiada Danuta.

W kolejnym e-mailu lista adresów: "Pl. Na Rozdrożu i na stacji Metro Politechnika są sklepiki, w których legalnie kupisz dopalacze Cocolino i Plan B", Kuba tłumaczy koledze. - Trzęsły mi się ręce, gdy to czytałam. Przypomniałam sobie, jak się cieszyłam, że posłałam Kubę do prywatnego liceum. A farmaceutka z osiedlowej apteki powiedziała mi, że tam wszyscy "biorą". Nauczyciele udają, że nie widzą, bo mają z rodzicami taką niepisaną umowę: "płacicie, my się nie wtrącamy".

Zapytałam wtedy syna: "Podobno u was w szkole jest problem z narkotykami?". Usłyszałam: "Mamo, a w jakiej nie ma? Wszędzie kręcą się dilerzy. Wiesz, że nie wpakuję się w takie historie". Uznałam, że wiem. Tego dnia, gdy odkryłam e-maile, odbyłam z synem rozmowę. Zarzekał się, że to były dawne eksperymenty. Zakończone. "Rentę po ojcu wydawałeś na narkotyki!", powiedziałam, wściekła. A jednak uwierzyłam, że już nie bierze.

Potem był odwołany pociąg, którym Danuta miała jechać do sanatorium. - Wróciłam do domu. Kuba był w strasznym stanie - bełkotał, myślałam, że jest pijany, ale nie wyczułam alkoholu. Zrozumiałam: wziął coś. To była palona kokaina, tzw. crack. Znajoma lekarka znalazła prywatny ośrodek leczenia uzależnień. Bałam się, co na to syn, ale bez oporów zgodził się pojechać na odwyk. Trzy miesiące. Akurat były wakacje, stracił tylko miesiąc szkoły.

Kiedy wrócił, Danuta zaczęła robić mu cotygodniowe testy z krwi i moczu. Kuba był "czysty". I zakochany. - Tę dziewczynę poznał na spotkaniach Anonimowych Narkomanów. Jaga nie brała od siedmiu lat, była buddystką - wspomina Danuta. Kuba zaczyna medytować. Podsuwa mamie książki "Sri Sri" Ravi Shankara, chodzi na warsztaty organizacji Art of Living. Co rano zamyka się w łazience na 40 minut. "Odbywam praktyki duchowe", tłumaczy. Potem w salonie robi 108 tzw. pokłonów, uderzając czołem o podłogę. "To przynosi mi mentalny i fizyczny spokój", powtarzał bezustannie.

- Trochę się niepokoiłam intensywnością jego praktyk, ale pocieszałam się, że to typowa gorliwość neofity - wspomina Danuta. Znów jednak coś ją zaskoczyło. - "Art of Living to oszołomy! - mówi któregoś dnia Kuba. - Twierdziłeś, że ci pomogli - dopytuje matka. - Teraz poznałem prawdziwych przyjaciół" - słyszy.

Sobota rano. Danuta budzi się i idzie do pokoju syna. Łóżko jest puste, szafa otwarta - zniknęła część jego ubrań, walizka i plecak. Na stole kartka: "Pojechałem na medytacje, wrócę za kilka dni, nie dzwoń". - Przestraszyłam się, oczywiście zadzwoniłam do syna, był "poza zasięgiem". Potem do Jagi. Usłyszałam: "Nie mam z Kubą kontaktu, zerwaliśmy. Przystał do jakiegoś dziwnego ruchu, to niby-buddyści, ale wietrzę w tym ściemę. Tym bardziej że Kuba wyciągnął ode mnie pieniądze, mówił, że na naprawę samochodu, a okazało się, że to dla tych ludzi".

Danuta obdzwania wszystkie ośrodki buddyjskie w mieście. Nikt nie organizuje warsztatów w ten weekend. Kuba wraca po czterech dniach. - "Synku, jak mogłeś mi to zrobić?! Dzwoniłam wszędzie. Nikt nie słyszał o tych twoich warsztatach. Gdzie byłeś?!", zasypałam go pytaniami. Kuba wpadł w furię: "Szpiegujesz mnie?! Oszalałaś?!". Kolejne dni to był nieustanny atak. Słyszała od syna: "Żresz mięso jak barbarzyńca, mordujesz zwierzęta - ty, katoliczka. Tak to jest, jak się chodzi do kościoła, w którym uczą, że Bóg to dziadek z brodą!".

Danuta broni się: "Dalajlama spotykał się z papieżem i był za ekumenizmem, nie wyszydzaniem innych religii. Na tym polega prawdziwa duchowość. - No właśnie - PRAWDZIWA!" - słyszy. Dwa dni później Kuba znów znika. Zostawia kartkę: "Mieszkam z przyjaciółmi. Nie szukaj mnie, bo się zabiję. Zaburzasz mi energię". Danuta zgłasza zaginięcie na policję. - Poprosiłam, by lokalizując sygnał z komórki syna, ustalono, gdzie jest. Usłyszałam: "Procedury są inne". I jeszcze: "Z tego listu widać, że on jest świrem i powinno się go zamknąć w szpitalu".

Po powrocie do domu Danuta dzwoni do ITAKI, która pomaga szukać zaginionych. - Pocieszali, że większość dzieci znajduje się w ciągu dwóch dni. Uczepiłam się tej myśli - wspomina Danuta. Kuba wrócił po tygodniu. Nie zapytała, gdzie był - bała się, że spłoszy go niefortunnym zdaniem. "Naprawdę tak ci tu źle, synku?", wyrwało się jej na drugi dzień. Usłyszała: "Nie bój się, nie ucieknę znowu. Nie zrezygnuję z darmowego hotelu".

Kilka dni temu Kuba oznajmił, że nie idzie na studia, bo jego przewodnik duchowy uważa, że nie jest teraz na to gotowy. - Tak się pokłóciliśmy, że rzucił krzesłem w drzwi balkonowe i rozbił je. Moja siostra zapytała, dlaczego nie wezwę pogotowia psychiatrycznego. A ja nie wyobrażam sobie, że mój syn jest wyprowadzany w kaftanie na oczach sąsiadów. Nie mogę mu tego zrobić. To tak, jakbym zdradziła własne dziecko.

Dowiedz się więcej na temat: rodzicielstwo | macierzyństwo | narkotyki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje