Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mój ludzik się odmeldował

Wrogi świat

Po trzeciej stracie Marek jak zwykle wspiera żonę. - Człowiek z żelaza - opowiada Żaneta. - Ilekroć działo się coś złego, mówił: "Nic, co nas dotyczy, nie jest problemem jednej osoby". Wizja rodziny w naszym wypadku oznaczała trzy opcje: para bez dziecka, adopcja albo coraz mniej sensowne starania. "Jest w Warszawie lekarz znany z tego, że ratuje dziecko. Nawet kosztem życia matki. Myślałam, żeby się do niego zwrócić. - Chcesz ze mnie zrobić wdowca?" - wybuchnął.

Reklama

Żaneta pamięta moment, kiedy poczuła furię i złość do świata. - Warczałam. Trzaskałam drzwiami. Nie odbierałam telefonów. "Mąż mnie na pewno zdradza z taką, która da mu dziecko", oglądałam jego koszule, czytałam maile. Jad mieszał się z bezradnością. Płakałam, bo za długo czerwone światło, bułka w sklepie czerstwa, Marek spóźnia się kilka minut. "Zaraz mnie ubezwłasnowolni", pomyślałam, czując, że tracę kontrolę nad emocjami.

Ta sytuacja zrujnuje nasze małżeństwo, zrozumiałam. Trafiłam do psychologa. Psychiatra wspomógł lekami. Przez półtora roku na terapii par walczyliśmy też o związek. Wykrzyczałam urazy: "Nie było cię przy mnie, gdy straciłam pierwsze dziecko!". "Dlaczego nie wziąłeś na ręce naszego synka ani córki?" Nie bronił się, próbował zrozumieć mój żal. A ja otwarcie postawiłam sprawę: nie wytrzymam już kolejnych prób.

W następnym zdaniu padło słowo "adopcja" - wspomina Żaneta. I wtedy, w jednej chwili wszystko się uspokoiło. Poczułam niesamowitą ulgę. Będziemy rodzicami. Z góry założyłam, że dla męża ważne jest tylko biologiczne ojcostwo. A on wiedział, że na dłuższą metę bez dzieci nie będziemy do końca szczęśliwi. Wkrótce poszliśmy na pierwsze spotkanie do ośrodka adopcyjno - opiekuńczego i warsztaty dla przyszłych rodziców adopcyjnych. To będzie nasza droga do szczęścia, wiedzieliśmy. Gdzieś tam jest nasz synek. Albo córka.

Marta - mama x 6. Przeżyła dwa poronienia, szczęśliwie urodziła czwórkę dzieci

Graviditas obsoleta - pisze lekarka na skierowaniu do szpitala. - Po łacinie nie brzmi tak smutno jak po polsku: ciąża obumarła - tłumaczy Marta. Ginekolog w warszawskim szpitalu mówi bez ogródek: "Może samo się usunie. A jak nie, za tydzień proszę przyjść na łyżeczkowanie. Teraz i tak nie mam miejsc". "Za co ta kara?! - Marta ryczy na szpitalnym parkingu. - Gdzie się kończę ja, a gdzie zaczyna moje dziecko?", myśli.

Nie krwawi, więc ma nikłą nadzieję: może dziecko jednak żyje. Polecony przez przyjaciółkę lekarz potwierdza poprzednią diagnozę. Marta wraca w terminie na oddział na łyżeczkowanie. To 13. tydzień ciąży. Dostaje leki wywołujące skurcze, wiele godzin leży sama w sali, nie przypuszczała, że rozwieranie szyjki macicy tak potwornie boli. - W końcu personel raczył zabrać mnie na zabieg - opowiada. - Przedtem pozwolono wejść do toalety. Widziałam, jak do sedesu wyleciało całe łożysko - opowiada Marta.

- Nikt mi nie powiedział, co robić. Nacisnęłam spłuczkę. Żyję ze świadomością: moje dziecko spłynęło rurą kanalizacyjną. Sześć lat później déja vu. Marta jest w ciąży. Po raz piąty. Poprzednie trzy mimo kłopotów zakończyły się szczęśliwie. Na świecie jest już Fela, Leon i Gucio. W 12. tygodniu nocą dostaje 40 stopni gorączki. Grypa? Zatrucie? Ten sam koszmar - USG, brak tętna. I wyrok.

Tego wieczoru Marta ogląda z dziećmi na Starówce bożonarodzeniowe lampki. Płaczą z mężem. U nas narodzenia nie będzie. Rano w szpitalu pielęgniarka wręcza niebieski worek na śmieci i słoik: "Tu skrzepy, tu tkanki - patrzy Marcie w oczy. - Trzeba zebrać wszystko do badań histopatologicznych". Marta nie decyduje się na pogrzeb. - Wolę nie myśleć, co się z nim stało - przyznaje. - Nie chcę obciążać dzieci wyprawami na miniaturowy grób, gdzie leży fiolka albo zasuszona pępowina. Ja i tak noszę w sobie grób. Do piekła schodziłam dwa razy - mówi smutno Marta o poronieniach.

- Sama, bo ludzie wokół nie potrafią w takiej chwili pomóc. Jacek, mój mąż, zajmował się dzielnie dziećmi. Nie radząc sobie z moimi łzami, milczał. A ja zaciskałam zęby, nie mogę się przecież rozklejać. Inni też nie rozumieli: "Żałoba? Jaka żałoba? Jeszcze ci nie przeszło?", słyszałam od znajomych. Przestali dzwonić, kiedy im wygarnęłam: "Bardziej opłakiwalibyście śmierć chomika!". Gdy tracisz to, co medycyna do 12. tygodnia nazywa płodem, jesteś zaledwie pacjentką. A nie matką. Wystarczy przejść z oddziału położniczego, gdzie wszyscy się uśmiechają, na ginekologię. Tu nikt nie cacka się z twoją stratą. Nikt poza kobietą, która też poroniła, nie rozumie pustki. Było już łóżeczko, przewijak, wybrane imię...

Koszmarny błogostan

Wakacje w 2011 roku Marta spędziła z czwórką dzieciaków nad morzem. Znajomi twierdzą, że jest idealną mamą. Uśmiechnięta, czuła, wciąż wymyśla nowe zabawy. - Żeby mieć taką rodzinę, przeżyliśmy z mężem poligon - mówi Marta. - Po pierwsze, żadna "szczęśliwa ciąża" nie wymazuje straty. Każdą z czterech dominował lęk, że znowu stracę dziecko. - Do 13. tygodnia bałam się przyzwyczaić do Felicji. Gdy poczułam jej ruchy, zjadałam pół tabliczki czekolady, bo wtedy zaczynała mocniej kopać - wspomina.

- Fela urodziła się zdrowa w 35. tygodniu. Podobnie z Leonem, Gutkiem i Kostkiem - chłopcy byli wcześniakami. Wiem, że nie ja jedna musiałam w ciąży leżeć, brać fenoterol, po którym trzęsłam się jak w delirium - opowiada. - Do tego pessar, zabezpieczenie na skracającą się szyjkę macicy, i zastrzyki w brzuch. Marta nie ukrywa: ponad wszystko chciała mieć dzieci. Ale czas, który ma być błogostanem, gdy matki kupują śpioszki z Kubusiem Puchatkiem i puszczają "brzuchowi" kołysanki, dla niej z powodu strachu przed poronieniem był koszmarem.

- Otarłam się o obłęd - wyznaje. - Pod koniec ciąży z najmłodszym synem "wysiadłam" psychicznie. Przestałam odbierać telefony. Odliczałam dni. 33. tydzień, 34. Byle zaczął się pierwszy dzień 38. tygodnia. Wtedy mogę urodzić. "Dajcie mi nóż, do cholery! Sama wyjmę dziecko", dostałam histerii.

Miłość ma swoje ciemne strony - mówi dziś. - Nieszczęśliwa mama to nieszczęśliwe dzieci - przyznaje. - Najstarsza córka wciąż mnie pytała: "Mamusiu, czy ja też umrę jak dzidziuś w brzuszku?". Fela płakała, gdy wytłumaczyłam jej, co się stało po drugim poronieniu: "Dzidzia była chora, większość chorób można wyleczyć, ale tej nie. To się zdarza bardzo, bardzo rzadko. - A Gucio? Tatuś? Ty też umrzesz?".

Do tej pory miewa ataki paniki, że i ja umrę i ją opuszczę - opowiada Marta. Leon również odchorowuje nasze problemy. Po poronieniu bywał agresywny, miał problemy w przedszkolu i bóle brzucha na tle nerwowym. Kolejna trauma. Nie dość, że nie sprawdziłam się jako mama i nie wiedziałam, że moje dziecko umarło, to jeszcze narażam na stresy starsze dzieci, myślałam.

Zrobiłam wszelkie badania - tłumaczy Marta. - Miałam rację, że jestem felerna. Okazało się, że mam zaburzenia krzepliwości krwi. "Łożysko się zatyka, a dziecko się dusi. I tak miała pani szczęście, że urodziła zdrowe niemowlaki", tłumaczyła lekarka. - Moje ciało zabijało moje dzieci - mówi Marta.

- Więcej się to nie zdarzy. Lekarze jasno powiedzieli: "zapomnij o ciąży". Z właśnie wykrytą chorobą Hashimoto i wcześniejszymi "defektami" poronię. Albo urodzę upośledzone dziecko. Najmłodszy syn jest cudem, ale w ciąży żegnałam się z nim cztery razy, cztery razy myśleliśmy, że go tracę. Marta ma obgryzione paznokcie. Jest nerwowa. Ale w końcu uporała się z żalem, unika słowa "żałoba".

- Nie odwracam głowy, gdy widzę kobietę w ciąży. Nie zazdroszczę. Raczej jestem sceptyczna: "Może będziesz miała dziecko, Może będziesz mamą", mówię w myślach. Czasem się wściekam, bo widzę, jak pali papierosa, i myślę: gówniarze pewnie ujdzie to na sucho! Rok temu nie opowiedziałabym tej historii. Dziś już się nie miotam. Poddałam się. Zaakceptowałam. Uległam. Wiem, że się nie dowiem, dlaczego to akurat spotkało mnie. Jedyne, co mogę zrobić, to sobie wybaczyć. Nie zapominać, ale nauczyć się żyć z tą pamięcią. Nieźle mi idzie.

Marta Bednarska

Twój STYL 9/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje