Reklama

Reklama

Mój ludzik się odmeldował

Własne śledztwo

Polecona lekarka. Inne traktowanie. Długa rozmowa i plik skierowań: hormony tarczycy, przeciwciała antykardiolipidowe i przeciwjądrowe. Ginekolożka, przeglądając wyniki, nie ma wątpliwości: wysoki poziom przeciwciał przeciwjądrowych - mogą powodować reumatyzm, toczeń, w ciąży są jak bomba zegarowa. "To paskudztwo zabiło Karolka", wieczorem Basia z mężem czyta na forum o przeciwciałach.

Reklama

Z zawiłych opisów wynika, że atakują łożysko, a dziecko dusi się i umiera z głodu. Ale jest na to lekarstwo! Basia: - Moje szczęście mogło tak niewiele kosztować. Na badania wydałam 200 zł. Leki, dzięki którym można utrzymać ciążę, to wydatek pięciu złotych miesięcznie. Gdyby tylko któryś z lekarzy zapytał mnie, czy w rodzinie były przypadki reumatyzmu, może zrobiłabym te badania wcześniej.

"Po pierwsze aspiryna, po drugie sterydy", lekarka wypisuje receptę. Pół roku po poronieniu Basia znowu jest w ciąży. - Myślałam, że jestem silna, że wsparta lekami tym razem urodzę zdrowe dziecko - opowiada. - Ale ciąża to był stan strachu. Wynajdywałam u siebie wszelkie choroby, które mogły zagrozić dziecku. Skreślałam dni w kalendarzu - byle minął pechowy dziesiąty tydzień. Pierwszy trymestr. Gdy Jaromir zaczął kopać, lęk przed stratą był jeszcze większy.

Teściowie do szóstego miesiąca nie wiedzieli, że spodziewamy się dziecka. Bałam się, że oszaleję. Trafiłam do psychologa, który hamował moje paranoje: "Naprawdę nie wszystko zależy od ciebie". Jaromir dostaje 10 punktów w skali Apgar. Basia nadal nie wierzy w happy end. Czytała o śmierci łóżeczkowej, dlatego chłopczyk śpi przy monitorze oddechu.

- Kiedy tracisz raz, boisz się, że znowu tak się stanie - tłumaczy. Szukając pomocy, loguje się na poronienie.pl. - Znalazłam tam ludzi z podobnymi doświadczeniami. Potrafili odnaleźć radość mimo straty. - "A może zamiast histeryzować, zrobię coś fajnego", mówi mężowi o pomyśle na Dzień Dziecka Utraconego. To jej terapia.

Z Jaromirem w nosidle rozwiesza w mieście, w szpitalach odbite na ksero plakaty o ceremonii na cmentarzu. - Myślałam, że wpadnie parę osób. Od czasu pierwszego "lotu baloników" Baśka to najważniejsza instancja wśród lubelskich rodziców osieroconych, jak mówią o sobie mamy i ojcowie, którzy stracili dziecko. - Wyjść z poronienia to nie tylko dostać pierwszy okres, ale pogodzić się z losem. Nie wolno bać się o dziecko, które żyje - mówi.

O swojego drugiego, pięciomiesięcznego synka już nie troszczy się histerycznie. - Chyba dopiero teraz, pięć lat po poronieniu, w pełni cieszę się, że jestem mamą. Bez lęku.

Żaneta - mama x 5. Trzy razy straciła dziecko. Wychowuje dwóch adoptowanych synów.

Miesiączka się spóźnia. Test pokazuje dwie kreski. Ostrożna radość: czy to nie za wcześnie? Ginekolog potwierdza ciążę, a Żaneta zasłania rękoma ciało, jakby przytulała samą siebie: "Nie oddam cię nikomu. Chcę cię czuć", wyobraża sobie sześciotygodniowe dziecko w brzuchu. Kilka lat wcześniej przeszła operację nowotworu jajnika. Lekarz uprzedzał, że może mieć problemy z zajściem w ciążę. Wie, że ma farta. Rozczula ją, gdy jej ojciec zbyt wcześnie prosi: "Nie zapinaj pasów w aucie, żeby nie cisnęły brzucha".

Z rodziną oglądają razem przewodnik o ciąży. Przeczytała dopiero dwa rozdziały o pierwszych tygodniach. Gdy zaczyna plamić, uspokaja się: tak się może dziać, bo zarodek zagnieżdża się w macicy. Nie alarmuje męża, który jest w delegacji. Krwawienie się nasila. Mija dziewiąty tydzień ciąży. "To się nie dzieje naprawdę", Żaneta trzyma się za brzuch, gdy karetka wiezie ją do szpitala.

Noc. Położna w izbie przyjęć wypytuje: "Numer dowodu, PESEL, adres... - Jeśli jest szansa, żeby ktoś uratował moje dziecko, to może wpisze pani PESEL potem?!" - błaga Żaneta. Szans brak. Trzy USG potwierdzają: płód obumarł. I diagnoza: konieczne jest łyżeczkowanie.

"Po takim zabiegu kobiety następnego dnia idą do pracy - lekarz się irytuje, gdy Żaneta prosi o dłuższe zwolnienie. - Dam pani standardowe cztery dni". - Nie wyobrażałam sobie powrotu do firmy w takim stanie - opowiada. - Nie mogłam wstać z łóżka, nie chciało mi się oddychać. "Ja tu sobie poleżę. Zostawcie mnie", płakałam. Albo milczałam. Albo spałam.

Następny rok Żaneta odlicza cyklami. Mijając aptekę, zastanawia się, czy już dzień przed miesiączką kupić test. Po roku bezskutecznych starań o ciążę trafia do kliniki leczenia niepłodności. Monitorowanie owulacji. Seks z mężem "na żądanie". - Jestem wdzięczna Markowi, że wytrzymał moją obsesyjną pogoń za dzieckiem - przyznaje. Jeden z lekarzy dał nadzieję. "Będę miała operację i teraz na pewno się uda!", myślałam.

Usunięcie przegrody w macicy, która najprawdopodobniej doprowadziła do obumarcia pierwszej ciąży. Kilka miesięcy później Żaneta na nartach w Austrii kupuje test ciążowy. - Szczęśliwy - uśmiecha się. - Bo wracaliśmy do Polski we trójkę. Cała rodzina "jest w ciąży". "Przez moje operacje to stan wysokiego ryzyka", tłumaczy.

Teściowie, rodzice dyżurują, żebym nie była sama w domu. Z żalem myślę o tym, co mogą robić kobiety w niezagrożonej ciąży. Ja głównie leżę. Wariuję w domu, ale też pokornieję. Żyję od USG do USG. Żaneta celebruje każdy ruch dziecka, mówi do niego, na forach czyta o szczęśliwych finałach skomplikowanych ciąż.

W 23. tygodniu z wysoką gorączką znowu ląduje w szpitalu. "O pani to już weteranka", taki "zabawny" komentarz. KTG wykazuje akcję serca dziecka, ale lekarz, przeglądając wyniki krwi, ponuro informuje Marka: "Zakażenie organizmu matki i dziecka, teraz walczymy o życie żony". Wywołanie porodu. Nie wolno podać znieczulenia. Potworny ból. "Drzesz się jak prosta baba!", ucisza położna. Wreszcie ostatni skurcz. - "Czy moje dziecko żyje? - pyta Żaneta. - Żyje, ale co to za życie", lekarka pokazuje z daleka przykurczone ciałko, lekceważy wyciągnięte dłonie pacjentki. Odwraca się plecami.

- Gdy kobieta rodzi zdrowe dziecko - tłumaczy dziś Żaneta - ból ma sens. Na końcu jest nagroda. A ja czekałam na śmierć syna. Do dziś czuję się winna: może gdybym wbrew wszystkiemu nie zgodziła się na wcześniejszy poród, zdarzyłby się cud?

Śpiąca królewna

Jedenaście dni później, po upokarzającej walce o potrzebne dokumenty, Żaneta z mężem wreszcie mogą pochować syna. "Jestem tak blisko, a nie mogę cię dotknąć", pochyla się nad białą trumną. Właściciel zakładu pogrzebowego radził: "Niech pani zachowa obraz synka z porodu". "Nie możesz spędzać życia na cmentarzu", Marek niepokoi się o żonę, która pod byle pretekstem jeździ na grób.

Rok później - na dwa. Obok Adama leży Ania urodzona w 19. tygodniu. - Choć lekarze ostrzegali, że kolejna ciąża nie będzie łatwa, nie odpuszczałam. Czułam, że dziecko mnie dopełni - opowiada. Pół roku po stracie Adama Żaneta w 2003 roku znów dowiaduje się, że jest w ciąży. Spokojny pierwszy trymestr. W 14. tygodniu nie ma wątpliwości, czuje delikatne ruchy córki. "Moja śpiąca królewna", myśli, widząc w 18. tygodniu na monitorze USG dziewczynkę.

Kilka dni później lekarz podsuwa do podpisu dokumenty: zgodę na wywołanie porodu. Żaneta: - Znowu koszmar: gorączka, zakażenie organizmu. Na sali porodowej prosi położną: "Jeśli córeczka urodzi się żywa, czy mogą państwo udzielić chrztu z wody? To może zrobić każda wierząca osoba - tłumaczy. - Chciałabym też potrzymać moje dziecko, choć przez chwilę".

- Rodziłam Anię długo. Żeby załagodzić ból, oddychałam "z przepony". Uszanowano moje prośby. Czułam na ramieniu ciężar mojej trzystugramowej córeczki owiniętej w chirurgiczną chustę. Przytuliłam do niej czoło. Mogłam ją trzymać aż do podania narkozy. Na sali, gdzie trafiłam po zabiegu, pacjentka na łóżku obok też była po łyżeczkowaniu. Szukała wsparcia: "Moje dziecko miało zespół Downa, dlatego zdecydowaliśmy z mężem zakończyć tę ciążę".

Do dziś mam poczucie niesprawiedliwości. Trudno było mi zrozumieć osobę, która wybiera takie rozwiązanie tylko dlatego, że dziecko było chore.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje