Przejdź na stronę główną Interia.pl

Korzenie zapuszczam w asfalt

- Żyłam adrenaliną - wspomina. - Tylko w weekendy było mi nieswojo. Żeby nie czuć się samotną, zakłada konto na portalu towarzyskim. Uwagę mężczyzn znajduje w chat roomach. Z jednym umawia się w realu. Przystojny. Błyskotliwy. Tylko że pracuje w firmie kurierskiej. Facet bez ambicji nie pasuje do scenariusza na życie Grażyny. Jej podoba się Szwajcar z zegarkiem Patek Philippe na ręku. Niestety, żonaty.

Reklama

Na tablicy rejestracyjnej auta Grażyny napis : NO PITY (bez litości). - To była moja afirmacja. Czułam się supermenką. Zarobki: sześć tysięcy na rękę. "Mogę mieć, co zechcę", tak myślałam po czterech latach pracy. Ładne mieszkanie z kredytem na 40 lat. Wyjazdy za granicę z reklamodawcami. Panoszyłam się - opowiada. - Też rozstawiałam praktykantki po kątach jak Ewa, nie raz widziałam, jak przeze mnie płakały, jedna uciekła na zwolnienie lekarskie, bo podobno doprowadziłam ją na skraj załamania. Nie miałam skrupułów.

Kombinowałam, oddawałam do rozliczenia faktury na 1000 zł za prywatne kolacje i fitness klub. Wrzucałam je w koszty produkcji sesji w magazynie. Albo rachunki za taksówkę bagażową, którą przewoziłam meble podczas przeprowadzki. Kiedy księgowa pytała, jak to opisać, zmyślałam coś i przy okazji podrzucałam butelkę wina. Łapówki? - zastanawia się Grażyna. - Wolę myśleć: "system motywacyjny". Choć właśnie przez niego straciłam pracę.

Piękna katastrofa

Pół roku temu. Lunch z Ewą w chińskiej knajpie. Grażyna rozpakowuje ciasteczko z wróżbą. "Rozum to największy majątek", czyta. Ewa: "No właśnie. Ty jesteś zdolna. Daleko zajdziesz, ale teraz muszę cię zwolnić", wypala wprost.

– I tym razem myślałam, że mi się upiecze – wspomina Grażyna. – Przecież przyjaźnię się z Ewą. – „Straciliśmy przez ciebie ponad sto tysięcy. Dla prezesa istnieją teraz tylko liczby w rubryce straty. Przecież dział dystrybucji cię ostrzegał, że płyta tego artysty się nie sprzeda. Ale ty wiedziałaś lepiej. Co cię, do cholery, podkusiło?”.

Grażyna: – Nie mogłam się przyznać, że łapówka. Tym razem to nie były drogie gadżety. Po prostu koperta z banknotami, którą dostałam od agentki pewnego średniej klasy artysty – opowiada. – Kiedyś przy marghericie wpadłyśmy na pomysł wydania jego kolekcji płyt. To był dobry czas. Ewa w ciąży, przedłużała zwolnienie. Prezes wyjechał na wakacje ratować małżeństwo. Zadzwoniłam do niego: „To gwiazda”, przekonywałam, licząc, że cudzoziemiec nie do końca znający rynek muzyczny da się przekonać. „Rozkręcaj akcję”, zgodził się.

Czy wierzyłam w sukces? Oczywiście. Przecież piosenki tego wokalisty, śpiewała cała Polska. Fakt, kilka lat wcześniej, ale uważałam, że jest ponadczasowy. Wynik sprzedaży pisma z kolekcją był dramatyczny. Prezes rzucał mięsem. I krzesłami. Ewa wyparła się odpowiedzialności. Czułam, że tym razem nie miałam szans się wywinąć. Były jeszcze donosy z działu kontrolingu o fakturach za restauracje i wypadach do spa. Wypłynęły, kiedy zaczęłam mieć kłopoty.

„Ochroniłam cię przed dyscyplinarką. Odejdziesz za porozumieniem stron”, powiedziała Ewa, rozpakowując ciastko z wróżbą. Grażyna: – Moje marzenie nie prysło. Nadal mieszkam w pięknym mieszkaniu. Wynajęłam dwa pokoje koleżankom. Udaje mi się spłacać kredyt, choć musiałam sprzedać samochód. Uczę się żyć skromnie. Rodzice nie wiedzą, że straciłam pracę. Rozkręcam wydawnictwo dla dzieci. Pracuję z koleżanką nad poradnikiem dla rodziców. Rozesłałam CV do wydawnictw.

Przetrwam. Słyszałam taki dowcip: „Co jest najgorsze w przyjezdnych? To, że zostają”. Ja zapuszczę korzenie. Choćby w asfalt. Moje miejsce jest w Warszawie. Na Manhattanie.

Bardziej mi się chce

Urszula z Gorlic w Małopolsce. 38 lat. Przeszła wszystkie szczeble kariery w koncernie kosmetycznym. Odeszła z firmy po 14 latach.

Rok 1996. Ula: czerwone włosy, mocny makijaż. Marzenie: wyjechać z podkarpackiej wsi. Nakręcić z chłopakiem film. Rok 1998. Ula: blond pukle. Ołówkowa spódnica. Zaciśnięte usta. Marzenie: własny gabinet z wizytówką: „Supervisor sales manager”. Rok 2010. Ula: brązowe, modnie obcięte włosy. Biuro na tarasie domu na wsi. Marzenie: zorganizować razem z mężem kolejny koncert George’a Michaela w Polsce. 38-letnia freelancerka zajmuje się imprezami promocyjnymi.

– Przez czternaście lat służyłam korporacji – uśmiecha się. – Zaczynałam jako szeregowiec. Awansowałam na generała. Dzięki pracy wyleczyłam się z kompleksów i nieszczęśliwej miłości. Ale ta terapia już się skończyła. Ilekroć mijam biuro byłej firmy w Warszawie, myślę: „Ja, dziewczyna ze wsi, tworzyłam to miejsce”. I uwierzyłam: jestem wartościowa.

Rok 2002. Kamienny taras 300-letniego hotelu. Widok na Etnę. Ula w satynowej sukience pije szampana. Nikt jej tam nie przywiózł, to była zwyczajna podróż służbowa – miała sprawdzić, czy miejsce nadaje się na międzynarodową konferencję dla firmy. – Stałam otoczona obsługą w liberii. – wspomina Urszula. – Dzięki sobie, pasji, wyrzeczeniom. I Mężczyźnie Mojego Życia. „Nie zaszłabym tu, gdyby mnie nie porzucił”, myślałam.

Sześć lat wcześniej. Dyskoteka w Gorlicach. Ula spotyka się z Pawłem, studentem fotografii, dziś reżyserem. „Między nami wszystko się wypaliło. Zakochałem się. To aktorka”, słyszy po ośmiu latach związku. – Myślałam, że nie przeżyję jednego dnia bez tej miłości. Nagle stałam się bezwartościowa. Mimo dyplomu z kulturoznawstwa na piątkę, grona przyjaciół w Krakowie, wsparcia rodziców. Bez tej miłości byłam nikim.

Musiałam uciec ze wsi, gdzie mogłam uczyć w gminnej szkole albo, jak moje rówieśniczki, urodzić trójkę dzieci. Kraków odpadał, bo tam był Paweł. W Warszawie, nieznanej i wielkiej, mogłam spróbować życia od nowa. Pojechałam nocnym pociągiem. Zamieszkałam w pokoju u ciotki, obok Pałacu Kultury. Miasto huczało. I pędziło. Pierwszego wieczoru na chodniku wyprzedziła mnie 80-letnia kobieta. Czułam, że w tym zgiełku znajdę miejsce dla siebie.

Potyczki językowe

Tydzień po przyjeździe Ula na interview w wielkiej firmie kosmetycznej opowiada, jak z narzeczonym robili wspólnie sesje, stylizując do zdjęć koleżanki – na Gretę Garbo, Sophię Loren, Kalinę Jędrusik. – Tak sugestywnie mówiłam, że przekonałam ich do siebie. – „Obsługuje pani komputer? – Oczywiście. – Języki obce? – Komunikuję się”, kłamałam.

Do pokoju u ciotki przyniosłam klawiaturę. Przepisywałam książki, żeby nauczyć się bezwzrokowo pisać. W podziemiach Dworca Centralnego kupiłam repetytorium języka angielskiego. Kilka dni później pierwszy test. Ula łamaną angielszczyzną próbuje przez telefon dogadać się z kobietą, która powtarza nieznany wyraz „inwojs”. – W końcu bezradnie przekazałam słuchawkę koleżance – opowiada. – Dopiero potem się dowiedziałam, że chodzi o "invoice", czyli fakturę.

Dowiedz się więcej na temat: kariera | korporacja | sukces | Manhattan | Warszawa

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje