Reklama

Reklama

Czerwony dywan? Nie, dziękuję

W szafie Anny Radwan trudno znaleźć sukienki nadające się na uroczyste okazje. Piękne kreacje nosi na scenie i na planach filmowych. Pierwszy występ na czerwonym dywani e zdarzył się jej dopiero po kilkunastu latach pracy, całkiem niedawno.

Reklama

Aktorka Anna Radwan powtarza sobie często, że miała ogromne szczęście. Głównie dlatego, że dotychczasowe życie zawodowe spędziła w Krakowie. I pewnie już tak zostanie. Kraków dał jej możliwość pracy ze wspaniałymi reżyserami: Jerzym Jarockim, Krystianem Lupą, Andrzejem Wajdą, Krzysztofem Warlikowskim. I jednocześnie oszczędził podejmowania trudnej decyzji: bywać, pokazywać się czy nie?

Bo z dala od stolicy wszystko płynie według innej miary. - Kiedy zaczynałam studia, byłam potwornie nieśmiała. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, o czym dzisiaj młodzi wiedzą doskonale, że ten zawód wymaga bycia na widoku, trochę ekshibicjonizmu. W głowie miałam tylko wielką sztukę i artystyczne posłannictwo - mówi.

Pierwszy występ na czerwonym dywanie zdarzył się jej dopiero po kilkunastu latach pracy. Do Los Angeles, na Festiwal Filmów Polskich, pojechała z filmem Artura "Barona" Więcka "Zakochany anioł". Po raz pierwszy znalazła się w Ameryce i to od razu w samym sercu stolicy przemysłu filmowego. Na pokaz przyszedł John Savage, jej ulubiony aktor, którego oglądała z zachwytem w "Hair" Miloša Formana i "Łowcy jeleni" Michaela Cimino. Wywołana na scenę szła wśród oklasków na podium, czując, że oto wydarzyło się coś wyjątkowego.

A w Polsce? No cóż, nawet na festiwal filmowy w Gdyni nigdy nie dotarła. Raz była w ciąży, potem zatrzymały ją sprawy rodzinne, kiedy indziej obowiązki w teatrze. Mówi szczerze, że nie żałuje. Od bywania zawsze ważniejszy był teatr i dom: mąż i 15-letnia córka. - Zawsze miałam tyle pasjonującej pracy, że życie towarzysko-bankietowe wydawało mi się przy tym czymś zupełnie niestotnym. Nie narzekałam na brak propozycji, więc i lansowania nie uważałam za niezbędne. W mojej szafie trudno znaleźć sukienki nadające się na uroczyste okazje. Pięknych kreacji nanosiłam się dość na scenie i planach filmowych.

Radwan jest osobą anonimową, na ulicy nikt jej nie zaczepia, w brukowcach trudno znaleźć jej nazwisko. A przecież jej twarz zna prawie każdy. Twarz Ludwiki, siostry Chopina w filmie "Chopin. Pragnienie miłości" Jerzego Antczaka. Ostatnio matki głównego bohatera Janka we "Wszystko co kocham" Jacka Borcucha. Anna Radwan mówi: "Szczęśliwy zbieg okoliczności". Ale to nie do końca prawda, bo za chwilę dodaje zaczepnie: - Nie lubię udowadniać, że w każdym towarzystwie czuję się dobrze. I nie przepadam za rozmowami z dziennikarzami, choć wiem, że to mój obowiązek.

Cieszy się, że kiedy debiutowała plotkarska prasa, dopiero raczkowała i nikt nie słyszał o agresywnych fotografach. Od dwóch lat wykłada jednak w szkole teatralnej i przyznaje, że ten problem znowu stał się dla niej ważny, bo dotyczy jej studentów. Od razu potrafi rozpoznać gwiazdy w gronie kandydatów na aktorów. Mają przeważnie znakomite warunki zewnętrzne, które dają im pewność siebie, czują potrzebę błyszczenia.

Są też ci bliżsi jej sercu: skupieni, poszukujący, z nosem w książkach. Nie wie, co im radzić, kiedy po dyplomie dzwonią, pytając, czy przyjąć rolę w serialu. - Z jednej strony więcej jest dziś możliwości pokazania się, ale koszt kompromisu może być zbyt wygórowany. Zresztą sądzę, że tzw. problem czerwonego dywanu to kwestia wyboru. A to z kolei łączy się ze sztuką odmawiania. Sama przyznaje, że właśnie z tym miała największy problem. Nawet, kiedy była przekonana, że nie warto przyjmować propozycji. - W środku przeklinałam, ale nie umiałam powiedzieć "nie". Już na trzeciej próbie wiedziałam, że nic z tego nie wyjdzie. I rzeczywiście, potem było już tylko gorzej!

Radwan wciąż głęboko wierzy, że można wiele osiągnąć w zawodzie aktora bez zabiegania o popularność w brukowcach i dyżurowania na bankietach. Zależy, jaką potrzebę chcesz zaspokoić: chęć uczenia się czegoś nowego czy wzbudzania podziwu. Ale ta druga motywacja też może prowadzić do wspaniałych efektów.

Maria Barszcz

PANI 9/2010

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje