Reklama

Reklama

Astrid Lindgren jakiej nie znamy

W 1926 roku, gdy Astrid Lindgren miała osiemnaście lat, zaszła w ciążę. W małej miejscowości, gdzie nic się nie da ukryć, był to prawdziwy dramat. Skandal dotyczył bowiem nie tylko Astrid, lecz kalał imię całej szanowanej rodziny w Näs. Dla samej Astrid wszystko to było jeszcze trudniejsze, ponieważ z całkowitą świadomością powzięła decyzję, że z ojcem przyszłego dziecka nie chce już mieć nic wspólnego. Ze swoich problemów nie zwierzała się nikomu, ani swemu rodzeństwu, ani najbliższym przyjaciołom.

"W dzisiejszych czasach - powiedziała Astrid Lindgren, gdy w 1977 roku wróciła do tamtych chwil - można mieć dzieci ślubne i nieślubne i nie gra to żadnej roli, ale w połowie lat dwudziestych, gdy mnie 'przytrafiło się nieszczęście', całe Vimmerby było wstrząśnięte bardziej niż wtedy, gdy Gustaw Waza odebrał miastu prawa miejskie. Nigdy jeszcze tak wielu nie plotkowało tak długo o tak małej sprawie, przynajmniej w Vimmerby. Będąc przedmiotem tych plotek, miałam uczucie, jakbym się znalazła w gnieździe żmij, i postanowiłam jak najszybciej to gniazdo opuścić. To nie było tak - jak być może sądzą niektórzy - że w starym dobrym stylu zostałam wyrzucona z domu. Bynajmniej, po prostu wyrzuciłam się sama. Żadna siła by mnie nie zatrzymała. Moi rodzice byli naturalnie zdruzgotani, ale nie robili mi strasznych wyrzutów. Uważali tylko, że jeśli już koniecznie musiałam zajść w ciążę, to ojcem dziecka powinien być ktoś inny".

"I prawdę powiedziawszy, uważałam tak samo - mówi Astrid. - 'Jak mogłaś?', pytała Hanna ze smutkiem i niekłamanym zdumieniem. Ale czy kiedykolwiek młody, niedoświadczony, naiwny głuptas mógł odpowiedzieć na takie pytania? To było dokładnie tak jak w opowieści Sigurda (1), w tej o Lenie-Latawicy, którą czytałam jako nastolatka. Lena-Latawica nie była ani odrobinę ładna, ale - zapewniał autor - 'była jednak pożytecznie dzika do zaspokojenia zmysłów', i pamiętam, że czytając to, pomyślałam: 'O, przynajmniej być na tyle dzika!'. A teraz okazało się, że na tyle mogłam być także ja".

Reklama

"Nic nie mówimy nikomu" - tę zasadę Hanna wyznawała przez całe życie. Wszystko, co dotyczyło rodziny, miało w niej pozostać. Zarówno Hanna, jak i Samuel August z nikim o tym "nieszczęściu" nie rozmawiali. Nie uczyniła tego także ich córka. Wiedziała, czego chce, a czego nie. Chce tego dziecka, ale nie chce już mieć nic wspólnego z jego ojcem. Jak sobie poradzi, gdy dziecko przyjdzie na świat, jeszcze wtedy nie wiedziała.

Astrid wyjeżdża do Sztokholmu, wynajmuje pokój z utrzymaniem, idzie na kursy stenografii i maszynopisania przy szkole handlowej Bar-Lock. Razem z kilkoma innymi dziewczętami ze wsi, mieszkającymi na tej samej stancji, próbuje poznać nieznane dotąd wielkie miasto i wielkomiejskie życie, pozornie wydaje się równie beztroska jak jej rówieśniczki. Swego niepokoju przed przyszłością nie ujawnia przed nikim.

Pewnego dnia, rzuciwszy przypadkowo okiem na gazetę, trafia na notatkę o Evie Andén, adwokat broniącej praw kobiet, szczególnie samotnych matek. Eva Andén należała do grupy kobiet o radykalnych poglądach, związanych ze środowiskiem gazety "Tidevarvet" (grupa ta nieco później zradykalizowała się jeszcze bardziej i na początku lat trzydziestych utworzyła Lewicowy Związek Szwedzkich Kobiet).

Eva Andén była pierwszą kobietą w Szwedzkiej Izbie Adwokackiej; nazwisko jej stało się głośne, gdy podczas pierwszej wojny światowej razem z Hinkem Bergegrenem (2) żarliwie broniła grupy robotnic, które siłą przywleczono na rozprawę sądową za rzekomą próbę aborcji.

Spotkanie z Evą Andén odegrało ważną rolę w życiu dziewiętnastoletniej Astrid. Do dziś pamięta zaangażowanie młodej adwokat.

"Wiele razy zadała mi to samo pytanie: 'Czy naprawdę jest pani całkowicie sama? Nie ma nikogo, z kim mogłaby pani o tym pomówić?'. 'Nie' - odparłam, patrząc jej prosto w oczy swym najbardziej błękitnym spojrzeniem. Nie mogła przecież wiedzieć, jak to jest: 'Nic nie mówimy nikomu!' ".

Eva Andén dopilnowała, aby Astrid pojechała do Kopenhagi. W owym czasie przyszłe samotne matki jeździły tam, by urodzić dziecko w Rigshospitalet, jedynym szpitalu w całej Skandynawii, gdzie odbierano porody bez informowania o tym biura ewidencji ludności czy innych władz. Eva Andén znalazła także rodzinę, u której Astrid mogła mieszkać do rozwiązania i która stała się potem również rodziną zastępczą dla jej synka.

Niektórzy oponenci Astrid Lindgren zarzucają jej, iż w opowiadaniach o samotnych dzieciach popada w czułostkowość. To prawda, istnieją w jej książkach całe arterie niepohamowanych uczuć, ale ten, dla kogo jest w nich coś nieprawdziwego czy wątpliwego, nie pojmuje głębokiego i nigdy niewygasłego zaangażowania Astrid Lindgren w sprawę dzieci pozbawionych poczucia bezpieczeństwa.

Zaangażowanie to ma wiele przyczyn, ale przede wszystkim związane jest z przeżyciami w Kopenhadze tuż przed Bożym Narodzeniem 1926 roku, kiedy urodziła synka i była zmuszona tam go zostawić, a także z kilku następnymi latami, gdy młodziutka Astrid Ericsson rozpaczliwie walczy, by samej móc się nim zająć. Chłopiec otrzymał imię Lars. Znalazł się pod dobrą opieką przybranej matki, pani Stevens, która miała własnego syna w wieku szkolnym i oprócz Larsa jeszcze jedno przybrane dziecko szwedzkiej matki biologicznej.

Najszybciej jak tylko było to możliwe, Astrid wraca do Sztokholmu i - "jak gdyby nigdy nic" - ponownie podejmuje naukę w Bar-Lock. Na zewnątrz jest tą samą niefrasobliwą nastolatką, w głębi duszy jednak ma całkowicie nową tożsamość, która napełnia ją zarówno szczęściem, jak i wielkim niepokojem. Całe jej życie skupione jest teraz na dziecku, z którym jest rozłączona.

"Lassemu było dobrze przez te lata. Ale mnie nie - opowiada. - Musiałam przecież żyć w Sztokholmie, zdobyć wykształcenie, znaleźć pracę, spróbować coś wymyślić, by mieć go u siebie. Pamiętam to jako czas harówki, sporej biedy i wiecznej tęsknoty do dziecka, które było daleko ode mnie".

Wiosną 1927 roku Astrid ukończyła kursy stenografii i maszynopisania i zaczęła szukać swej pierwszej pracy. Zgłosiła się do biura, gdzie poszukiwano biegłej maszynistki. Została przyjęta przez surowo wyglądającą starszą panią, która nieoczekiwanie pozostawiła ją samą z tekstem i maszyną do pisania.

Scenę tę opisała Astrid w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi "Dagens Nyheter" w grudniu 1953 roku: "Uczyłam się pisać według metody rytmicznej. Polegało to na tym, żeby nie patrzeć na klawisze. Palce ustawia się na określonych miejscach, potem robi się tylko minimalne przesunięcia, uderzając w klawisze tu i tam, to wyżej, to niżej. W jakiś sposób, nie sprawdziwszy na początku, ustawiłam palce na najwyższych klawiszach i zaczęłam energicznie pisać. Pomyślałam sobie, że jeśli ona nie słyszy, jak jestem biegła, to sama sobie winna. Po chwili spojrzałam na to, co napisałam. Widniało tam mniej więcej coś takiego:

Q55 Wh48fg uqwi8j 3u ui94 koyw5 itd.

Wstałam cichutko i wyszłam, nie powiedziawszy nawet do widzenia. Ale teraz, o wiele lat później, naprawdę żałuję, że nie widziałam wyrazu twarzy tej pani, kiedy wróciła i ujrzała pracę, pozostawioną przez biegłą maszynistkę".

Ten sam epizod odnaleźć można w książce, która w roku 1944 stała się debiutem Astrid, "Zwierzenia Britt-Marie". To uczennica Britt-Marie, przeczytawszy ogłoszenie o pracy, zgłasza się, by pokazać, co potrafi - z takim samym absurdalnym rezultatem.

Po tej pierwszej niezbyt fortunnej próbie Astrid usiłowała zatrudnić się na stanowisku prywatnej sekretarki. Odpowiedziała na anons i otrzymała wezwanie do biura przy Kungsbroplan.

"Ale wzięłam ze sobą koleżankę, która miała czekać na schodach, bo Hanna przecież mnie ostrzegała przed białymi handlarzami niewolników, od których roiło się w Sztokholmie. Mogli nagle wbić człowiekowi igłę, no i usypiał, a potem go wywozili i kończyło się to losem gorszym od śmierci. Nie chciałam więc ryzykować i poinstruowałam koleżankę: 'Jeśli nie wrócę po pół godzinie, to sprowadź policję!'. Ale znalazłam się w przyjemnie urządzonym biurze, gdzie nie było żadnego handlarza niewolników. Szef, który poszukiwał prywatnej sekretarki, nazywał się Torsten Lindfors. (Ojciec Viveki - ale wtedy to ona nie była jeszcze gwiazdą filmową, tylko małą dziewczynką, dla której zresztą napisałam moją pierwszą baśń, "Sagę o Vivece", strasznie głupią!) Torsten Lindfors mruczał coś na temat mojego wieku.

Wyjaśnił, że poprzysiągł sobie, iż nigdy więcej nie zatrudni dziewiętnastolatki. (Dziewiętnastolatka, która właśnie odeszła, i która sprawiła, że był tak sceptyczny w stosunku do dziewiętnastolatek, stała się później znana jako Zarah Leander i posiadała, jak się okazało, inne talenty niż te, jakie liczą się w pracy biurowej). Ale ja go zapewniłam, że jestem niezwykle dojrzałą i rozumną dziewiętnastolatką, i zgodził się! Dostałam pracę w dziale radiowym Szwedzkiej Centrali Księgarskiej! Torsten Lindfors był szefem działu".

W wywiadzie dla "Dagens Nyheter" Astrid Lindgren opowiada o biurowym życiu, żartach i łobuzerskich kawałach. Ktoś, kto czytał książki o młodej pracownicy biura, Kati, rozpozna ów ton. 

"Firma zajmowała się sprzedażą książek i aparatów radiowych. Działo się to w czasach, gdy radio było jeszcze bardzo młode i niedoskonałe. Przychodziły stosy listów ze skargami. Pewien wieśniak z Värmlandii kupił sobie aparat i zaprosił całą wieś, aby posłuchała tego cuda, radio nie wydało jednak żadnego dźwięku. - Czy to jest dobra rekomendacja dla was, czy dla mnie? - dopytywał się z uzasadnioną goryczą. Nasz poczciwy księgowy zawsze bardzo się przejmował skargami. Pewnego dnia, gdy pokój szefa był pusty, wślizgnęłam się tam i zadzwoniłam do księgowego, który siedział w sąsiednim pomieszczeniu: Kupiłam jeden z waszych tak zwanych aparatów radiowych - powiedziałam na wstępie... A potem zaczęłam wymyślać. Księgowy bronił się słabo: Nie znam sprawy - powiedział. - Najpierw muszę ją zbadać. - Mogę mówić z kimś innym? - wrzasnęłam wściekle. - Z kimś, kto nie jest upośledzony na umyśle".

"Do dzisiaj uważam, że wysoko mnie oceniał, skoro wpadł pędem do pokoju szefa, żebym mu pomogła. Na szczęście zdążyłam błyskawicznie odłożyć słuchawkę. Księgowy błagał mnie, bym rozmówiła się z tą straszną babą, więc spełniłam jego prośbę. Stał obok i słuchał mnie z roziskrzonym wzrokiem. Zaśmiewał się i klepał w kolana, a potem powiedział, że nigdy jeszcze nie słyszał nikogo, kto potrafiłby usadzić starą harpię tak dobrze jak ja."

W biurze nikt nie miał pojęcia, w jak trudnej sytuacji finansowej znajdowała się Astrid Ericsson z Vimmerby. Ciągle myślała o Lassem i jak tylko zdołała uciułać pieniądze na bilet, jechała do Kopenhagi.

"Moja pensja wynosiła sto pięćdziesiąt koron miesięcznie, więc się nie przelewało. I nie mogłam zbyt często jeździć do Kopenhagi, co doskwierało mi najbardziej. Ale czasami udało mi się trochę pieniędzy zaoszczędzić, trochę pożyczyć, coś zastawić, i w ten sposób zebrać na bilet. W pewną wiosenną sobotę 1928 roku radośnie wybierałam się w drogę. Ale w owym czasie soboty nie były dniami wolnymi od pracy, a kapitan Lindfors właśnie gdzieś wyjechał, więc nie mogłam się u niego zwolnić. Byłam zmuszona wyjechać bez zezwolenia. W samym środku gorączkowej pracy wyszłam z biura, a na Kungsgatan pechowo spotkałam dwóch najwyższych szefów i od razu wiedziałam, że teraz to już przepadłam z kretesem. Pojechałam jednak do Kopenhagi i spędziłam z moim synem czas tak intensywnie, że potem niemal przez tydzień spał na okrągło. Sama wróciłam do Sztokholmu w poniedziałek i oczywiście, tak jak przewidywałam, zostałam wyrzucona z hukiem".

Ale Torsten Lindfors poznał się już na niezwykłych zdolnościach i błyskotliwej inteligencji Astrid Ericsson i dał jej dorywczą pracę asystenta redaktora w KAK (Królewskim Klubie Automobilowym), w dziale wydającym przewodnik turystyczny, gdzie sam również miał dodatkowe zajęcie. Była to praca w pełni samodzielna i twórcza, do której świetnie się nadawała. Gdy wiosną 1928 roku przewodnik był gotów, Torsten Lindfors dał jej rekomendację do innego działu w KAK. Nowy szef nazywał się Sture Lindgren.

Fragment biografii "Astrid Lindgren" autorstwa Margarety Strömstedt, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy.

(1) Alfred Hedenstierna (1852-1906) - pisarz sygnujący swoje utwory imieniem Sigurd, redaktor czasopisma "Smålandposten", gdzie zamieszczał poczytne felietony i nowele.

(2) Henrik (Hinke) Bergegren (1861-1936) - publicysta i polityk o radykalnych poglądach.



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje