Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zosia Ślotała: Łatwo być matką tak wspaniałych dzieci

Jest mamą na pełen etat, do tego prowadzi własną firmę z ekskluzywnymi ubrankami dla dzieci. Mimo że często przepełnia ją szczęście, swoim fankom daje jasny przekaz: Nie ulegajcie presji ekomam. Nie ma idealnego macierzyństwa.

Twoje życie kręci się ostatnio wokół dzieci. Nie tylko prywatne, odkąd jesteś mamą dwóch maluchów, ale też zawodowe. Można powiedzieć, że swoją firmę rozpoczynałaś jak najwięksi tego świata!

Reklama

- W zasadzie tak! Zaczynałam tak jak oni, w garażu. Właściwie nadal jedną nogą tam jestem, tam trzymam swoje pudełka, pakuję wszystkie wysyłki. Robię wszystkie, nawet najdrobniejsze rzeczy. Chciałabym nauczyć się każdej pracy, która wykonywana jest w mojej firmie, bo później, jak będę zatrudniała ludzi, to muszę umieć nimi pokierować i wiedzieć, czego mogę od nich oczekiwać.

Tak jak w niektórych korporacjach, gdzie system awansów jest jasny. Często ci, którzy dziś zajmują kierownicze stanowiska, zaczynali od najniższych szczebli.

- Można powiedzieć, że ja też tak zaczynałam, tyle, że zarówno zajmowałam się pakowaniem i wysyłką, jak i podejmowaniem kluczowych decyzji. Dziś zatrudniam jedną krawcową, mam szwalnię, w której szyję. I współpracuję z jedną dziewczyną, która pomaga mi wszystko ogarnąć.

- Nie spodziewałam się, że moja firma się aż tak rozrośnie. Byłam pozytywnie zaskoczona. Myślałam, że w Polsce takie produkty się nie przyjmą. Mile zaskoczyli mnie również klienci, którzy jak się okazało, właśnie takiego produktu szukali. Znalazłam niszę, którą staram się wypełniać nowymi pomysłami.

Lubisz na siebie nakładać dużo obowiązków? Zanim zaszłaś w pierwsza ciążę byłaś rozpoznawalna, miałaś silną pozycję w branży, sukcesy jako stylistka, nie musiałaś nic nikomu udowadniać. Czekało cię życiowe wyzwanie - miałaś wkrótce zostać mamą. I nałożyłaś na siebie kolejne - założenie własnej firmy.

- To bardzo miłe, co mówisz, bo ja ciągle muszę chyba sobie coś udowadniać. Ale to jest to, co mnie napędza. Chyba naturalnie tak mam, po swojej mamie, która też na siebie dużo nakładała. To zwyczajnie wynika z mojego charakteru. Im więcej mam obowiązków, tym bardziej potrafię się spiąć i wszystko od A do Z w moim planie wypełnić.

Wiem, że już wkrótce wypuścisz nową kolekcję Petit Maison.

- Nadal trzymam się kolorystyki pastelowej. Pojawią się propozycje z delikatnej wełny w tej kolorystyce zarówno dla chłopców, jak i dla dziewczynek. Tym razem będą kamizelki dla chłopców i muszki, które będzie można kupić osobno, nie tylko w zestawie.

- Z tej kolekcji ja już mam ulubiona sukienkę. To sukienka ze złotym motywem, wyjdzie absolutnie bajkowa! Będą oczywiście różowe propozycje, bez tego nie da się obejść. Chyba każda mama ma słabość do różu, gdy ma w domu dziewczynkę. To są zestawy, w które ja ubrałabym swoje dzieci na święta. Tym się kierowałam w wyborze.

Dzieci są wymagającymi klientami?

- Bardzo! Ich mamy również. Mam to szczęście, że trafiam na niesamowitych klientów. To ja często odpisuję na wszelkie zapytania i wiem, że ludzie potrafią być bardzo otwarci, mili, często wysyłają mi zdjęcia swoich dzieci w moich ubrankach.

- Staram się do każdego klienta podchodzić indywidualnie. Kiedyś napisała do mnie klientka w piątek wieczorem z błaganiem, czy mogę ją uratować, bo ona potrzebuje szaty na chrzest, który jest w niedzielę. Oczywiście nie w Warszawie. Musiałam wysłać paczkę taksówką do Łodzi, ale się udało! To jest fajne! Tacy klienci później wracają i mają wspaniałą opinię na temat mojej firmy. To mnie cieszy.

Twoje ubranka są piękne, eleganckie, jednak dwuletnie dziecko może dosadnie dać do zrozumienia, że w czymś mu niewygodnie...

- Wszystkie ubranka są zrobione z naturalnych tkanin, ale przede wszystkim staram się, żeby ich tekstura była jak najmilsza w dotyku. Szczególnie w miejscach, gdzie ubranka maja kontakt ze skórą. Czyli wszędzie tam, gdzie tekstylia dotykają ciała przy siedzeniu, leżeniu, w trakcie zabawy na podłodze. Muszę mieć pewność, że ubranko nie będzie drażniło i uwierało.

- To coś, co testuję na własnym dziecku, które jest bardzo ruchliwe. Więc jeśli prototyp przejdzie test mojej Ranii, to wtedy wchodzi do produkcji. Czasem pół godziny wystarcza, żeby sprawdzić, czy coś się porwie, wyrwie, czy jest wygodne, czy nie. Mam to szczęście, że mam teraz chłopca i dziewczynkę i mogę nie wychodząc z domu testować na nich obie kolekcje.

Można powiedzieć, że macie rodzinną firmę. Rania odziedziczyła po tobie zainteresowania? Ciągnie ją w stronę mody?

- Ona bardzo lubi się przebierać. Dziś mieliśmy małe Halloween. Rania przebrała się za Babę Jagę i poprosiła, żeby Leonarda przebrać za nietoperza. W jej pokoju są rozwieszone na wieszakach ubrania, do których ma łatwy dostęp. Może podejść, pooglądać, zobaczyć. Traktuję to jako formę zabawy. Do niczego jej nie zmuszam, różne rzeczy pokazuję, proponuję, a ją samą do tego ciągnie! Rzeczywiście to po mnie odziedziczyła.

Chciałabyś, żeby Rania poszła w twoje ślady?

- Nie wiem, ciężko jest mi powiedzieć. Jeżeli będzie chciała to świetnie, jeżeli okaże się, że ma talent muzyczny i wda się w tatę, to też super, jeżeli będzie chciała ratować delfiny, to będę ją wspierać. Będzie robić, co zechce.

Wiele gwiazd mówi otwarcie, że mają tak trudne doświadczenia zawodowe, że wolałyby, żeby dzieci poszły inną drogą.

- Ja teraz odkrywam inny świat. Doceniam teraz każdego projektanta, który boryka się z wyborem krojów, zamawianiem materiałów, z kontaktem ze szwalniami... Jest tyle małych rzeczy, które składają się na sukces projektanta, i one sprawiają, że jest to cholernie trudna praca. Ale przy dobrym zorganizowaniu, oryginalnym pomyśle, kreatywności, da się to spiąć. Gdyby w przyszłości moja córka chciała przejąć te firmę, to byłoby to dla mnie ogromne szczęście. I wtedy rzeczywiście byłaby to firma rodzinna.

Jakiś czas temu wróciłaś z dużych targów tkanin w Paryżu. To był dla ciebie sprawdzian, jako dla młodego przedsiębiorcy?

­- Rzeczywiście na początku to było lekko przytłaczające. Znalazłam się w sytuacji, w której nigdy wcześniej nie byłam. Byłam mile zaskoczona. Polscy projektanci, Laurelle, Łukasz Jemioł, dziewczyn z Bizuu, Lidia Kalita, wszyscy tam byli gotowi mi pomóc! Fajnie było przekonać się na własnej skórze, że to wsparcie na polskim rynku modowym rzeczywiście istnieje.

- Ja nie studiowałam projektowania, nie uczyłam się projektowania, nie mam specjalistycznej wiedzy na temat materiałów. Tego wszystkiego uczę się teraz na żywym organizmie jakim jest moja firma. Z praktyki, nie z teorii. Po prostu, takie są nowe realia, w których musze się odnaleźć. Ale kocham to, co robię! Wstaję codziennie rano, idę do mojego pudrowo-różowego biura i ciągle się uśmiecham.

Często wspominasz, że w tej nowej przygodzie czujesz ogromne wsparcie siostry, macie ze sobą bliski kontakt. Jaki był wasz dom? Miałyście mocno wyznaczone granice, czy kumpelskie relacje z rodzicami?

- To był absolutnie konserwatywny dom kreatywnych rodziców. Mój tata w latach ’80 zajmował się organizacją koncertów. Miał styczność z tamtym światem, znał wielu artystów, u nas w domu zawsze w tle leciała muzyka. Później wraz z moją mamą założyli agencję reklamową, czyli znów mieli kreatywne zajęcie. Pracowali przy powstawaniu jednych z pierwszych reklam w Polsce.

- Dom był kreatywny, a my byłyśmy wychowywane konserwatywnie. Pamiętam, że z własnej osiemnastki musiałam wrócić do domu pół godziny po północy. 

Byłaś pierwszym gościem, który opuścił imprezę?

- Tak! Uszy mogłam przekuć dopiero, jak miałam 16 lat. Natomiast relacje z moją siostrą zawsze miałam bardzo bliskie. Dzieli nas dwa lata i jeden dzień. Jesteśmy ze sobą niesamowicie zżyte mimo tego, że ona mieszka w Londynie. Specjalnie dla mnie pojechała do Paryża, żeby pomóc mi na targach. Moim największym marzeniem jest, żeby siostra mogła dla mnie pracować. I tu jest problem. Skończyła Cambridge, teraz pracuje w finansach i jeszcze mnie na nią nie stać!

Twój tata pracował w branży muzycznej, myślisz, że to miało wpływ na to, że twoim partnerem też jest muzyk?

- Wiesz, że nigdy o tym nie pomyślałam? Nie wiem, możliwe... Bardzo możliwe. Ja jestem niesamowicie dumna z Kamila, z tego co robi. Niedawno miał koncert w studiu Osieckiej w radiowej Trójce, co jest ogromną nobilitacją dla muzyka, bo tam koncertu nie można sobie zorganizować. Trzeba zostać zaproszonym. Podświadomie coś w tym może być. Muzyka zawsze płynęła w moim sercu. Dałaś mi do myślenia...

W końcu muzykowi ciężko odmówić...

- I to do tego muzykowi z gitarą!

Wasze rodzinne życie nie jest łatwe, bo Kamil często wyjeżdża.

- Tak, niedawno wrócił z trasy po Skandynawii. Nie było go trzy tygodnie w domu, Jest to trudne. Ale moim zdaniem dzieci nie powinny nas ograniczać. Wręcz przeciwnie, powinniśmy się rozwijać i dawać im przykład. Jak Kamil jedzie w trasę, to codziennie ze sobą rozmawiamy przez wideokonferencje i tłumaczy dzieciom, że tata pracuje i śpiewa. Kamil pokazuje im backstage, oprowadza po scenie. Ja też muszę wyjeżdżać służbowo, więc wtedy Kamil zostaje z dziećmi w domu. Dużo się dzieje, ale to dobrze! Niech dzieciaki widzą, że i mama i tata są aktywni zawodowo.

Łapiesz się czasami na tym, że stosujesz te same metody wychowawcze, które twoi rodzice stosowali na tobie i którym kiedyś się buntowałaś?

- Tak! Teraz uważam, że są bardzo mądre. Rania też będzie mogła przekłuć sobie uszy dopiero, gdy skończy 16 lat. Z Kamilem jesteśmy zgodni, jeśli chodzi o wychowywanie dzieci, mamy to samo podejście, można powiedzieć, że nawet konserwatywne...

Na swoim IG pokazujesz dużo prywatnych chwil ze swojego życia. Nie tylko tych szczęśliwych. Ze swoimi obserwatorkami w trakcie tygodnia karmienia piersią podzieliłaś się gorzką historią macierzyństwa. Czy macierzyństwo jest trudne?

- Macierzyństwo jest wymagające. To praca przez całą dobę. Ale to najlepsza w moim życiu praca. Coś, co kocham.  

- Wiadomo, że ma się momenty bezsilności. Ma je każda mama, której zależy. Takim momentem były problemy z karmieniem piersią zarówno przy Ranii, jak i przy Leonardzie. Złożyły się na to różne czynniki. Po urodzeniu Leonarda miałam zapalenie wyrostka i musiałam wrócić do szpitala.

- Natomiast wychodzę z założenia, że szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko. Jak ty masz problem, coś cię trapi, to jak masz być szczęśliwa i przekazywać to swojemu dziecku? Mamy, które nie mogą karmić, nie powinny się tym przejmować. Trudno. Nie udało się? To nie jest koniec świata. Mamy dostęp do wielu różnych mieszanek dla dzieci, które są zdrowe, zawierają wszystkie potrzebne dziecku składniki, witaminy. Da się z tego wybrnąć.

Mówisz o tym z takim spokojem, nie czułaś presji narzucanej przez inne matki?

- Oczywiście, że tak! Dlatego ten wpis pojawił się na moim profilu. Presja eko-mam jest ogromna! Nie dziwię się, że kobiety, które nie są aż tak bardzo asertywne jak ja, mają wyrzuty sumienia, mentalnie się karzą, że nie mogą karmić. Ja się temu nie poddałam. Publicznie napisałam o tym, co mnie spotkało, by dać siłę innym kobietom. I taki odzew dostałam. Wiele dziewczyn dziękowało mi za tę szczerość i podzielenie się z nimi moją historią. Takie wsparcie jest bardzo potrzebne wśród mam. Szczególnie, kiedy na każdym kroku czeka cię krytyka.

Bywa, że nie lubisz siebie w roli matki?

- Nie. Czasami Rania płacze, bo mama tupnęła nogą i jest asertywna. Ale muszę być konsekwentna, żeby ją wychować. Takie są realia.

- To jest największa przygoda mojego życia. Ale łatwo mi to mówić, bo mam też bardzo wdzięczne dzieci. Jak poświęcam im dużo uwagi, daję dużo miłości, to ona wraca ze zdwojoną mocą.

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje