Reklama

Reklama

Żelazna Martha. Całe życie w metalowej kapsule

Pandemia koronawirusa sprawiła, że o respiratorach i wspomaganiu oddychania rozmawiamy częściej niż kiedykolwiek. Dyskusje te przywodzą na myśl historię Marthy Mason – amerykańskiej pisarki, która prawie całe życie spędziła w „żelaznym płucu”.

Za granicą na tę chorobę mówi się "polio", w Polsce częściej używa się określenia "Heinego - Medina", lekarze zaś preferują nazwę "ostre nagminne porażenie dziecięce". Wywołuje ją wirus, który najpierw atakuje węzły chłonne i układ krwionośny, a później ośrodkowy układ nerwowy. Przebieg może być łagodny, ale może też prowadzić do śmierci, u części chorych dochodzi do porażenia, które skutkuje kalectwem. Do tej ostatniej grupy należała Martha Mason - polio sprawiło, że Amerykanka, w wieku 11 lat została sparaliżowana od szyi w dół.

Reklama

Martha zaraziła się chorobą od brata. Żeby nie martwić rodziców, długo nie mówiła o niepokojących objawach. Do problemów ze zdrowiem przyznała się dopiero, gdy chłopiec zmarł. Dziewczynka trafiła do szpitala, a po kilku tygodniach jej mięśnie zaczęły tracić swoje funkcje. Miała problemy z poruszaniem się i oddychaniem. W końcu lekarze zdecydowali o zamknięciu jej w "żelaznym płucu".

Płuco w cenie domu

Czym jest ten aparat? Skonstruowana w latach 20. kapsuła to narzędzie, które dzięki sterowaniu ciśnieniem powietrza wewnątrz kapsuły, ułatwia pacjentowi oddychanie. Choć dziś mechanizm wydaje się prymitywny, w czasach gdy Martha zachorowała na polio, był innowacyjnym i kosztownym wynalazkiem. Jak podaje Smithsonian Institution, "żelazne płuco" kosztowało wówczas ok. 1,5 tys. dolarów - tyle, co średniej wielkości dom.

Co ciekawe, mimo że w ciągu życia Marthy technologia medyczna poczyniła olbrzymie postępy, kobieta nigdy nie zdecydowała się na korzystanie z nowoczesnego respiratora czy innych współczesnych metod. "Po wnikliwym resarchu i obserwacjach stwierdziłam, że to nie dla mnie. Nie chcę tracheotomii, po której wielu ludzi ma infekcję. Poza tym, nie testowałam żadnego z tych sposobów. Przeżyłam 60 lat w żelaznym płucu i było to dobre życie", tłumaczyła dziennikarzom. Jest i inna przyczyna: paradoksalnie, kapsuła do oddychania daje wolność: dzięki niej Marha nie musiała często odwiedzać szpitala, mogła za to wieść życie we własnym domu, otoczona najbliższymi. Dodajmy, że Martha nie jest jedyną, która dokonała takiego wyboru: na świecie wciąż żyje kilku pacjentów, korzystających z "żelaznych płuc". 

Funkcjonowanie takiego urządzenia, wymaga jednak pewnych zabezpieczeń: na wypadek przerw w dostawie prądu w domu Marthy znajdował się generator. Podczas przerw w zasilaniu jej dom odwiedzała też straż pożarna. 

Prymuska, dziennikarka, gwiazda

Lata spędzone wewnątrz metalowej kapsuły, w całkowitym unieruchomieniu, niejednego doprowadziłyby do załamania. Marcie udało się jednak zachować pogodę ducha. Często żartowała ze swojej choroby mówiąc, że "jest prawdziwą głową rodziny" (stanowiło to aluzję do paraliżu od szyi w dół).

Mimo ograniczeń była w stanie wieść pełne, udane życie. Ukończyła liceum i dwa kierunki studiów, pracowała w lokalnej gazecie (artykuły dyktowała matce). W swoim domu regularnie przyjmowała gości, była też członkinią klubu kolacyjnego. Dzięki komputerowi sterowanemu głosem udało jej się również napisać autobiograficzną książkę. Życie Marthy uwieczniono w dwóch filmach: "The Final Inch" oraz "Martha in Lattimore".

"Moje życie było radosnym, niezwykłym doświadczeniem", mówiła przy okazji swoich 71. urodzin dziennikarzom ABC News. "Nie było idealne, ale ludzie powinni zrozumieć, że miałam naprawdę dobre życie".

Gdy Martha zachorowała na polio, lekarze dawali jej rok życia. Wbrew ich prognozom dożyła 72 lat. Zmarła w 2009 roku. 

***

#POMAGAMINTERIA

Pięć rodzin, pięć dni i piętnaście wymagających treningów. Obóz Muay Thai, którego pierwsza edycja odbyła się w zeszłym roku, jest szansą dla młodzieży w spektrum autyzmu na poznanie smaku zdrowej rywalizacji, wygranej, a czasem także porażki. Jak mówią organizatorzy: "To, że nasi podopieczni nie utrzymują kontaktu wzrokowego z rozmówcą, nie znaczy, że nie mają nic do powiedzenia. Sport uczy nas szacunku do siebie i każdego rywala. Jeśli tego nie zrozumiesz, oddalasz się od mety". Organizacja tegorocznej edycji wciąż stoi pod znakiem zapytania, jednak dzięki ludziom dobrej woli szanse na wyjazd z każdym dniem rosną. I ty możesz pomóc! Sprawdź szczegóły! ***



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje