Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Żeby było jak w wierszu

Aktorka... jakiego użyć słowa? Niszowa, kameralna? Kto widział Jasminum, Afonię i pszczoły, ten wie. Role subtelne, wymagające wrażliwości. Nie tylko tej zawodowej wyuczonej, własnej także. Grażyna Błęcka-Kolska ma skórę cienką jak mgła. Dlaczego takich ludzi spotykają dramaty trudne do uniesienia, przeżycia, po których trudno się podnieść? To pytanie bez odpowiedzi. Ważne, by żyć dalej.

Nagrodę na festiwalu w Gdyni za najlepszą rolę kobiecą w 2018 roku odbierała ze łzami w oczach. "Dedykuję ją mojej córce Zuzi", powiedziała. Ułaskawienie to niezwykły film, terapeutyczny. Inspiracją była prawdziwa historia dziadków reżysera Jana Jakuba Kolskiego. Filmowa Hanka (Grażyna Błęcka-Kolska) i Jakub (Jan Jankowski) kilkakrotnie urządzają pogrzeb syna, żołnierza zamordowanego przez UB, którego ciało wciąż jest wykopywane przez ubecję by dokuczyć rodzinie. W końcu decydują się uciec z trumną, żeby pochować dziecko "w spokojnej ziemi". Trudno nie dostrzec analogii: aktorka, która cztery lata wcześniej straciła córkę w wypadku, gra matkę cierpiącą  po stracie syna.
Twój STYL: Złote Lwy w Gdyni za pierwszoplanową rolę kobiecą. Niespodzianka?

Reklama

Grażyna Błęcka-Kolska: - Nie zastanawiałam się, czy wygram. Dostałam telefon z zaproszeniem na festiwal na dzień przed rozdaniem nagród. Już wiedziałam, że coś jest, ale uprzedzono mnie, żebym się za bardzo nie nastawiała: nominowano aż 16 filmów, w tym roku było dużo świetnych ról kobiecych. Pomyślałam: może to będzie ex aequo? Za wiele czasu na te rozważania nie mogłam poświęcić: gdy zadzwonił telefon, byłam w trakcie koszenia. Mam koło domu hektar ziemi, ciężkiej, torfowej, częściowo zarośniętej trzciną. Kupiłam traktorek, który sobie z tym zielskiem radzi, ale... czasem grzęźnie. No i właśnie ugrzązł, więc zamiast się cieszyć czy denerwować, skupiłam się na tym, żeby wyciągnąć ten traktor z błocka, potem umyć. I zrobił się wieczór.

Ułaskawienie to opowieść o drodze, jaką pokonują Hanka i Jakub z trumną syna. Wiozą ją, wloką przez pół Polski. Dosłownie wloką. Pada im koń i dalej ciągną wóz sami. Czasem pod górę.

- Podróż Hanki i Jakuba przez wciąż pogrążoną w powojennym koszmarze Polskę, staje się metaforyczną wyprawą w głąb ludzkiej duszy i próbą stworzenia na nowo definicji człowieczeństwa. Reżyser filmu Jan Jakub Kolski wraca do historii swoich dziadków, Hanny i Jakuba Szewczyków. Ich syn Wacław, żołnierz AK, został zamordowany przez UB. Zastrzelił go jego dawny kolega. Potem było pięć pogrzebów Wacława; pierwszy w lesie nieopodal gajówki, cztery kolejne na cmentarzu w Łaznowie.

I nieludzkie ekshumacje, każda z udziałem Hanny i Jakuba. W łódzkim IPN-ie dzięki doktorowi Bednarkowi udało się skompletować dokładną dokumentację tej śmierci. Znalazło się tam między innymi dossier "przestępcy przeciwpaństwowego" - babci reżysera, Hanny, którą UB aresztowało  i katowało.

Ta rola wymagała od pani specjalnego przygotowania?

- Wymagała oddania prawdy postaci, historycznej i emocjonalnej. Chciałam, żeby moja bohaterka, Hanka, była szczupła, żylasta, więc wymyśliłam, że schudnę do tej roli. Nie udało mi się.

Poruszyła mnie scena w rzece. Jakub  i Hanka przekraczają rwący potok, wóz się kołysze, trumna z niego spada. Porywa ją woda. Hanka rzuca się za nią, ryzykując życie. Zanurza się pani po brodę w wodzie. Chyba zimnej. Nieźle się pani poświęciła.

- Faktycznie woda była przeraźliwie zimna. Pod kostiumem miałam piankę, jaką noszą nurkowie, scenę wielokrotnie powtarzaliśmy. Trochę to odchorowałam. Reżyser powiedział: "No, ale my wszyscy na tej wodzie byliśmy, cała ekipa!". Różnica polega na tym, że oni byli "na" - kręcili z pontonu. A ja byłam "w".  Taka jest ta praca, czytając scenariusz, wiedziałam, na co się decyduję. Hanka z Ułaskawienia to po prostu rola. Chciałam, żeby moja bohaterka wzruszała całą sobą, sposobem poruszania się, mówienia, patrzenia, milczenia. Chciałam zagrać ją prawdziwie.

 No i udało się pani. Słyszałam, że po projekcji Ułaskawienia podchodziły do pani wzruszone kobiety. Te, które doświadczyły straty dziecka. Dziękowały. Mówiły, że pani Hanka to dowód na to, że matką jest się na zawsze.

- Jeśli tak mówiły, to pewnie taka jest prawda. Dla mnie to wielki komplement. I dowód na to, że kino może mieć moc terapeutyczną: towarzyszymy bohaterowi na ekranie, doświadczamy jego emocji, utożsamiamy się z nim i przechodzimy tę samą drogę, co on. Daje nam to inną perspektywę, spojrzenie na własne problemy.


Dostała pani prestiżową nagrodę. Wpłynęło to na pani życie zawodowe?

- Zeszłam z planu Ułaskawienia, weszłam na plan Miszmasz, czyli kogel-mogel 3. Gram znów Kasię Solską po trzech dekadach od premiery pierwszej części. Kasia musi zmierzyć się z bagażem własnych doświadczeń i niespodziewanym najazdem gości na rodzinny dom. Jednak po rozwodzie z Pawłem całkiem nieźle radzi sobie sama. Zresztą w ogóle kobiety dobrze sobie radzą w trudnych sytuacjach.

Tak jak pani. Po rozwodzie i śmierci córki wróciła pani do rodzinnego Łasku

- Tak, wróciłam do niego po latach. Sprowadziłam się do Łasku, czuję się tu u siebie. Kocham moje miasto, tu dorastałam, wszystko tu jest moje: lasy, łąki, rzeka Grabia, ulice mojego dzieciństwa, kolegiata łaska, przyjaciele. Przychodzą wspomnienia: jak mieszkaliśmy w naszym starym domu razem z babcią Antosią, ciocią Walą i wujkiem - oni na dole, my z bratem Jarkiem i rodzicami na górze. W Wigilię mama sprytnie wysyłała nas, dzieciaki, na dół do babci, po mąkę albo sól. Gdy wracaliśmy, wołała: "Oj, jak was nie było, przyszedł mikołaj, szkoda, że się minęliście!". Długo w to wierzyłam.

Zrobiła pani remont?

- Tak, ciągle go robię. Wycyklinowałam podłogi, pomalowałam ściany, to mój sposób na uspokojenie, na relaks. Dom był niefunkcjonalny: stopnie schodów wejściowych były tak wąskie, że ledwie mieściła się stopa. Miałam problem z wchodzeniem po nich, a już zwłaszcza mój pies Shane.  Ma 13 lat. Należał do córki, mieszkał z nami we Wrocławiu, a gdy Zuzia wyjechała na studia do Londynu, został ze mną. Kocham go i chcę, żeby mu było dobrze, więc za pieniądze z nagrody z Gdyni zbudowałam dla siebie i Shane’a nowe schody. Lubię robić sobie prezenty za dobrze wykonaną pracę. W ogóle - być dla siebie dobra. Lubię być ze sobą. W domu, w ogrodzie ciągle jest coś do zrobienia.

To co pani robi?

- Choćby koszenie, przyjemne zajęcie, trochę jak medytacja. Miarowa, monotonna czynność, podczas której można wyrzucić z głowy wszystkie myśli i tylko chłonąć świat: zieleń naokoło, błękit nieba. Cieszy mnie natychmiastowy efekt koszenia. Widok wykoszonej trawy na koniec dnia sprawia, że czuję satysfakcję. Co innego pielenie: mozolna dłubanina, człowiek się napracuje, naślęczy na kolanach, a potem z oddali... nie ma różnicy. Przyroda jest ważna w moim życiu, zawsze była. Również i z tego powodu cieszyła mnie praca na planie Ułaskawienia: kręciliśmy w pięknych plenerach Polski. Mam nadzieję, że widz to doceni: przyroda to bohater filmu obok Hanki i Jakuba, milcząco towarzyszy im w ich drodze. Mnie także towarzyszy na co dzień. Lubię spacerować po okolicy. Albo umawiam się z Olą, przyjaciółką, bierzemy kijki i idziemy w las, na "nasze" wzgórze, nad "nasze" jeziorko. To jedna z moich ulubionych chwil.

Zmieniła się pani?

- Pyta pani, czy jestem tą samą Grażynką, roześmianą, rozśpiewaną, w ciągłym ruchu? Nie wiem. Zmieniamy się, rozwijamy poprzez nasze doświadczenia. Mama Leonarda Błęcka zmarła, gdy miała 59 lat. Babcia Wiktoria Plawgo, mama mojej mamy, zmarła mając 56 lat, tyle co ja teraz. To jest jakaś granica, daje do myślenia.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje