Przejdź na stronę główną Interia.pl

Z kim ja mieszkam

​Małgorzata i Andrzej Saramonowiczowie. Pesymistka i optymista, introwertyczka i ekstrawertyk. On nie wierzył, że spędzi życie u boku jednej kobiety. Ona zastanawia się, jak w tak młodym wieku udało się jej spotkać mężczyznę swojego życia.

Małgosia: Spędzamy razem nieprawdopodobną ilość czasu.

Reklama

Rozmawiamy niemal nieustająco. Kiedyś razem studiowaliśmy historię, potem oboje pracowaliśmy w "Gazecie Wyborczej", teraz często piszemy wspólnie scenariusze lub produkujemy filmy. I wychowujemy dwójkę dzieci. Jak długo to trwa? W styczniu obchodziliśmy 25-lecie ślubu, ale w sumie jesteśmy ze sobą 32 lata.

Sekret dobrego związku? Nie znam czegoś takiego. Mieliśmy po prostu szczęście. Poznaliśmy się podczas bojkotu komunistycznego Dziennika Telewizyjnego w 1982 roku, można więc powiedzieć, że trochę dzięki Wojciechowi Jaruzelskiemu. W tłumie licealistów Andrzej od razu zwrócił moją uwagę. Był tym, wokół którego gromadzili się inni. Przyciągał chłopięcym urokiem i błyskotliwym poczuciem humoru. Zresztą obie te cechy kocham w nim do dziś.

Trudno nam funkcjonować oddzielnie. Razem dojrzewaliśmy, współtworzyliśmy się na każdym etapie życia. Czy to było zdawanie egzaminów na studiach, czy marzenie o byciu artystą, czy walka o narodziny dziecka. Nigdy nie odpuszczaliśmy. Dziś mamy dwie córki, sześć zrealizowanych filmów i wspólną firmę producencką. Ja niedawno wydałam czwartą powieść: "Xięgi Nefasa. Trygław - władca losu", a Andrzej książką "Chłopcy" wszedł do świata literatury. Jego "Testosteron" jest grany w kilkudziesięciu teatrach na świecie.

Co nas różni? Pesymistka i optymista, introwertyczka i ekstrawertyk. Wychodzi na to, że wszystko. Ale wydaje mi się, że to właśnie jest układ idealny, bo każda ze stron daje sobie nawzajem to, czego sama nie posiada. Ja korzystam z jego otwartości na świat, łatwości zjednywania sobie ludzi, energii i wiary, że wszystko może się udać. On czerpie z mojej umiejętności porządkowania chaosu, wprowadzania równowagi oraz konfrontowania zbyt szalonych planów z rzeczywistością. A na co dzień wygląda to tak: kiedyś jedna z naszych córek, która od dłuższego czasu była chora, przyszła do nas, mówiąc: "Mamo, tato, już czuję się lepiej!". Na to ja: "Kochanie, to może być tylko złudzenie". A Andrzej: "Cudownie. To co, idziemy na rower?" (śmiech).

Mój introwertyczny charakter czasem mnie unieruchamia, wtedy mąż służy mi wsparciem. On doskonale wie, że dla mnie wyjście z bezpiecznego domowego świata bywa trudne. Nigdy nie miałam pokus, aby błyszczeć w blasku fleszy. Nawet gdy czasami idę z Andrzejem na ważną galę czy premierę, to wchodzę osobno, bocznymi drzwiami. On już mnie nawet przestał prosić, abym razem z nim pozowała na tzw. ściance.

Konflikty? Nie kłócimy się ani o politykę, ani o twórczość, ani o upodobania, nawet w kuchni wypracowaliśmy wspólne rozwiązania. Ale wychowanie dzieci jest przestrzenią burzliwą. Tutaj zdarzają się duże spięcia. Cieszę się więc, że w naszym domu pojawił się pies. Mały, biały, puchaty maltańczyk, idealny do przytulania. Doskonale łagodzi stresy i wycisza awantury.

Mamy też inne sposoby niwelowania konfliktów. Całą rodziną pasjami grywamy w karty, najczęściej w makao. W domu albo w knajpkach w podróży przynajmniej jedna partyjka musi być. Opracowaliśmy własne reguły, więc najlepiej gra się nam we czwórkę. Chętnie słuchamy też audiobooków, zwłaszcza tych nagranych przez Krzysztofa Gosztyłę, jak np. cykl Borisa Akunina o przygodach detektywa Erasta Fandorina. Kiedy brakuje audiobooków, książki czyta na głos Andrzej. Wieczorami zbieramy się i go słuchamy. Dobrze mu to wychodzi. Jedną z naszych ulubionych autorek jest niemiecka pisarka Cornelia Funke. Dzięki jej książce "Król złodziei", której akcja rozgrywa się w Wenecji, pokochaliśmy to miasto. Po skończonej lekturze pojechaliśmy tam wszyscy, odwiedziliśmy miejsca opisane w powieści. To pozornie niewielkie rzeczy, ale takie bycie razem, podróżowanie, gotowanie, czytanie - to wszystko nas scala.

Wolność w związku? Każde z nas ma własne pasje, nawyki, swoich przyjaciół. Intensywne bycie razem sprawia, że raz na jakiś czas mamy potrzebę dystansu, oderwania się od siebie. To zawsze działa, wystarczy kilka dni spędzonych poza domem, aby przestawić swój sposób myślenia, wdrożyć się w nowy projekt, odświeżyć umysł. Piszemy zupełnie inaczej. Andrzej szybko i od razu przynosi mi tekst, który stworzył. Ja z kolei piszę powoli, a do czytania daję mu zamkniętą już całość. Tak było w przypadku mojej pierwszej powieści. Skończyłam "Siostrę", a Andrzej w mig ją pochłonął. Był poruszony. To mocna, bolesna historia: fobia, prześladowanie seksualne, boska tajemnica i śmierć. W przypadku mojej najnowszej książki, "Xiąg Nefasa...", przez dwa lata byłam totalnie zanurzona w czasach Bolesława Krzywoustego: średniowieczne zamki, rycerze, wojny, krwawe pogańskie rytuały, a do tego wielka miłość i sporo magii. Powstała historyczno-przygodowa powieść z elementami fantasy, której akcja toczy się na początku XII wieku. Z jedną uwagą: średniowiecze jest przefiltrowane przez mój mroczny sposób pisania. Udało się nam przetrwać te dwa lata. Andrzej rozumiał, że tworzenie jest dla mnie pewnego rodzaju ucieczką od realnego świata. Miewamy konflikty i gorsze momenty, jak każda para, ale wychodzimy z nich obronną ręką.

Czasami mam poczucie, że to niezwykły zbieg okoliczności zadecydował o naszym spotkaniu. Rozmawialiśmy o tym niedawno z przyjaciółmi i usłyszeliśmy, że zbiegi okoliczności nie istnieją, bo to człowiek dokonuje wyborów, które prowadzą go do pewnych rozwiązań. To skłoniło mnie do rozważań: jakiego ja dokonałam wyboru, że w tak młodym wieku spotkałam mężczyznę mojego życia? Najprostszego, po prostu wyszłam z domu.

Andrzej: Trudno, mając naście lat, w sposób dojrzały analizować, czy spotkaliśmy osobę, z którą stworzymy związek na całe życie.

Wybieramy więc intuicyjnie, przedzierając się przez konglomerat uczuć, pożądania, złudzeń, nadziei i niepewności. Po latach okazało się jednak, że postąpiliśmy z Małgosią słusznie, co mnie zdumiewa, bo nie wierzyłem, że spędzę życie u boku jednej kobiety. Tymczasem nam się udaje. Jesteśmy jak dwa złączone ze sobą drzewa.

Mam pięćdziesiąt jeden lat i zrozumiałem, że nie muszę już wpadać w dygot z powodu dwóch podstawowych rzeczy. Pierwszej: czy dobrze pokierowałem swoim życiem zawodowym? I drugiej: czy dobrze pokierowałem życiem osobistym? Bo nie żałuję ani jednego, ani drugiego. Mój przyjaciel niedawno się zakochał. Z jednej strony, fruwa nad ziemią, a z drugiej - dopada go niepewność, czy to się uda. Myślę, że jest równie nieszczęśliwy, co wystraszony. Nie chciałbym tego przeżywać. Gdyby się zastanowić, co powoduje, że tyle lat jesteśmy razem z Małgosią, to przychodzi mi do głowy jedno - przyjaźnimy się ze sobą. Poza tym jesteśmy dla siebie atrakcyjni, bo ciągle jesteśmy kreatywni, także w życiu codziennym.

Kiedy ludzie przestają być kreatywni, stają się starzy. Nasze rozmowy nie ograniczają się do tego, kto pokroi ser i czy pomalować ściany, bo wyblakły. Naprawdę dużo czytamy i jesteśmy dla siebie swoistym uniwersytetem, prowadzimy niekończące się spory o politykę, sztukę, naukę oraz dziesiątki innych rzeczy. Najpierw jedno jest nauczycielem, a drugie studentem, a potem na odwrót. Najbardziej w Małgosi podobają mi się jej inteligencja i prawość. Jest jednym z najbardziej prawych ludzi, jakich kiedykolwiek poznałem. Ma niezwykle silny wewnętrzny moralny regulator, który mówi jej, jak żyć. On nie wiąże się z żadną religią. Moja żona jest po prostu dobra i szlachetna z natury, co mnie autentycznie zachwyca.

Ja natomiast jestem sarkastyczny, więc moje komplementy - jeśli są - mają osobliwą formę. Dużo wysiłku wkładamy w to, by rodzina była faktycznie rodziną. Wiemy, jak łatwo stracić więź z dziećmi przez zabieganie. Dość świadomie zrezygnowaliśmy z konsekwentnego budowania karier zawodowych, aby mieć czas dla siebie i córek. Wspólne mieszkanie, geny czy nazwisko jeszcze niewiele znaczą. Rodzinę buduje się poprzez codzienne trwanie razem. Pod tym względem jesteśmy konserwatystami, choć wartości, jakie przekazujemy dzieciom, są zdecydowanie liberalne.

Uważam, że sztuka może być dobrym spoiwem rodziny. Wyzwala emocje, a podczas dzielenia się nimi rodzi się bliskość. Skoro coś z kimś wspólnie przeżywamy, to mamy też o czym rozmawiać. Dlatego z córkami oglądamy bardzo dużo filmów i czytamy mnóstwo książek. Mógłbym zaryzykować twierdzenie, że mają w domu akademię filmową.

Obecne czasy nie są dobre dla długodystansowców w związkach. Jako globalni konsumenci mamy tendencję do tego, aby traktować partnerów życiowych jak gadżety, które urozmaicają życie, jednak one szybko się nudzą lub psują, więc trzeba je wymienić na nowsze. W życiu potrzebne są kompromisy, a dziś nikt nie chodzi na kompromisy ze starym telefonem komórkowym. Ani z parą niemodnych butów, ani z człowiekiem.

Powieści mojej żony zawsze mnie zaskakiwały. Najbardziej pierwsza - "Siostra", dwadzieścia lat temu. Małgosia pisała ją bardzo długo, ale nie pozwoliła mi przeczytać ani fragmentu. Co nie było łatwe, bo jestem ciekawski, a poza tym mieliśmy wtedy jeden stacjonarny komputer, który stał w kuchni naszej kawalerki. Wreszcie pewnego dnia powiedziała: "Możesz przeczytać". Poszedłem do kuchni i przeżyłem szok, bo powieść była tak mroczna, niepokojąca i dziwna, że zamiast skupić się na stronie literackiej, myślałem tylko: z kim ja mieszkam? Co siedzi w głowie osoby, którą - wydawało mi się - tak dobrze znam? (śmiech).

Teraz znowu mnie zaskoczyła, pisząc powieść historyczną z elementami fantasy. Kiedy słyszę o fantasy, od razu oczami wyobraźni widzę smoka, elfa i krasnala, a takie zestawienie mnie nudzi. Na szczęście u Małgosi nie ma smoków, elfów ani krasnali, jest za to dużo magii. A do tego masa intryg, przemoc, seks i - jak to u mojej żony - trup ściele się gęsto. Chętnie zobaczyłbym to na ekranie jako serial. Małgosia jest jedną z niewielu osób, z którymi mogę wspólnie pisać. Mam sporo przyjaciół scenarzystów, bardzo się lubimy i dobrze znamy, jednak to pisanie nam nie wychodzi. Pojawiają się konflikty.

Z moją żoną jest inaczej, bo my nie rywalizujemy, tylko się uzupełniamy. Praca idzie nam płynnie, dzielimy się wątkami, omawiamy je, i już. Cztery lata temu stworzyliśmy projekt serialu o majorze Zygmuncie Szendzielarzu - "Łupaszce", oraz jego V i VI Brygadzie Wileńskiej. Bardzo bym chciał, aby ten serial powstał, bo to heroiczna postać, jak z greckiej tragedii... Każde nowe dzieło jest jak rodzenie dziecka: ludzie widzą tylko uśmiech szczęśliwej matki, ale to przede wszystkim wielki ból. Im jestem starszy, tym bardziej to przeżywam. Dopiero przy mojej powieści "Chłopcy" czułem, że jest niezła, i było mi wszystko jedno, jak ludzie ją odbiorą. Natomiast przed premierą "Xiąg Nefasa..." Małgosi odczuwałem niepokój. Ale wierzę w tę powieść, bo jest naprawdę dobra.

A jakie ja mam plany? Chciałbym napisać drugą część sztuki "Testosteron" i wystawić ją w pierwotnym składzie. Podejmuję próby ekranizacji "Chłopców", ale poza Polską. Mam też gotowe dwa scenariusze komedii. Jeśli znajdą się pieniądze, mogę ruszać do pracy, choćby dziś.

-----

Małgorzata Saramonowicz - pisarka i scenarzystka (razem z mężem Andrzejem m.in. "Lejdis", "Jak się pozbyć cellulitu"), producentka, z wykształcenia polonistka i historyk, pracowała jako redaktorka w "Gazecie Wyborczej". Autorka powieści: "Siostra", przełożonej na niemiecki, holenderski, litewski, "Lustra" - na niemiecki i chorwacki, "Sanatorium". W lutym ukazała się jej nowa książka pt. "Xięgi Nefasa. Trygław - władca losu". Mama dwóch córek. Ma 51 lat.

Andrzej Saromonowicz - reżyser, producent, dziennikarz, dramaturg. Scenarzysta najpopularniejszych polskich komedii, m.in. "Lejdis" (reż. T. Konecki), "Testosteron" (reżyseria razem z T. Koneckim), "Idealny facet dla mojej dziewczyny" (reż. T. Konecki). Pracował jako redaktor i recenzent filmowy m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Przekroju" oraz jako redaktor w TVP. W 2015 r. zadebiutował powieścią "Chłopcy". Ma 51 lat.

Magdalena Kuszewska

PANI 05/2016

Zobacz także:


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje