Przejdź na stronę główną Interia.pl

Xymena Zaniewska: Żelazna dama o miękkim sercu

Scenografka, architektka, kostiumografka, projektantka mody. Uważana za twórczynię polskiej szkoły scenografii telewizyjnej. „Gdy miała jakiś pomysł, brała rapidograf, papier i zaczynała bazgrać, rysować, aż w końcu coś zaczynało wychodzić. Potrafiła jednocześnie robić pierogi, przyjmować gości i rysować sobie na luzie. Wszystko robiła na luzie"- tak Xymenę Zaniewską wspomina jej syn, Ivo Zaniewski.

Przeczytaj fragment książki "Kreatorki. Kobiety, które zmieniły polski styl życia" Lidii Pańków i Julii Pańków:

Reklama

Po latach Zaniewska najcieplej wspominała wczesny etap istnienia telewizji, z czasów gdy ta była jeszcze czarno-biała. To były złote lata Teatru Telewizji. Widzowie rzucali wszystko, by zasiąść przed odbiornikami. Spektakle tworzyli wybitni aktorzy, reżyserzy, scenografowie. Xymena ściągała do pracy najlepszych artystów epoki, takich jak Franciszek Starowieyski, Alicja i Bożena Wahl, Adam Kilian, Andrzej Strumiłło. Każdy z nich miał charakterystyczny, rozpoznawalny styl: "Miała ta telewizja swoją urodę, zdyscyplinowaną formę, wynikającą również z ograniczonej ilości środków oraz - co ważne - indywidualne propozycje plastyczne, właściwie dla każdej inscenizacji" - oceniła scenografka po latach.

Sama także projektowała scenografię do spektakli Teatru Telewizji, do każdego starając się wymyślić własny styl i odrębny środek wyrazu. W ciągu ponad dwudziestu lat pracy w TVP stworzyła dekoracje do ponad stu spektakli. Do jej ulubionych realizacji należały czteroodcinkowe "Dziewczęta z Nowolipek", w których wykorzystała fotografie starej Warszawy, ascetyczny "Ostry dyżur" Jerzego Lutowskiego czy przedstawienie "Adwokat i róże" Jerzego Szaniawskiego, do którego dekoracje wykonane zostały z papieru.

Telewizja tamtych czasów miała wiele wspólnego z grafiką. Plansze nie tylko zapowiadały programy i bloki tematyczne, ale też wypełniały czas pomiędzy programami, dziś zajęty reklamami. Za czasów Zaniewskiej plansze telewizyjne projektowali najwięksi graficy, tacy jak Jan Młodożeniec czy Daniel Mróz. Niektórzy widzowie krytykowali je jako zbyt nowoczesne. Takie reakcje budziła na przykład plansza "Pogoda na jutro" Jana Młodożeńca z plusem i minusem. Zaniewska nie ustępowała, ale zmiany wprowadzała stopniowo.

O jej skuteczności krążyły legendy. "Jeszcze za moich telewizyjnych czasów mówiono, że mam żelazną rękę" - opowiadała w rozmowie z Małgorzatą Piwowar w "TeleRzeczpospolitej" w 1998 roku. "To bardzo śmieszne, bo ja tak o sobie nie sądzę. Kiedy mi na czymś zależy, jestem po prostu konsekwentna. Aż do skutku. Odkąd moi rodzice się rozeszli, wychowywałam się u dziadków. Dziadek, inżynier rolnik, był prawdziwym poznaniakiem - człowiekiem szalenie solidnym, rzeczowym, bardzo dobrym fachowcem i - stuprocentowym mężczyzną, kimś na kim można było się oprzeć. Wszystkie te cechy starał mi się wpoić. I to jest właśnie mylone z żelazną ręką. Kiedy trzeba coś załatwić, potrafię dzwonić w to samo miejsce 25-30 razy w ciągu dnia. Korona mi z głowy nie spada. Na ogół po tych 30 telefonach bastion pada. Konsekwencja i przekonanie, po prostu popłacają.

Mariusz Chwedczuk komentuje z kolei: "Nie wiem, jak jej się to udawało. Przyglądałem się temu z zachwytem, czasem zdziwieniem, ale nigdy nie było tak, żeby czegoś jej się nie udało zrobić. W niej była niebywała energia". (...)

Miała pod sobą dziesiątki ludzi. Oprócz scenografów podlegał jej wielki dział produkcji, na który składały się stolarnie, malarnie, introligatornie, dwie pracownie krawieckie. Do tego magazyny: rekwizytów i kostiumów, materiałów do budowy dekoracji, dział zaopatrzenia. Zaniewska starała się mieć wszystko pod kontrolą, zależało jej, żeby codziennie odwiedzić wszystkie pracownie. Miała wielki szacunek do fachowców i uwielbiała z nimi pracować. Tak wspominała przygotowania do spektaklu Hiszpańskie czary Prospera Mériméego: "Moje ulubione godziny w pracowni krawieckiej, gdzie upinałyśmy z krawcowymi suknie na manekinach, rzadko znajdowały swój odpowiednik w stolarni. Z desek gorzej się improwizuje, ale tym razem zaczęło się coś wspaniałego. Wspaniały stolarz, pan Kociniak, wynalazł ozdobne guzy z odwróconej ramy, piękne narożniki. Nie wiem czy ktoś, kto bawił się pierwszymi klockami Lego, miał taką frajdę jak my".

W swoich pionierskich czasach TVP zmagała się z licznymi problemami technicznymi. Zaniewska uwielbia je rozwiązywać. "Dwadzieścia parę lat spędziłam na walce ze stykiem horyzontu z podłogą. Trzy ściany studia telewizyjnego zakryte były materiałem. Zasłaniał on całą technikę, na tym tle budowało się dekoracje. Newralgiczną linią była zaszyta kieszeń u dołu horyzontu, szerokości 20 centymetrów, w którą była wciągnięta rura, obciągająca materiał, żeby się nie marszczył. To się zawsze szargało, co w bliskim planie było bardzo widoczne. Ten mój kłopot wydaje się być z epoki kamienia łupanego, ale spędzałam nad tym wiele godzin, żeby to połączenie horyzontu i podłogi uczynić możliwie niewidocznym. W toku tych zmagań szefowa scenografów nawiązywała kontakty z fabrykami i nakłaniała je do realizacji nietypowych, hurtowych zamówień. W ten sposób pozyskiwała tekturę, tkaniny, farby. "Od tej pory w zasadzie zaczęła się datować moja przyjaźń z producentami chyba wszystkiego, co w Polsce produkowano" - wspominała twórczyni polskiej szkoły scenografii. (...)

Mimo że Zaniewska piastowała wysokie stanowisko w publicznej instytucji, nigdy nie zapisała się do partii. "Mamie to jakoś uchodziło, była na specjalnych prawach. Załatwiała, co chciała, funkcjonowała na wariackich papierach. Niektórzy tak mają, to jest w pochodzeniu, wychowaniu, energii, jaką się ma. Ona przez to dobrze funkcjonowała w świecie, wszyscy pozytywnie na nią reagowali - od garderobianych i stolarzy przez scenografów po szefów" - mówił Iwo Zaniewski.

Xymena przez całe życie deklarowała, że "ściąga ją na lewo", twierdziła, że buduje socjalizm tak, jak umie, za pomocą tego, co robi najlepiej. Starała się jednak nie angażować w politykę. Przeciwko władzy opowiedziała się dopiero, zapisując się do "Solidarności". Za to w stanie wojennym ją ukarano: "Zostałam poddana weryfikacji. Na pytanie komisji, dlaczego moim zdaniem nastąpił taki rozwój wydarzeń, odpowiedziałam, że transparenty »Telewizja łże« nie całkiem mijają się z prawdą. Otrzymałam zakaz wstępu do telewizji i kosztorysy oraz rachunki podpisywałam odtąd w bramie. Później udało mi się otrzymać zgodę na wcześniejszą emeryturę".

Fragment książki "Kreatorki. Kobiety, które zmieniły polski styl życia" Lidii Pańków i Julii Pańków.


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje