Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wychowanie po królewsku

W Wielkiej Brytanii tematem numer jeden jest "royal baby", czyli dziecko księżnej Kate i księcia Williama. Coraz więcej wskazuje na to, że młodzi rodzice chcą zerwać z ultrakonserwatywną tradycją wychowawczą Windsorów i wzorować się na liberalnych dworach Norwegii, Danii i Holandii. Co to oznacza? Możliwe, że nawet obyczajową rewolucję!

Firmy bukmacherskie na Wyspach Brytyjskich przeżywają dobry okres, bo tysiące ludzi zakłada się tam o niemal wszystko, co dotyczy wyczekiwanego dziecka Kate i Williama. I nie chodzi jedynie o płeć, imię czy kolor włosów. Od kiedy księżna zasugerowała, że chce bardziej samodzielnie niż jej poprzedniczki, decydować o losach "królewskiego dziecka", coraz większą popularnością cieszą się zakłady dotyczące tego, jak będzie wychowywane. Czy będzie miało nianię? Do jakiej pójdzie szkoły? Jakie będzie uprawiać sporty itp.?

Wielka Brytania: Zagadka "Royal Baby"

Reklama

Jeszcze pokolenie wcześniej odpowiedź na wszystkie te pytania byłaby łatwo przewidywalna, bo Windsorowie od wieków powielali ten sam model wychowawczy. Obecność pełnoetatowej niani, która towarzyszyła królewskim potomkom od pierwszych dni życia i spędzała z nimi więcej czasu niż matka, była oczywistością. Wiadomo było nawet, jakie wykształcenie będzie miała zatrudniona na dworze opiekunka, bo wszystkie musiały ukończyć Norland College - znaną na całym świecie szkołę dla niań, które pracują u arystokratów. Przez lata (nianie z Norland zatrudniane były u Windsorów od 1892 roku) obowiązywała je pełna dyskrecja. Jednak z każdym kolejnym pokoleniem Windsorów coraz więcej szczegółów dotyczących ich dzieciństwa trafiało do wiadomości publicznej.

Wiadomo na przykład, że mały książę Karol panicznie bał się swojej pierwszej bony Helen Lightbody, z którą spędzał większość czasu. W jej obecności sztywniał ze strachu, choć nie podnosiła głosu, za to lodowatym tonem egzekwowała wszystko, czego oczekiwała. Gdy Karolowi zdarzyło się pobrudzić przy jedzeniu - Helen tego nienawidziła - płakał, zanim zareagowała. Królowa Elżbieta II początkowo tolerowała tę sytuację, uznając, że zimny wychów wyrobi w synu poczucie dyscypliny. Po półtora roku zatrudniła jednak Mabel Anderson, która traktowała małego Karola dużo serdeczniej. Książę zawsze dobrze ją wspominał, a mimo to po latach, gdy sam został ojcem, zatrudnił do opieki nad Williamem "uosobienie surowości i zasadniczości", czyli Barbarę Barnes. "Ja się jej boję, a co dopiero mój syn!" - skarżyła się księżna Diana, żądając jej zwolnienia. 

Diana była pierwszą kobietą na dworze, która zabiegała o większy udział w wychowaniu dzieci. Na tym tle dochodziło do spięć z królową, która uważała, że "surowa opiekunka lepiej ukształtuje charakter chłopców niż zbyt pobłażliwa matka". Diana zdobyła się na spory akt odwagi, zwalniając po pół roku Barnes bez wiedzy teściowej. Na jej miejsce przyjęła Olgę Powell. Nowa niania wyłamywała się z konserwatywnego stereotypu. Chodziła z Williamem i Harrym po kałużach, bawiła się z nimi w parku w chowanego i często ich przytulała. A gdy w zeszłym roku zmarła, książę William odwołał wszystkie zaplanowane wizyty, by pojechać na jej pogrzeb. Wyznał wtedy, że była jedną z najważniejszych osób w jego życiu.

Jednak gdy okazało się, że on i Kate spodziewają się dziecka, oboje oświadczyli, że raczej nie planują zatrudnienia pełnoetatowej niani, a co najwyżej kogoś do pomocy. "Coś takiego nie zdarzyło się jeszcze w historii dworu!", pisała brytyjska prasa. Niedługo potem Kate sugerowała, że chce przełamać również inną obowiązującą dotąd tradycję, która nakazuje członkom rodziny królewskiej podczas oficjalnych podróży zostawiać dzieci w domu. "Oznaczałoby to, że księżna naprawdę widzi się w roli pełnoetatowej matki, co dotąd wśród kobiet z jej pozycją było nie do pomyślenia" - komentował te rewelacje Andrew Roberts, znawca obyczajów na dworze brytyjskim i autor książki The Royal House of Windsor (Królewski Dom Windsorów).

Tymczasem książęca para zaskakuje swoich rodaków coraz bardziej. Ostatnio do prasy wyciekła informacja, że Kate chce urodzić w szpitalu Royal Berkshire, w którym sama przyszła na świat (gdzie jednak nie rodził się dotąd żaden z Windsorów). I że pierwsze sześć tygodni po porodzie prawdopodobnie spędzi z dzieckiem w domu swoich rodziców w Bucklebury, a nie w książęcej rezydencji Kensington Palace, jak nakazywałaby dworska etykieta. Księżna sugerowała też, że chce, by w przyszłości jej dziecko miało możliwie zwyczajne dzieciństwo i nie było, jak niegdyś jej mąż i jego brat, izolowane od rówieśników z innych środowisk. "Czy oznacza to, że królewski potomek nie zostanie wysłany do elitarnych prywatnych szkół podstawowych, które zazwyczaj kończyli Windsorowie?!", spekulują z niedowierzaniem Brytyjczycy.

Na Wyspach byłby to już gigantyczny wyłom w tradycji. Ale na innych dworach Europy takie rzeczy są już dziś na porządku dziennym. Księżna Kate pytana ostatnio, czy myśląc o swoim dziecku, zamierza się wzorować na bardziej liberalnych monarchiach, odpowiedziała, że "wypracowany przez nie model na pewno jest przyjazny dzieciom". Jeśli było to coś więcej niż tylko dyplomatyczna riposta, to na brytyjskim dworze, dotąd najbardziej konserwatywnym ze wszystkich europejskich monarchii, naprawdę może się dokonać obyczajowy przewrót.

Holandia: Królewny wśród didżejów

Holendrów śmieszą burzliwe brytyjskie dyskusje na temat zapowiadanych przez Williama i Kate odstępstw od tradycji. W ich kraju takie "rewelacje" jak brak niani czy podróżowanie z dziećmi po świecie, nikogo już nie bulwersują. Podobnie jak holenderskich poddanych nie dziwi wizyta córek króla Willema-Alexandra na koncercie rockowym czy ludowym festynie. Niedawno np. euforię publiczności wywołało pojawienie się króla z żoną i córkami na plenerowej imprezie techno. Przybyli na nią bez wielkiej pompy, podpływając barką pod stojącą przy nabrzeżu scenę. 9-letnia Amalia i jej dwie młodsze siostry, 7-letnia Alexia i 5-letnia Ariane, wspięły się na nią wraz z rodzicami, po czym na oczach setek uczestników imprezy podrygiwały do muzyki miksowanej przez didżeja. Dla trójki holenderskich księżniczek taka zabawa nie jest niczym nadzwyczajnym. Rodzice od najmłodszych lat zabierali je na publiczne imprezy charytatywne, spektakle i koncerty, dbając, by miały wiele okazji do kontaktów ze "zwykłymi ludźmi".

Prowadzone w Wielkiej Brytanii debaty na temat tego, do której z drogich prywatnych szkół może trafić "royal baby", jeśli jego rodzice nie zbuntują się przeciw tej tradycji, też byłyby w Holandii nie na miejscu, bo pierwsza w kolejce do korony Amalia chodzi po prostu do publicznej podstawówki. W klasie nie funkcjonuje jako Catharina-Amalia Beatrix Carmen Victoria Prinses van Oranje (tak brzmi jej pełne imię i nazwisko). Dla nauczycieli i kolegów jest po prostu Amalią. Po lekcjach uczestniczy w zajęciach judo i każdy inny zawodnik może bezkarnie powalić ją na matę. A kilka razy w tygodniu jeździ z mamą, królową Maximą, i młodszą siostrą Alexią, do szkółki jazdy konnej dostępnej dla wszystkich. Agenci ochrony oczywiście czuwają nad bezpieczeństwem dziewczynek, ale wszystko odbywa się dyskretnie i na odległość. Tak, by dzieci jak najrzadziej miały poczucie, że traktowane są inaczej niż ich koledzy.

"Gdy Amalia osiągnie pełnoletność, automatycznie zostanie członkiem Rady Państwa i będzie wdrażana do obowiązków przyszłej królowej - powiedział niedawno w wywiadzie dla jednego z holenderskich magazynów dla rodziców król Willem-Alexander. - Jednak do tego czasu naszym rodzicielskim obowiązkiem jest zapewnienie jej możliwie prostego i normalnego dzieciństwa w otoczeniu rówieśników". Już sam fakt, że holenderski król rozmawia z dziennikarzami o takich sprawach, pokazuje, jak różny jest holenderski model monarchii od brytyjskiego, w którym królowa z zasady nie rozmawia z prasą, a jedynie - i to przy szczególnych okazjach - wydaje dyplomatyczne oświadczenia. 

Elżbieta II w przeciwieństwie do byłej królowej Holandii Beatrix (abdykowała w tym roku na rzecz syna) nie ma też zdjęć z wnukami ze wspólnych wycieczek rowerowych i nie buduje z nimi zamków z piasku na publicznej plaży. Elżbieta miałaby też chyba trudności ze zrozumieniem, dlaczego Beatrix bez oporu zaakceptowała decyzję syna - wówczas jeszcze nie króla, ale następcy tronu - który przed laty postanowił wraz z rodziną zamieszkać w kameralnej nadmorskiej rezydencji w Wassenaar zamiast w pałacu królewskim w Hadze. 

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje