Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wszędzie obca

Siedem razy zmieniała imię i tożsamość. Hyeonseo Lee była nastolatką, kiedy uciekła z Korei Północnej. To miał byc koniec jej problemów. Ale droga przez piekło dopiero się zaczęła.

Kiedy patrzy się na jej śliczną, uśmiechniętą i młodzieńczą twarz, aż trudno uwierzyć, że ta dziewczyna tyle w życiu przeszła. Świat usłyszał o Hyeonseo Lee, kiedy dwa lata temu na konferencji TED opowiedziała o swojej ucieczce w 1997 roku z Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i o życiu w tym zamkniętym kraju. W sieci jej przemówienie obejrzało pięć milionów osób i ta liczba wciąż rośnie. Choć zaczęła dostawać e-maile z pogróżkami, od tamtego czasu jeździ po świecie i jest głosem swoich rodaków. W Polsce właśnie ukazała się jej książka "Dziewczyna o siedmiu imionach".

Reklama

Miałaś siedem lat, kiedy po raz pierwszy byłaś świadkiem publicznej egzekucji. To musiało odcisnąć głębokie piętno na dziecku.

Hyeonseo Lee: - Tego dnia mama wysłała mnie z jakąś sprawą do miasta i na poboczu drogi zobaczyłam tłum ściśniętych ludzi. Wszyscy zadzierali głowy. Z pobliskiego wiaduktu kolejowego zwisał człowiek ubrany w niebieski strój pracownika fabryki. Na szyi miał linę, na głowie parciany worek, a ręce związane z tyłu. Ludzie stali w kompletnej ciszy, żołnierze z karabinami nawet nie musieli ich uspokajać. Kiedy wróciłam do domu i powiedziałam mamie, co widziałam, natychmiast ucięła rozmowę i stwierdziła tylko: "Nie patrz więcej na takie rzeczy". Tego lata przez nasze miasto przetoczyła się fala egzekucji. To zabrzmi strasznie, ale jeśli widzisz coś takiego, to stopniowo tracisz empatię. Przyzwyczajasz się i stajesz obojętny. Żyliśmy w przekonaniu, że takie postępowanie to norma, że publiczne egzekucje odbywają się na całym świecie. Ich cel był oczywisty: pokazać nam, że jeśli nie będziemy posłuszni systemowi, to może nas spotkać podobny los. Koreańczycy funkcjonują w ciągłym strachu.

Widziałaś śmierć kogoś, kogo znałaś?

- To była druga egzekucja w życiu, której byłam świadkiem. Powieszono wtedy chłopaka, który był w mojej dzielnicy lokalnym "celebrytą". Wszyscy go znali. Myślę, że w czasie wykonywania wyroku był już martwy, bo kiedy wyciągnięto go z wozu transportowego, nie ruszał się. Żołnierze wlekli jego ciało po ziemi, a on się nie wyrywał, nie wymówił nawet jednego słowa. Może zmarł podczas przesłuchania, w trakcie którego z pewnością był bity i torturowany? Świadkiem znacznie bardziej brutalnego wydarzenia była moja ciotka. W 1999 r. uczestniczyła w publicznej egzekucji, podczas której stracono jedenaście osób. Jedną z ofiar był przyjaciel naszej rodziny. Właśnie zmieniono sposób wykonywania wyroków na rozstrzelanie. Żołnierz źle wycelował i głowa mężczyzny eksplodowała. Fragmenty mózgu były dosłownie wszędzie...

Przerażające. Kto dostawał wyrok śmierci?

- Przede wszystkim osoby podejrzane o polityczne szpiegostwo, ale nie tylko. Widziałam kiedyś egzekucję wróżbitki, której jedyną winą było to, że przepowiadała kobietom przyszłość, oraz mężczyzny, który przemycił z Chin ryż dla swojej rodziny. W latach 90. w kilku prowincjach Korei Północnej panował straszny głód. Dzisiaj nieoficjalne źródła - bo oficjalnie takie zdarzenie oczywiście nie miało miejsca - mówią o tym, że liczba ofiar głodu może się wahać od 240 tys. do 3,5 mln. Zdarzały się nawet przypadki kanibalizmu. Rolnictwo upadło, fabryki przestały pracować, kraj pogrążył się w chaosie. Ludzie kradli, co się tylko dało: części maszyn, kawałki torów, przewody, wszystko, co mogli zamienić na pieniądze. Ci, którzy zostali złapani na gorącym uczynku, często kończyli na stryczku. A oni tylko walczyli o przetrwanie.

W Korei Północnej wciąż funkcjonują polityczne obozy pracy?

- Wiem, że takie istnieją, chociaż nigdy nie widziałam żadnego na własne oczy. Są ukryte na głębokiej prowincji, w miejscach, gdzie nie dojeżdża kolej, często nie ma nawet dróg. Niewiele wiadomo, co się w nich dzieje, bo jeśli ktoś zostaje tam wysłany, to już nie wraca. Chyba każdy Koreańczyk z Północy był świadkiem, jak w środku nocy znikały całe rodziny. Ojciec mojej przyjaciółki został wysłany do obozu po tym, jak w zaufaniu powiedział swojemu najbliższemu koledze, że jego zdaniem system jest niesprawiedliwy. Ten na niego doniósł władzom i przyjaciółka nigdy już nie zobaczyła taty. Jej matka w zaawansowanej ciąży musiała z dwójką małych dzieci przenieść się na wieś, w góry, bo kara spadła na całą rodzinę. Obowiązuje bowiem odpowiedzialność zbiorowa. Takie sytuacje są w Korei Północnej nagminne, więc moja mama ciągle powtarzała mi: "Uważaj, co mówisz, nie możesz popełnić najmniejszego błędu". To była szkoła przetrwania. Zresztą rodzice na tematy polityczne nigdy w domu nie rozmawiali. Ryzyko było zbyt duże.

Kogo najbardziej należało się bać?

- Każdy mógł okazać się wrogiem: przyjaciel, sąsiad, nawet członek własnej rodziny. System donosów był, i na pewno wciąż jest, bardzo rozbudowany. Funkcjonowała m.in. złożona z ochotników straż obywatelska, która wyłapywała osoby łamiące przepisy. Miałeś na sobie dżinsy lub spryskałeś się zagranicznymi perfumami? To podejrzane. Mężczyzna minimalnie zapuścił włosy, a kobieta założyła biżuterię? Z pewnością mają coś więcej na sumieniu. A już najgorzej, jeśli ktoś wychodząc z domu, zapomniał wpiąć na wysokości serca okrągłą broszkę z wizerunkiem Wielkiego Wodza. Złapany na takim niedbalstwie nieszczęśnik wpadał w spore tarapaty. Moja mama kiedyś wyszła z domu w spodniach i musiała zapłacić sporą grzywnę, żeby nie zostało to wpisane do jej akt, bo taki strój szanowanej Koreance z Północy nie przystoi. Nigdy nie miała oporów przed wręczaniem łapówek, bo reżim jest wyjątkowo skorumpowany, więc jeśli masz pieniądze, możesz wiele załatwić.

Częścią tego systemu kontroli są tzw. sesje samokrytyki.

- Odbywają się raz na tydzień i są obowiązkowe dla wszystkich, którzy skończyli osiem lat. Zbieraliśmy się w szkołach i zakładach pracy, ustawialiśmy w wianuszku i musieliśmy wybraną przez siebie osobę skrytykować, donieść na nią, co robi źle, o co ją podejrzewamy. Jako dziecko umawiałam się wcześniej z koleżanką, co powiemy. Zazwyczaj nie miałyśmy większych przewinień na sumieniu, więc je wymyślałyśmy. To było konieczne, bo gdybyśmy zachowały milczenie, to spotkałaby nas kara. Dorośli mieli gorzej, bo nie mogli nikomu aż tak zaufać. I choć każdy wie, że te donosy nie są dobrowolne, to jednak rodzą wzajemną wrogość, agresję i żądzę zemsty. W ten sposób od małego jesteśmy szkoleni w szpiegowaniu siebie nawzajem.

Twój ojciec był wojskowym. Musiał się szczególnie pilnować?

- Pamiętam taką sytuację, gdy w środku nocy zaczął płonąć nasz dom. Ojciec najpierw wyprowadził nas - matkę, mnie i mojego młodszego brata - na zewnątrz, po czym z powrotem wbiegł do środka. Ale nie po to, żeby ratować kosztowności czy cenne dokumenty. Wyniósł z trawionego przez ogień domu dwa portrety. Na jednym z nich był Wielki Wódz Kim Ir Sen, założyciel naszego państwa, a na drugim jego ukochany syn Kim Dzong Il , czyli Umiłowany Przywódca. Takie obrazy wiszą w każdym domu w Korei Północnej i są traktowane niczym święte ikony. Do ich czyszczenia używałyśmy z mamą specjalnej ściereczki, której nie wolno było stosować do niczego innego. Raz w miesiącu przychodzili urzędnicy w białych rękawiczkach i sprawdzali czystość portretów. Jeśli znalazł się na nich kurz, kolor wyblakł czy zbiło się szkło w ramce, można było mieć kłopoty. Władze wszczynały dochodzenie, czy nie jest to działanie dywersyjne. Można było trafić do więzienia politycznego. Nawet zwinięcie gazety, w której znajdowało się zdjęcie przywódcy, było przestępstwem. Od małego wyrastaliśmy w przekonaniu, że portrety są ważniejsze niż nasze życie. Dlatego ojciec ratując je z pożaru, chciał wykazać się bohaterstwem. Gdyby tego nie zrobił, mógłby ucierpieć na tym nasz songbun.

Songbun to system klasowy. Na czym polega?

- Istnieją trzy różne kasty społeczne. Zostajesz zakwalifikowany jako wierny systemowi, chwiejny w poglądach lub jako wróg. Oczywiście nikt cię do żadnej z tych grup oficjalnie nie przydziela. Wiesz, do której należysz, bo od pokoleń znajduje się w niej twoja rodzina. Co jest paradoksalne, bo cały czas wmawia się nam, że żyjemy w społeczeństwie, w którym wszyscy są równi. W Korei Północnej popularne jest wypisywanie w miejscach publicznych różnych sloganów. Jeden z najbardziej idiotycznych brzmi: "Jesteś panem swojego życia" - bo przecież tak naprawdę twój los jest przesądzony już w momencie urodzenia. Z klasy niższej nie ma możliwości awansu do wyższej. Nawet jeśli jest się niesamowicie utalentowanym, to nie można iść na studia czy dostać przydziału do pracy innej niż fizyczna. O ile jednak awans nie jest możliwy, o tyle spadek na drabinie klasowej jest już bardzo łatwy. Rodzina mojej matki mogła poszczycić się wyjątkowo wysokim songbun, ale gdy jej brat zakochał się w córce rolników i uparł, że się z nią ożeni, stracił swój status społeczny. Musiał przenieść się na wieś i do dziś jest najbiedniejszym członkiem naszego klanu. Wtedy wierzył, że miłość wszystko mu wynagrodzi, ale rzeczywistość była inna i gorzko pożałował swojej decyzji. Jednak było już za późno, drogi powrotnej nie ma.

Rzeka Yalu, przy której stał twój dom i która oddziela Koreę Północną od Chin, ma tylko 11 metrów szerokości, jest płytka i wcale nie tak pilnie strzeżona. Nie myślałaś wcześniej o ucieczce?

- Nie myślałam, bo tak naprawdę nic nie wiedziałam o świecie zewnętrznym. Ślepo wierzyłam w propagandowy przekaz, że żyję w najszczęśliwszym kraju na świecie, a nasz wódz jest kimś, kto ma nadprzyrodzone moce i może zdziałać cuda. Ale ta wiara załamała się, kiedy dotknęła nas klęska głodu. Bo skoro jest tak wszechwładny, to czemu nic nie zrobi i nas nie uratuje? Zawsze przekonywano nas, że to Korea Południowa jest tym strasznym miejscem, w którym dzieci umierają z niedożywienia na ulicach, a teraz coś takiego działo się u nas. To był dla mnie szok. Na dodatek mieszkaliśmy tuż przy rzece, więc mogliśmy nielegalnie odbierać chińską telewizję. Jako jedni z nielicznych mieliśmy kolorowy telewizor. Zasłaniałam okna grubymi kocami, włączałam odbiornik i zamiast jedynego północnokoreańskiego kanału oglądałam chińskie programy.

Na ekranie widziałam kompletnie inny świat: kolorowy i piękny. Nawet reklamy były fascynujące. Wtedy pojawiła się myśl: może Korea Północna wcale nie jest najlepszym krajem na świecie? Na drugim brzegu rzeki, w chińskim Changbai, widziałam uśmiechniętych, kolorowo ubranych ludzi, którzy przyjeżdżali nad wodę na piknik. Przywozili ze sobą magnetofony, puszczali muzykę, jedli i tańczyli. To było takie inne... W końcu stwierdziłam, że chcę tego wszystkiego sama posmakować, dotknąć. Ale nie planowałam ucieczki. Chciałam spędzić w Chinach kilka dni i wrócić do domu. Choć był środek zimy, włożyłam swoje najelegantsze pantofelki. I nawet nie obejrzałam się za siebie.

Kiedy zorientowałaś się, że powrót nie jest możliwy?

- W Changbai zapukałam do drzwi pana Ahna, z którym nielegalnie handlowała moja matka. Wyjaśniłam mu, że chciałabym spędzić kilka dni u krewnych w Shenyang, i zapytałam, czy mógłby mi pomóc w dostaniu się tam. A on zrobił zmartwioną minę i wyjaśnił mi, że Shenyang, jedno z największych miast w Chinach, jest oddalone o osiem godzin jazdy autobusem. Ale obiecał pomóc. Następnego dnia pojechaliśmy tam taksówką, kosztowało to majątek, jednak w publicznych środkach transportu bylibyśmy narażeni na kontrolę. A każdy obywatel Korei Północnej złapany na nielegalnym pobycie w Chinach zostaje od razu przekazany w ręce Bowibu, czyli koreańskiej bezpieki. Kiedy zapukałam do drzwi wujostwa, byli zaskoczeni, ale natychmiast dali mi do zrozumienia, że jestem mile widzianym gościem. Zostałam u nich nie kilka dni, ale miesiąc.

Chodziliśmy na lody, do restauracji i na karaoke. Mogłam nawet słuchać zagranicznej muzyki bez ukrywania się z tym! Byłam zachwycona, Chiny okazały się jeszcze lepsze niż w telewizji. W dniu mojego wyjazdu zadzwoniła mama i powiedziała: "Nie wracaj, mamy kłopoty. Sąsiedzi nas obserwują. Sprzedamy dom, przeprowadzimy się. Jeszcze nie wiem dokąd". Okazało się, że pogłoski o mojej ucieczce zaczęły krążyć po mieście i jeśli wróciłabym, to skazałabym rodzinę na hańbę, obniżenie songbun i musiałabym żyć z taką "plamą" w papierach.

Musiałaś być przerażona.

- Na początku czułam się szczęśliwa, bo wcale nie chciałam wracać. Ale to się wkrótce zmieniło. Nie miałam dokumentów i byłam w Chinach nielegalnie, więc musiałam się ukrywać. Całe dnie spędzałam w domu wujostwa, zamknięta w czterech ścianach, ucząc się mandaryńskiego. Czas płynął, a ja zaczęłam wariować. Czułam się więźniem. Tęskniłam za domem i rodziną. I nie mogłam pogodzić się ze świadomością, że już nigdy ich nie zobaczę.

Przejście przez rzekę było końcem twojej ucieczki czy dopiero jej początkiem?

- Prawdziwe trudności zaczęły się później. W Chinach prężnie działa oddział policji, który zajmuje się tylko i wyłącznie ściganiem nielegalnych imigrantów. Zwykli ludzie też chętnie donoszą. Wiedzą, że Koreańczycy są odsyłani do kraju, a tam czekają ich więzienie i tortury, a czasem nawet egzekucja, ale i tak uważają to za swój obowiązek. Przyjaźń między naszymi krajami jest ważniejsza niż dobro jednostki. Tylko ci, którzy spędzili jakiś czas na Zachodzie, na przykład na wyższych uczelniach, wiedzą, że ich rząd postępuje źle, i wspierają uciekinierów. Ale to jest stosunkowo nieliczna grupa. Znacznie więcej jest takich, którzy choć żyją w XXI wieku i mają dostęp do internetu, to wciąż wierzą w propagandę i uważają mnie za zdrajczynię.

W Chinach musiałaś zmienić tożsamość?

- Przestałam być Min-young, zaczęto na mnie mówić Chae Mi-ran. Ale to imię nie posłużyło mi długo. Matka chłopaka, z którym chciała zeswatać mnie ciotka, załatwiła mi podrobiony dowód osobisty. To była ogromna przysługa, bo bez dokumentów trudno jest w tym kraju funkcjonować. I tak stałam się Soon-hyang, Chinką koreańskiego pochodzenia. Zanim jednak zdążyłam się przyzwyczaić do kolejnej tożsamości, narzeczony zabrał mi dokument, twierdząc, że dostanę go po ślubie. Ja go jednak nie kochałam. Moje nowe imię oznaczało osobę, która jest dobrą żoną i jest zawsze posłuszna mężowi, a ja nie chciałam być kimś takim. Nie po to uciekłam z ojczyzny, żeby żyć w kolejnej niewoli. Dlatego po trzech latach bez słowa opuściłam dom wujostwa.

I trafiłaś do domu publicznego.

- To miał być salon fryzjerski, a ja miałam zostać stylistką. Na szczęście szybko zorientowałam się, co to za miejsce, i jeszcze tego samego dnia udało mi się uciec. Potem zatrudniłam się jako kelnerka. Nieźle już mówiłam po mandaryńsku i utrzymywałam, że jestem Chinką koreańskiego pochodzenia, ale żyłam w ciągłym strachu, że ktoś odkryje moje pochodzenie. W akcie desperacji zaczęłam spotykać się z policjantem, który pracował w oddziale łapiącym nielegalnych imigrantów. Wydawało mi się, że wtedy nikomu nie przyjdzie do głowy, że mogę być uciekinierką. Kłamstwa, udawanie - tak przez całe lata wyglądało moje życie. Zmieniałam miejsca zamieszkania, prace, tożsamości. W końcu zamieszkałam w Szanghaju, za całe swoje oszczędności zdobyłam legalny dowód, który należał do pewnej chorej psychicznie dziewczyny, znalazłam bardzo dobrze płatną pracę i zakochałam się w chłopaku z Korei Południowej, Kimie. Ale nawet on długo nie wiedział, kim naprawdę jestem.

W końcu, po niemal dziesięciu latach, miałaś dość udawania kogoś, kim nie jesteś. Jak przedostałaś się do Korei Południowej?

- W Chinach czułam się obca. Ale miałam już legalny paszport, więc kupiłam bilet do Tajlandii ze śródlądowaniem na lotnisku Incheon pod Seulem. Trasa była absurdalna, ale jakoś się udało. Kiedy wysiadłam z samolotu, udałam się do urzędników, mówiąc: "Jestem z Korei Północnej, proszę o azyl". I... nikt nie chciał mi uwierzyć! W końcu miałam prawdziwy chiński paszport i wizę. Byłam też zbyt dobrze ubrana, w markowe, eleganckie ciuchy. To nie pasowało do uciekinierki. Musiałam podczas przesłuchania odpowiedzieć na setki pytań, zanim stwierdzono, że mówię prawdę. Spędziłam w celi dwa tygodnie.

Potem trafiłaś do centrum przejściowego dla uchodźców i po dwóch miesiącach zamieszkałaś w Seulu. Twoje marzenia się spełniły?

- Życie w Korei Południowej okazało się znacznie cięższe, niż się spodziewałam. Tam status społeczny również ma ogromne znaczenie, ale nie jest dziedziczny. Określa się go na podstawie odebranego wykształcenia. Dlatego biedni i słabo wyedukowani przybysze z Północy są traktowani jak obywatele gorszej kategorii. Trudno jest im znaleźć pracę. O tym, jak ważna jest hierarchia społeczna, szybko przekonałam się na własnej skórze. Kiedy mieszkałam w Chinach, wydawało mi się, że Kim wkrótce mi się oświadczy i weźmiemy ślub. W Korei, przebywając w gronie jego dobrze sytuowanych, często wpływowych znajomych, cały czas odczuwałam swoją niższość. W końcu mój ukochany oznajmił mi wprost, że jeśli nasz związek ma przetrwać, muszę iść na studia. Inaczej nasze małżeństwo byłoby mezaliansem. Na studia poszłam, zmieniłam imię na Hyeonseo Lee, ale miłość i tak nie przetrwała.

W Korei Południowej uciekinierzy z twojej ojczyzny trzymają się razem?

- Niestety nie potrafią stworzyć wspólnoty, choć żyje ich tam 30 tysięcy. Wychowali się w atmosferze agresji i zaszczucia, więc nie radzą sobie w normalnym społeczeństwie, nie potrafią budować więzi międzyludzkich. Choć nie muszą, to wciąż szczują jednych przeciwko drugim. To nasza największa tragedia.

Udało ci się na Południe przemycić mamę i brata, choć nie było to proste. Spędzili m.in. dwa miesiące w więzieniu dla obcokrajowców w Laosie. Od ich ucieczki do momentu wyjścia na prawdziwą wolność minął prawie rok. Było warto?

- Gdybym wiedziała, że to będzie tak trudne, że narażę ich na tak wiele niebezpieczeństw, to nie wiem, czy bym się na to ryzyko zdecydowała. Ale najważniejsze, że dzisiaj jesteśmy wszyscy razem. Mój brat Min-ho już się przystosował do życia w Korei Południowej, ale mamie wciąż jest trudno. Spędziła na Północy prawie 60 lat, więc nie potrafi zrozumieć, że większość rzeczy, które zna, to propaganda i kłamstwo. Nadal na przykład wierzy, że Kim Ir Sen był bohaterem, który uratował nasz kraj przed okrutnym i krwawym amerykańskim imperializmem.

Twój narzeczony jest Amerykaninem. Mama go zaakceptowała?

Dla niej ludzie pochodzący ze Stanów Zjednoczonych to mordercy i przestępcy, więc długo nie aprobowała mojego związku. Minęły trzy lata, zanim przekonała się do Briana. W zeszłym roku pojechała nawet z nami do Ameryki Północnej i była zszokowana, że na ulicach nie biją ani nie strzelają, tylko panuje spokój (śmiech). Na dodatek kilka dni temu mój brat wziął ślub z Amerykanką, więc mama nie miała już wyjścia, musiała zaakceptować fakt, że rodzina powiększa się o naszych odwiecznych wrogów. Powoli zaczyna rozumieć, że w Korei Północnej byliśmy niewolnikami. Niestety, miliony ludzi nie dowiedzą się tego nigdy.

Iga Nyc

PANI 12/2015

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje