Reklama

Reklama

Wreszcie dorastam

Romantyk, który nie rozmawia o miłości. Właśnie odkrył, że robi się konsekwentny. Dokąd go to zaprowadzi – przed ołtarz? "W odległe krainy", kokietuje Kuba.

Polubiłeś się z Alexem? (pies, bohater serialu "Komisarz Alex").

Reklama

- Alexów tak naprawdę jest dwóch! To znaczy, że Alexa grają na zmianę dwa psy. Wydaje mi się, że trochę się już z nimi skumałem, ale żeby lepiej je poznać, trzeba byłoby z nimi zamieszkać. Wiadomo zresztą, że pies ma zawsze tylko jednego pana. A ja nim nie jestem.

Jesteś "psiarzem"?

- Nie. Oczywiście czuję rodzaj sympatii do zwierząt. Miałem psa, ale nigdy nie mieszkał w domu, tylko na dworze. Były też papugi, ale je wypuściliśmy (śmiech). Rybka, króliki, chomik również od nas odeszły.

W serialu "Komisarz Alex" grasz rolę mundurową i znowu jesteś pozytywnym bohaterem. Czy nie za dużo już takich ról?

- Absolutnie nie! To prawda, że dotychczas grałem głównie takie postaci. Ale nie boję się, że zostanę zaszufladkowany jako bohater pozytywny. Tym bardziej że naprawdę fascynuję się jasną stroną mocy. Jestem prostym chłopakiem, żyję według prostych zasad, trochę jeszcze wierzę w to, że świat można zmieniać.

Kojarzysz się także z rolami patriotów. To kolejna pułapka, z której trudno uciec.

- Ale mnie to nadal kręci. Jestem fanem wielkich tematów, gigantycznych poświęceń. Od dziecka fascynowali mnie uczestnicy powstania warszawskiego. Zastanawiałem się, czy sam na przykład znalazłbym w sobie tyle odwagi, aby walczyć i zginąć za ojczyznę. Przy okazji pisania pracy magisterskiej rozmawiałem z wieloma żołnierzami z czasów okupacji, pytałem, czy ich pokolenie było bardziej odważne. Usłyszałem wtedy, że oni też nie spodziewali się, że znajdą w sobie tyle determinacji.

Ale role drani dają większe pole do popisu. Wystarczy pomyśleć o Jokerze z "Batmana".

- A dla mnie jest akurat zupełnie na odwrót. Od najmłodszych lat uwielbiałem superbohaterów. Postacie, na których chciałem się wzorować, to Batman, Spiderman, Iron Man - wszyscy tylko nie Superman, bo ten już wtedy wydawał mi się zbyt metroseksualny, ale, z drugiej strony, miał najładniejszą dziewczynę. Zło nigdy nie było dla mnie atrakcyjne.

Jednym z twoich idoli jest podobno Bogusław Linda. Lubiłeś go zwłaszcza w filmach Władysława Pasikowskiego. Teraz walczycie o widza, grając w serialach o policjantach. Ty w "Komisarzu Aleksie", a Linda w "Paradoksie". Jak wypadasz na tle swojego idola?

- Ale to są przecież zupełnie inne seriale! Nasz jest komediowy, a "Paradoks" to tzw. serial z klimatem, więc przeznaczony dla trochę innego widza. Najśmieszniejsze jest to, że nasze ekipy filmowe dobrze się znają, a niektóre osoby pracują przy obu produkcjach. Podczas zdjęć w Łodzi często spotykamy się, np. na Piotrkowskiej.

Dobrze się czujesz w tym mieście?

- Cieszę się, bo zyskałem tutaj wielu nowych znajomych. Wyjątkowych ludzi, którzy żyją swoimi pasjami. Poza tym w Łodzi mam odrobinę potrzebnej każdemu samotności. Miałem nawet nadzieję nadrobić trochę zaległości w książkach i w kinie. Ale nic z tego! Przychodzę po zdjęciach tak zmęczony, że nie mam już na nic siły.

Bieganie też odpuszczasz?

- Niezależnie od pory roku, codziennie rano przebiegam te dwanaście kilometrów. Te treningi nauczyły mnie organizacji i systematyczności. Do niedawna byłem wyjątkowo chaotyczny. Poświęcałem się projektowi często pod wpływem impulsu. Tak było z moim pierwszym filmem "Jutro idziemy do kina". Trafiłem na casting zupełnie przypadkowo, dzięki informacji od kolegi. Teraz widzę, że powoli robię się konsekwentny. Może to właśnie zasługa biegania?

I dokąd cię ta konsekwencja zaprowadzi?

- Nie wiem, pewnie w odległe krainy (śmiech).

Albo przed ołtarz... Właśnie. Nie poruszam tematów osobistych, bo jesteś znany z tego, że jak ognia unikasz takich rozmów.

- I nic więcej ci nie powiem (śmiech). Zawsze było dla mnie najważniejsze, aby chronić najbliższe osoby. Również przed mediami. Jestem więc wyjątkowo nudnym rozmówcą.

To porozmawiajmy o kobietach ogólnie. Czytałem, że najbardziej lubisz te, które określane są mianem "zimnej", ewentualnie "niedostępnej księżniczki". A ucieleśnieniem takiego ideału jest dla ciebie ponoć Nicole Kidman.

- To też mi się ostatnio zmieniło. Teraz podobają mi się zupełnie inne kobiety. Najbardziej "kręcą" mnie delikatne i zmysłowe, takie jak Anne Hathaway. I przyznaję, wzrusza mnie kobiecy płacz. Bo płaczący facet to banał, przecież każdy z nas czasem roni łzy. Wracając do ideałów: pewna rzecz się nie zmieniła. Nadal najbardziej zmysłową sceną pozostaje dla mnie ta z filmu "Top Gun", kiedy instruktorka Toma Cruise’a wchodzi na zajęcia w seksownych rajstopach z czarnym szwem (śmiech).

A co ci się jeszcze zmieniło? Nadal zazdrościsz kolegom, którzy mają dyplom aktora? Ty jesteś przecież z wykształcenia dziennikarzem.

- To też na szczęście już nie jest aktualne. Chyba wreszcie dorastam, co polega także na tym, że staję się bardziej pewny siebie. Uczyłem się tego niemal dziesięć lat na planie różnych produkcji. Teraz jestem świadomy swoich umiejętności. Nie zawsze tak było. Kolegom aktorom z dyplomem zazdroszczę wspomnień ze studiów.

A jak ty wspominasz swój debiut w zawodzie?

- W ciągu jednego miesiąca, jako niemal zupełnie nieznany chłopak, dostałem role w dwóch dużych produkcjach. Kiedy trafiłem na plan "Jutro idziemy do kina" razem z Mateuszem Damięckim i Antkiem Pawlickim, na początku nie bardzo wiedziałem, czy uda mi się dorównać bardziej doświadczonym kolegom.

Na planie "Komisarza Alexa" spotykasz się z Danielem Olbrychskim. Przyznaj, zrobił na tobie wrażenie?

- Oczywiście! Nawet boksowaliśmy się podczas jednej ze scen. Gra z panem Danielem zachęciła mnie, by spróbować pięściarstwa.

A biłeś się kiedyś naprawdę?

- No co ty! To jest takie nudne (śmiech).

Oskar Maya

SHOW 22/21012

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje