Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wojciech Malajkat: Z jednego świata w drugi

Ze mną było trochę jak u Fredry – i chciałem, i bałem się. Nie umiałem się uczyć na pamięć i do dziś tak mam – mówi Wojciech Malajkat. Mistrz wyobraźni, dla którego słowo „porażka” w zawodzie aktora nie istnieje. Przeczytaj fragment wywiadu, który znajdziesz w lipcowym numerze magazynu PANI.

Violetta Ozminkowki: Masz opinię faceta, który nie lubi dużo mówić o sobie...

Reklama

Wojciech Malajkat: To prawda, zazwyczaj nie opowiadam o tym, co jem i gdzie śpię. Wydaje mi się to mało interesujące. Taki jestem. Nie lubię absorbować sobą innych. Rzadko bywam na przyjęciach czy premierach, bo całe to życie towarzysko- -rautowe mnie po prostu straszliwie nudzi. Po przedstawieniu wsiadam do samochodu i jadę do domu albo na Mazury, skąd pochodzę. Co w tym interesującego?

Przy odrobinie wyobraźni Mazury są wymarzonym miejscem na dorastanie.

- Nie chcę się chwalić, ale wyobraźnię mam dosyć pojemną, więc pomysłów mi nie brakowało. Dorastałem na peryferiach Mrągowa. Uwielbiałem iść pod las, gdzie była dziewicza połać śniegu, no może nieliczne ślady zwierząt, i wyobrażać sobie, że maszeruję, żeby zdobyć biegun. Raz, gdy wszedłem na oblodzone jezioro i usłyszałem trzaskający lód, choć bałem się, że już po mnie, to nadal wyobrażałem sobie, że to przygoda przy okazji zdobywania czegoś tam. Jak się zmieniała aura, to z kolei byłem Indianinem.

Starszy brat brał udział w tych zabawach?

- Nie chciał mnie ze sobą zabierać do kolegów, jak to starszy brat, ale dawałem sobie radę. Gdy do rodziców przychodzili sąsiedzi na karty, najlepiej czułem się pod stołem. Słyszałem, jak żartują, śmieją się, więc odbywałem wędrówki w świat wyobraźni.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje