Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wniebowzięte. Historie prawdziwe

​Fascynujące zajęcie. Przygoda, ciągła podróż: dzisiaj Rzym, jutro Madryt. Być stewardesą to marzenie dziewczyn. Ale ich życie nie jest tak kolorowe jak plakaty z reklamą linii lotniczych. Reporterka Twojego Stylu poznaje realia, których nie widzą pasażerowie. O kulisach zawodu stewardesy mogą rozmawiać tylko anonimowo.

Pilot jest bogiem, a stewardesa... bywa sprzątaczką

Martyna kilka lat pracowała w popularnych tanich liniach lotniczych.

Reklama

Praca marzeń? W ogłoszeniu kusili wysokimi zarobkami i możliwością zwiedzania europejskich miast. Wyobrażałam sobie, że po wylądowaniu w Paryżu idę do hotelu, a wieczorem piję kawę na Montmartrze. Dziś wiem, że w tanich liniach załoga najczęściej nie opuszcza samolotu. Mamy mniej niż 30 minut, by pasażerów pożegnać, posprzątać, sprawdzić, czy wszystko jest na miejscu, i wpuścić nowych.

Jak zostałam stewardesą... Zapłaciłam dwa tysiące euro. Tyle kosztował kurs w Dublinie kilka lat temu. Zapożyczyłam się u rodziny. Zajęcia zaczynały się o 8, kończyły o 17, czasem później. Wracałam do domu i zaczynało się kucie. Do 3 czy 4 rano. Zasady bezpieczeństwa, pierwsza pomoc, procedury, prawo lotnicze, polityka firmy. Na pamięć, po angielsku. Miałam cel: zdobycie pracy marzeń. 

Po zdanych egzaminach przydzielili mnie do jednego z miast w Irlandii. Zaczął się okres próbny, płacili za godziny spędzone w powietrzu. Nie wliczali w to czasu przed odlotem, odpraw, wypuszczania pasażerów, przygotowania do startu. Nie było nadgodzin za opóźniony lot czy usterkę. Na cztery nasze samoloty było kilkadziesiąt stewardes i stewardów. I co kilka miesięcy po kursach dołączali nowi. Ludzie prawie bili się o miejsce w grafiku. 

Przez pierwszy rok zarabiałam tyle, że starczało na wynajęcie pokoju i podstawowe zakupy w dyskoncie. Jedzenie w samolocie? Darmowe bułki były dla pasażerów, nie dla nas. Za kawę, herbatę czy wodę musieliśmy płacić. 

W powietrzu... Jeśli lot był o 6.30 rano, na lotnisku musiałam być o 4. Każdy z załogi przed wejściem na pokład odpowiadał na dwa pytania o bezpieczeństwo, zasady, sytuacje awaryjne. Takie są międzynarodowe procedury. Jeśli się pomylisz, dostajesz pytanie pomocnicze. Nie znasz na nie odpowiedzi, nie lecisz. 

Dziennie miałam zazwyczaj sześć lotów po całej Europie. W samolocie były cztery osoby z obsługi. Jedynka, czyli superwizor z najdłuższym stażem, był z przodu, dwójka z tyłu, trójka i czwórka w środku samolotu. Zazwyczaj byłam numerem trzy lub cztery. Odpowiadałam za wpuszczanie na pokład, wskazywanie miejsc, stałam przy odprawie. Po pięciu dniach pracy, trzy przymusowo wolne. Po pół roku dostałam umowę o pracę: 800 euro plus niewielki procent od sprzedaży jedzenia i picia na pokładzie. Za słabą sprzedaż były upomnienia. 

Chorowałam. Podczas pierwszego lotu zatkały mi się uszy. Zbagatelizowałam to. Badania zrobiłam w Polsce. Okazało się, że mam problem z zatokami, nie powinnam latać. Trzeba mieć końskie zdrowie, żeby być stewardesą. Przez zmianę ciśnień rozregulowują się hormony, metabolizm. Podobno stewardesy, które długo pracowały w powietrzu, nie mogą być dawcami organów. Ich narządy są za słabe. A do tego wszystkiego dochodzi stres. 

Jego źródłem byli pasażerowie. Dla wielu wakacje zaczynały się po wejściu na pokład. Obsługiwaliśmy brytyjskich i irlandzkich emerytów lecących do Portugalii albo Hiszpanii. Pili dużo. Kiedyś starsza pani nie była w stanie sama opuścić pokładu, musiałyśmy ją wziąć pod pachy. Nie zapomnę pana, który nietrzeźwy zaczął szarpać drzwi ewakuacyjne, myśląc, że to toaleta. Kapitan, gdy chciał wyjść do łazienki, włączał komunikat: "zapiąć pasy", bo baliśmy się, by ktoś w przypływie fantazji nie wtargnął do kokpitu pod jego nieobecność. Zdarzały się konflikty z pasażerami. Odpinali pasy podczas turbulencji, przesiadali się na siedzenia, gdzie jest więcej miejsca na nogi. Nie pomagały tłumaczenia, że są dodatkowo płatne. Czasem udawałyśmy, że nie widzimy. Dla świętego spokoju albo ze strachu przed konfliktem. Zdarzały się groźby. 

Sytuacje awaryjne... Koleżanka przeżyła spadek ciśnienia w kabinie. Lecieli w dół, wypadły maski tlenowe. Ja najgorzej wspominam turbulencje wywołane wiatrami znad Wysp Owczych. Tak trzęsło samolotem, że pasażerowie wymiotowali. Po wszystkim musieliśmy posprzątać. Ale to incydenty. 

Mieliśmy zaufanie do pilotów. Nigdy nie czułam, żeby lekceważyli obowiązki. Opowieści, że latają po alkoholu są przesadzone. Czasem tylko czują się bogami. Pamiętam taką sytuację: zakończyliśmy boarding (wejście na pokład) na lotnisku. Stałam jeszcze przy bramce, by dokończyć formalności. Podbiegają spóźnieni pasażerowie. Błagają, żeby ich wpuścić. Kobieta płacze. Kontaktuję się z kapitanem, pytam, czy ich wpuści, skoro ja też muszę jeszcze wejść do samolotu. Pilot odmawia. Weszłam na pokład sama, a potem czekaliśmy, aż obsługa znajdzie bagaże tej dwójki i wypakuje z samolotu. Szybciej byśmy odlecieli, gdyby kapitan nie uparł się i pozwolił im wsiąść. 

Na szczęście zawsze jest z nami lekarz

Beata 12 lat pracowała w renomowanych liniach lotniczych. 

Patrzysz na stewardessę i widzisz...
wyprasowany mundur, makijaż, uśmiech. Myślisz, że to pani, która przynosi kawę i podaje kocyk. "Podniebne kelnerki", słyszałam kiedyś. Wiele osób nie docenia naszej pracy, nie wie, że od nas zależy bezpieczeństwo lotu. Panowie uważają czasem, że jesteśmy do ich dyspozycji. Zdarzało się, że wciskali mi wizytówki, szeptali: "zadzwoń". 

Problem z szacunkiem wobec stewardes mają celebryci. Żądają miejsc w klasie biznes, gdy odmawiamy, mówią: "chyba nie wiesz, kim jestem". Zdarzyła się aktorka, która szarpała koleżankę, bo ta odmówiła jej kolejnego szampana. Znany sportowiec zlekceważył prośbę o wyłączenie urządzeń elektronicznych. Schował tylko smartfon do kieszeni i założył słuchawki. Stewardesy poinformowały kapitana, ten wezwał gwiazdę pod pretekstem pokazania kokpitu i tam stanowczo załatwił sprawę. 

Kiedyś leciałam z małżeństwem popularnych dziennikarzy. Oboje nosy w gazetach, ich córki ganiają się z wrzaskiem w przejściu. Usłyszałam: "zajmijcie się dziećmi, od tego jesteście". Najdziwniej zachował się wobec mnie wysoki dostojnik kościelny. Na pytanie, czego napije się Ekscelencja, zwrócił się do asystenta: "Powiedz jej, że kawy". Nie rozmawiał ze stewardesami.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje