Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wielka biel

Góry czarują, ale często tym, którzy czarowi ulegną, zsyłają śmierć. Halina Krüger-Syrokomska była pierwszą europejską himalaistką, która pokonała wysokość 8000 metrów. Udowodniła, że kobiety radzą sobie na wysokości nie gorzej od mężczyzn. Kochała góry i została w nich na zawsze.

Biel jest wszechogarniająca, straszna, ale może i przez to piękna? Najpierw jest huk, a potem cisza, aż świdruje w uszach. Momentalnie robi się biało. Można się udusić: Halinka kaszle i krztusi się, ukryta bezpiecznie pod namiotem, w jaki złożyło się jej metalowe dziecięce łóżeczko. Obok leży jej babcia i ojciec, Edmund Krzyśko. Matka, Wanda, wydobyta spod gruzów zbombardowanej kamienicy przy Mazowieckiej 3, zdąży powiedzieć tylko: "Zaopiekujcie się nią". I umrze. Jest 25 września 1939 roku. Warszawa w płomieniach, bombardowana przez niemieckie samoloty. A Halinka, która właśnie została sierotą, ma rok i cztery miesiące. Już do końca życia będzie tęsknić do wszechogarniającej bieli, strasznej i pięknej. I ta biel w końcu ją pochłonie.

"Himalaj" w łóżku

Reklama

Po śmierci małżeństwa Krzyśków Halinkę bierze do siebie jej wuj, Jan Krauze. Dziewczynka, nazywana przez wszystkich Jagódką, mieszka u Krauzów ponad rok. Przed Bożym Narodzeniem 1940 roku Krauze dostaje list od kuzynki, Marii Krüger. Maria i jej mąż Henryk, matematyk, nauczyciel, nie mogą mieć dzieci.

"Chcę być dla małej kochającą matką. Janku, gdybyś mógł zupełnie bezstronnie spojrzeć na te sprawy, na pewno doszedłbyś do wniosku, że Jagódce będzie lepiej, gdy będzie u mnie jedynym dzieckiem niż u Was jednym z kilkorga. Wierzę, że w życiu kierujesz się sercem, i dlatego przypuszczam, że mnie zrozumiesz".

Jan kieruje się sercem i dwa dni przed Wigilią Halinka trafia do domu uszczęśliwionych Krügerów. Henryk bawi się z nią w "Himalaj": kładzie się do łóżka, przykrywa kołdrą, zgina nogi w kolanach, a Halinka na ten szczyt okryty poszwą się wspina. W prawdziwe góry jeździ z nowymi rodzicami na wakacje. 

W 1955 roku Halina ma 17 lat i nie wystarczają jej spokojne spacery. Zapisuje się na wycieczkę na Rysy. W tamtym czasie po Tatrach nie można sobie tak po prostu chodzić: wszędzie kręcą się wopiści, szlaki nie są zabezpieczone poręczami czy drabinkami. Wycieczka ma trwać dwa dni i w jej trakcie Halina zaprzyjaźnia się z Jackiem Kolbuszewskim - są najmłodszymi uczestnikami wyprawy. On uczy ją podstaw wspinaczki. Po Tatrach chodzą razem kilka lat, robią coraz trudniejsze trasy. 

Wkrótce staje się jasne, że uczennica przerosła mistrza. W tym czasie Halina ma już wielu przyjaciół "od liny wspinaczkowej". Zdaje na studia - historia sztuki. Na pierwszym roku poznaje Janusza Syrokomskiego. Tworzą ciekawy i nie tak częsty w tamtych czasach związek, w którym każde z partnerów ma przestrzeń na swoje pasje. Biorą ślub. W Tatry razem nie jeżdżą.

Najwyższa ściana

"Jestem tak zadowolona, że przyjechałam w góry, że nie macie pojęcia" - pisze Halina w liście do rodziców. Koledzy ją lubią - jest wesoła, chętna do pomocy i ma otwartą głowę. Można z nią pogadać o filmie, literaturze, fotografii. No i budzi podziw: na szlakach jest odważna, ambitna. Chce robić nowe trasy. Chętnie te, na których dotąd nie widywano kobiet. Bo choć kobiety w Tatrach obecne są od kilkudziesięciu lat, mężczyźni taternicy wciąż traktują je protekcjonalnie.

"Weźmy panienkę, niech się przejdzie" - mówią, gdy do zespołu dołącza taterniczka. Nawet jeśli radzi sobie dobrze, splendor z tytułu ewentualnego sukcesu spływa na mężczyzn - o kobietach mówi się, że drogę torowali im koledzy, że je "wciągnęli na szczyt". Po kilku tragicznych wypadkach kobiet zespołów czysto kobiecych w Tatrach prawie nie ma. 

W latach 20. zginęły tu Zofia Krókowska z Jadwigą Honowską i słynne siostry Skotnicówny, Lida i Marzena, o której wiersze pisał Julian Przyboś. Skotnicówny zginęły na cieszącej się złą sławą Zamarłej Turni. O tym wypadku słyszeli nawet rodzice Haliny. "Haluniu, tylko nie idź na Zamarłą" - proszą ją. Oczywiście właśnie tam Halina chce pójść najbardziej. I idzie - 17 sierpnia 1960 roku z Danutą Topczewską. Wychodzą rano ze schroniska, nikomu nie zdradzając, gdzie i po co się wybierają. O ścianie mówi się, że to fatalna droga dla kobiet, przeklęta. Halina i Danka ją "robią" i wracają uśmiechnięte do schroniska. 

Po tym wyczynie Halina ugruntowuje swoją pozycję najlepszej polskiej taterniczki. Ma jednak apetyt na więcej. Wkrótce spotyka drugą taką "łakomą na góry" - Wandę Błaszkiewicz (później Rutkiewicz). Pierwszy raz zaczynają wspólną wspinaczkę w Alpach, jadą do Chamonix na obóz w 1967 roku. Wiele je dzieli. Halina jest oszczędna w słowach, potrafi siarczyście zakląć, ale jest szczera, otwarta na ludzi, chętna do pomocy. Wspina się, bo lubi. 

Wanda jest mistrzynią PR, potrafi manipulować ludźmi, stawia na siebie i w górach pragnie przede wszystkim spektakularnych sukcesów. Zachowuje się jak dama - gdy Halina klnie, Wanda zatyka uszy. Wszyscy, którzy mieli okazję obserwować je razem, zgadzają się co do jednego: nie przepadają za sobą. Ale łączy je ogromny talent, odwaga w górach, doświadczenie i chęć zdobywania szczytów w zespole kobiecym. Głośno marzą o Himalajach. "Ciekawe, kto będzie wam tam nosił plecaki" - próbują je zgasić koledzy. 

W Himalajach i Karakorum nie ma jeszcze Europejek. Żadna nie przekroczyła magicznej wysokości 8000 metrów. Zanim jednak dotrą tak wysoko, odniosą jeszcze jeden spektakularny sukces. W 1968 roku obie jadą na wyprawę do Norwegii, organizowaną przez Andrzeja Paulo i Andrzeja Mroza. Paulo i Mróz mieli początkowo ochotę zaprosić na wyprawę kogoś innego - przede wszystkim mężczyzn, bo do dwójki kobiecej nie mają przekonania. Ale po Marcu ’68 część wspinaczy nie może dostać paszportu. Halina i Wanda wskakują na ich miejsca. 

Norwegia jest ciekawa, bo właśnie tam, a nie w Alpach, można znaleźć najwyższe ściany wspinaczkowe w Europie. Halina i Wanda postanawiają zaatakować wschodni Filar Trolli - mierzące ponad półtora kilometra urwisko. To w Norwegii sensacja: o Polkach piszą w gazetach. Ba, na dole, przy szosie, z której widać ścianę, przedsiębiorczy Norweg ustawia lunetę i pobiera opłaty za kilka minut podglądania Polek. Idą trzy dni, biwakują na skale zziębnięte, obolałe. Ich przejście zostaje okrzyknięte największym wyczynem w historii kobiecego alpinizmu.


Dowiedz się więcej na temat: himalaistka | śmierć himalaistów | kobieta | góry

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje