Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wakacje 1939 nad Bałtykiem

Co się tyczy Bałtyku, to jestem zdania, że posiada on urok, którego nie ma ani patetyczny Atlantyk, ani koronkowy i nieco przestarzały Adriatyk, ani też aroganckie i zgryźliwe Morze Północne - pisał o naszym morzu Stanisław Dygat. Aleksander Żabczyński, przystojny gwiazdor polskiego kina, powiadał: "Po co mi obce bogi, Skoro Gdynię mam u nogi" - pisze Anna Lisiecka w książce "Wakacje 1939". Jak wypoczywała ówczesna elita?

Fragment pochodzi z książki Anny Lisieckiej "Wakacje 1939":

Reklama

Dygat znał dobrze Gdańsk, Sopot, a także Gdynię i wszystkie letniskowe miejscowości położone wzdłuż króciutkiego, bo liczącego zaledwie (wraz z Zatoką Pucką) 140 kilometrów polskiego wybrzeża. Nad Bałtyk jeździł od wczesnego dzieciństwa z rodzicami. Latem roku 1939 był mężczyzną niespełna 25-letnim, miał rozpoczęte studia na kilku wydziałach różnych warszawskich uczelni, a za sobą ubiegłoroczny debiut literacki na łamach prasy i już kręcił się wokół środowiska filmowego.

Bałtyckie oczarowania Polaków

Perłą w koronie bałtyckich kurortów był Sopot, który na mocy traktatu wersalskiego przynależał do Wolnego Miasta Gdańska.

Zwykle oblegany, tętniący życiem i oferujący ekskluzywne rozrywki - tym razem w sezonie letnim nie przeżywał najazdu turystów, nie było tłumów. Bo tego lata wakacyjny klimat w kurorcie zakłócały złowróżbne znaki. Flagi ze swastyką na ulicach i bojówki skutecznie odstraszały przed wysiadaniem w Gdańsku lub Sopocie jadących slipingami lub mknących lukstorpedą do Gdyni i dalej na Hel. Latem 1939 roku - wedle danych Muzeum Historii Polski - do Sopotu zawitało zaledwie 2 tysiące gości!

A kilkanaście lat wcześniej mały Staś Dygat właśnie tu po raz pierwszy ujrzał morze. W Sopotach, jak wówczas mówiono. To musiał być rok "zaślubin z morzem" - 1920.

"Mogłem mieć wtedy pięć albo sześć lat. Byłem oszołomiony i zachwycony tą żywą ogromną masą wodną, ale nie podobali mi się Niemcy. Na plaży studenci niemieccy (...) zabawiali się ciskaniem w siebie meduzami, które rozdzierali na pół (...). Dzieci niemieckie przeszkadzały nam się bawić (...). Pewnego razu jakiś chłopak uderzył mnie sznurkiem od gwizdka w twarz, a moją siostrę zepchnęli z mola do wody. Innym razem jakiś wyrostek złapał mnie i nakrył plażowym koszem, a potem sypał na mnie garściami piasku".

Mimo przykrych incydentów zachwyt nad tą ogromną masą wody pozostał niezmącony i Dygat także jako dorosły dżentelmen bardzo lubił wypoczywać nad Bałtykiem. Bardzo lubił też Sopot. Uważał zresztą, że ludzie zasadniczo dzielą się na "morskich" i "górskich" - większa skłonność do jednego z żywiołów wiąże się z typem usposobienia. Można ten typ rozpoznać już po paru chwilach błahej nawet rozmowy. "Morscy" - twierdził - są pełni fantazji, choć trochę roztrzepani i trochę marzyciele. "Górscy" zaś - bardziej skupieni i pedantyczni. Siebie zdecydowanie zaliczał do "morskich". W 1935 wypoczywał w Orłowie, ale wieczorami wraz z przyjacielem pływali do Sopotów kajakiem.

Jego nieco starsza koleżanka po piórze - Maria Kuncewiczowa - jako dziecko jeździła z rodzicami do Połągi na Litwie. Wtedy była jeszcze Marysią Szymańską. Dygat urodził się za późno, by móc korzystać z uroków tego litewskiego kurortu, po roku 1920 niedostępnego dla Polaków. Przez 18 lat - od zajęcia Wilna przez generał Żeligowskiego w październiku 1920 do marca 1938 roku, kiedy oba kraje nawiązały normalne stosunki dyplomatyczne - pomiędzy Polską a Litwą nie było nawet połączeń telefonicznych ani poczty.

Do Sopotów przyjeżdżała Kuncewiczowa jeszcze przed Wielką Wojną. "Die Kaschuben" okazali się zrozumialsi niż połążańskie baby, mówiące po litewsku. W czasie pieszych wędrówek odkrywaliśmy po kościołach stare modlitewniki, pisane szlachetną polszczyzną - wspominała na łamach letnich "Wiadomości Literackich" w 1939 roku.(...)

Kasyno w Sopotach, jak w trzy lata potem kasyno w Montreux, stało się symbolem światowego życia. Pamiętam wielką fontannę, która w noce festynów paliła się różnokolorowym, bengalskim ogniem. Była to widocznie nowość, wszyscy zachwycali się barwistym wodotryskiem (...). Noc, okna pełne światła, otwarte wokoło, i nieprzeliczone tłumy w kasynowym czworoboku".

Sopot, administracyjnie należący do Wolnego Miasta Gdańska, dla Polaków był taką samą "zagranicą", jak i dla Niemców, ale jednak Niemcy stanowili większość mieszkańców. Z drugiej strony międzywojenny rozwój zawdzięczał Sopot przynajmniej w połowie Polakom, gdyż oni stanowili połowę ogromnej rzeszy gości napływających do tej nadbałtyckiej perełki. A snobizm na ten kurort - z jego kasynem, kortami tenisowymi, maneżem, turniejami tenisowymi i zawodami hippicznymi - nie minął wśród polskich elit i plutokracji nawet po Hallera zaślubinach z morzem i budowie polskich miejscowości wypoczynkowych na krótkim odcinku suwerennie ojczystego wybrzeża. Trudno się dziwić. Na imprezy nazwane "tygodniem sportu", ale i w innych sezonach do Sopotu przyjeżdżały koronowane głowy i książęta krwi.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje