Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wady Kazimierza Kutza? Za krótko żył

Po sto razy pytał: "Jadłeś dziś? Głodny nie jesteś? A łóżko kupiłeś?". O Kazimierzu Kutzu opowiada jego syn Tymoteusz.

Tymoteusz Kutz

Najmłodszy syn Kazimierza Kutza i Iwony Świętochowskiej-Kutz. Rocznik 1991. Absolwent krakowskiej Szkoły Aktorskiej SPOT. Dyplom zrobił też z psychologii reklamy w warszawskiej SWPS. Mieszka w Krakowie. Pracuje jako drugi reżyser w TVN.  

Reklama

Monika Stukonis, magazyn PANI: Pana ojciec Kazimierz Kutz był zakochany w Śląsku. Tam się urodził w śląskiej twardej rodzinie, gdzie mężczyźni ginęli w kopalniach, a kobiety ciężko pracowały i często same wychowywały dzieci. Ma pan gdzieś sentyment do tego śląskiego etosu, do tych hałd węgla, sterczących kopalnianych szybów? 

Tymoteusz Kutz: Ja już urodziłem się w Warszawie, po przeprowadzce rodziców z Katowic do Wilanowa. Babcię Anastazję, mamę Kazia, pamiętam słabo, bo zmarła, gdy miałem 7 lat. Jedyne, co pojawia się w moich wspomnieniach, to babcia przykuta do łóżka w mieszkaniu w Tychach, mocno już schorowana. Odwiedzaliśmy ją często w drodze do naszego domu w Prusowie w Beskidzie Żywieckim. Z tego, co wiem, ojciec kupił ten dom tuż po narodzinach Gabriela, mojego przyrodniego brata. Kupił go, by scalać całą rodzinę, spędzać tam czas, ale też kupił go dla swojej mamy, którą cały czas wielbił i szanował. Zawsze powtarzał: "Cały jestem z mamy". W Prusowie zasadził dla niej nawet drzewo. Piękny rozłożysty modrzew, patrzę na niego i przypomina mi się, że to dla niej... 

A ten Śląsk ważny jest dla pana czy już abstrakcyjny, obserwowany z oddali? 

- Trudne pytanie. Ja tak naprawdę Śląsk znam tylko z filmów ojca. Kiedy został politykiem, czasem zabierał mnie na Śląsk i pokazywał mi biedę i rozpacz tego regionu. Co chwilę ktoś podchodził: "Panie Kutz, jo bych chciał pana poprosić...". I wysłuchiwał setek, tysięcy problemów i załatwiał, co mógł: opał, pieniądze, mieszkania, pracę. 

- Wyszedł z biedy, z prostej, robotniczej rodziny i jakby chciał przez lata spłacić jakiś dług, że mu się udało, że tyle osiągnął. Jego Śląsk był lepki, smutny, z chudymi mężczyznami zniszczonymi od pracy w kopalniach i ławkami pełnymi wielkich, otyłych kobiet od kaszy i klusek, jak czasem opowiadał. Kazik tę śląskość nosił pod sercem. Ja raczej mam ją w podejściu do życia. 

- To Kazik zaszczepił mi tę śląską pracowitość: "Jak masz coś robić, to rób do końca, choćbyś miał nad tym siedzieć 15 godzin. Robić swoje, nie oglądać się na innych". To mi powtarzał całe życie. I jeszcze jedno. Zawsze warto iść pod prąd i walczyć o swoje.

- Przeprowadziłem się do Krakowa i ten Śląsk mnie tutaj dogonił. Proszę spojrzeć za okno, mamy tu jego kawałek: brudne bloczki przypominające familoki, dwie huty, kilka kominów. Pamiętam, jak rok temu tata przyjechał do mnie do Krakowa. Cieszył się, że z moją narzeczoną skończyliśmy remont świeżo kupionego małego mieszkania. Chodził po nim wyraźnie uradowany, spojrzał za okno i powiedział: "Pięknie to wszystko zrobiliście, nawet kominy macie, ale te krzesła na tarasie - ch...we". 

Babcia ojca, Anna, mówiła: "Błądzić można, ale ześwinić się nigdy". To było motto taty? 

- Trzymał się zasady, że każdy popełnia błędy, ma do nich prawo, jednak kilka wartości jest bezdyskusyjnych. Trzeba zawsze mówić prawdę, nie krzywdzić innych. Dążyć do celu, ale nigdy kosztem innych. Często powtarzał te słowa z domu rodzinnego: "Popełniajcie błędy, ale nie ześwińcie się". 

Ślązacy są pracowici, zawzięci, ostrzy. Stosują bardzo proste metody wychowawcze: pas i posłuszeństwo. Ale pana tata był ulubieńcem babci i mamy. Kazik był ten śliczny, grzeczny i zdolny. Ponoć z tego powodu stosowano wobec niego taryfę ulgową. 

- Swoją babkę podziwiał, że sama wychowała szóstkę dzieci, po tym jak dziadek zginął w kopalni. Ale dla Kazika najważniejszą kobietą była matka. Imponowała mu, że jest tak pracowita, że dała mu się kształcić, że pozwalała czytać książki. Tworzyli ze sobą przez całe życie nierozerwalny układ. Kochał ją bezgranicznie, całe życie pisał do niej listy, w których opisywał w szczegółach każdy dzień. Matka rewanżowała mu się opowieściami z domu. 

Jak zareagowała na to, że jej ukochany Kazik idzie do łódzkiej szkoły filmowej? 

- Wspierała go od gimnazjum, stawiała na wiedzę i wykształcenie. Mówiła: "Czytaj książki, rozwijaj się". Ale gdy po maturze przestraszył się egzaminów na polonistykę i wybrał filmówkę, powiedziała twardo: "Rób, co chcesz, co ci serce podpowiada, jak się nie uda, to wrócisz na gruba" (gruba to po śląsku kopalnia - red.). A to było dla niego największe przekleństwo. Nie chciał już wracać do biedy, familoków. 

- Uczył się w tej filmówce po 18 godzin na dobę, oglądał filmy, próbował zrobić wszystko, by pozbyć się śląskiej gwary, której trochę się wstydził. Gdy jego koledzy bawili się, on zakuwał, bo widział, że odstaje. Koledzy odbierali z domu paczki, w których były konserwy i czekolada. On dostawał od matki kilogram łoju, smalec i warkocz czosnku. Chował to, bo wstydził się powiedzieć, że jest z nizin. Ale gdy kończyli studia, tylko Kazikowi i Kubie Morgensternowi zaproponowano asystenturę. Dostali wspólny pokój. Jak opisuje Aleksandra Klich w biografii ojca "Cały ten Kutz", w pokoju lało się na głowę, więc dziurę w dachu zasłaniali obrazem Andrzeja Wajdy. (śmiech) 

W szkole filmowej szybko zyskał przydomek Bezczelny, zarozumiały kurdupel. To z powodu niskiego wzrostu i niewyparzonej gęby? 

- Ambicja gnała go do przodu. On odstawał od swojej rodziny. Był zdeterminowany, by wyrwać się z tego Śląska, i walczył. Szybko został asystentem Andrzeja Wajdy przy "Pokoleniu", potem jako jeden z trzech reżyserów pracował przy "Kanale" Wajdy. Mówił: "1/3 nakręcił Kuba Morgenstern, 1/3 Wajda i 1/3 ja". Ojciec kręcił sceny batalistyczne, bo jak mówił, Andrzej Wajda zawsze się bał wybuchów. Wtedy w filmach używano prawdziwej amunicji i granatów. Niefortunnie jakiś granat odpalił tak blisko Kazia, że tata stracił nieomal słuch w jednym uchu. Do końca życia nie słyszał najlepiej. Na planie doszło do nieporozumień, Wajda obiecywał tacie, że "Kanał" będzie jego zaliczeniem studiów. Ale coś poszło nie tak. Dyplomu nie zrobił. 

Miał żal do Wajdy? 

- Może miał, ale nigdy o tym nie mówił wprost. Nie nosił zadry do nikogo. Szybko rozgrzeszał. Słynął z tego, że ostrym językiem wyraża poglądy o świecie i ludziach. Jego "ku..." i "ch..." latały w powietrzu, ale były poetyckie. Chyba wszyscy szybko przyzwyczaili się do tego, że ojciec ma taki styl. 

- Pamiętam, jak w Wilanowie w naszym mieszkaniu zapraszałem kolegów. Kiedy przekraczali próg naszego domu i słyszeli ojca w akcji, wzdychali tylko: "Ale ty masz fajnie", a dla mnie to była normalność, że ojciec klnie na potęgę. W naszym domu bywała Krystyna Janda, Morgensternowie - przyjaźnili się z Kubą Morgensternem do śmierci - Olo Łukaszewicz, Zbyszek Zamachowski, Daniel Olbrychski. Śmiechy, żarty i kwiecisty język ojca słychać było w całym Wilanowie, a potem w Kaniach pod Warszawą. 

- Ale jak ktoś przyjeżdżał po poradę, zwierzyć się z problemów, Kazik zamykał drzwi. Tajemnice dorosłych były dla nas nie do odgadnięcia. Przez nasz otwarty dom przewinęło się mnóstwo ludzi. Muszę pani powiedzieć, że wciąż żałuję, że urodziłem się tak późno. Że mnóstwo rzeczy mnie ominęło... Żal. 

Jaką miał pan relację z ojcem? Mówił pan do niego Kazik, a dzieliły was 62 lata. 

- Byliśmy zawsze bardzo blisko. Nauczył mnie wstawania o 4-5 rano, celebrowaliśmy wspólne śniadania, gadaliśmy o wszystkim. Kazik świetnie gotował. Nie dopuszczał mnie do kuchni. Chciałem zrobić jajecznicę, a on mówił: "Ja ci zrobię". I jaka to była jajecznica!!! O 7 rano już zaczynał przygotowywać obiad dla wszystkich: kluski śląskie, te jego genialne sosy, zrazy, spaghetti bolognese

- Krótko przed jego śmiercią zrobiłem swoje pierwsze kluski śląskie. Spróbował, ale nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił złośliwości. Że nie tak dobre jak jego. (śmiech) Jak dorosłem, umawialiśmy się na nasze godzinki - wieczorki. Sączyliśmy jego ukochane wino primitivo i ojciec opowiadał mi o swoim dzieciństwie, filmówce, całym życiu, nie przebierając często w słowach. (śmiech) Jak mówił, siarczyście kląć nauczyła go Kalina Jędrusik. 

Czy różnica wieku między panem a ojcem była kiedykolwiek problemem? Ojciec na spacerach wyglądał na dziadka... 

- Tak, i okropnie mnie to denerwowało, gdy w piaskownicy albo u lekarza nazywano go dziadkiem, a mnie wnuczkiem. Natychmiast prostowałem, że to mój tata. To było dla mnie trudne i bolesne. Rozmawialiśmy o tym często. Kiedyś wziął mnie do siebie, nie pamiętam, jakich użył słów, ale brzmiało to jak słowa przeprosin, że wszystko wyszło za późno. 

Z pana siostrami Wiktorią i Kamilą też miał takie wieczorne godzinki? 

- Nigdy ich o to nie pytałem. Każdy z nas miał z nim bardzo bliską relację, każdy nieco inną. Nikt poza mną nie zajął się filmem. Nasz najstarszy brat przyrodni Gabriel pracuje w branży IT, Wiktoria jest psychologiem klinicznym, Kamila mieszka w Berlinie, jest biologiem molekularnym, obecnie kończy doktorat, ja pracuję jako drugi reżyser w TVN-ie w Krakowie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje