Przejdź na stronę główną Interia.pl

W domu nic się nie zmieniło

Gdybym miała 30 lat mniej... Miałabym 30 lat. O Jezu, jaki to był superwiek! Chciałabym wrócić do tego momentu i przeżyć dokładnie to samo raz jeszcze.

Główna cecha pani charakteru...

Reklama

Krystyna Janda: - Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Świat jest dużo bardziej skomplikowany niż kwestionariusz Prousta. W każdym razie mój taki jest. Chcę być uczciwa, dlatego postaram się odpowiadać serio. Wydaje mi się, że jestem dość otwartym, prawdziwym człowiekiem. W życiu prywatnym niczego nie udaję ani nie staram się być bardzo oryginalna. Wystarczy mi przyjemna, bezpieczna równowaga i codzienność. Resztę rezerwuję na scenę.

Cechy, których szukam u kobiet...

- Dlaczego tylko u kobiet? Chyba u człowieka, płeć nie ma tutaj znaczenia. Będę nudna, szukam prostoty. W miarę upływających lat coraz gorzej znoszę udawanie, fałsz, pozory, pretensjonalność, nadawanie znaczeń zdarzeniom, które na to nie zasługują. Ale mam też w wieku 60 lat, po życiu, jakie przeżyłam, rzeczach, które widziałam, i ludziach, których poznałam, możliwość porównania i powkładania tego, co mnie spotyka, na odpowiednie półki. Wydaje mi się, że ludzie nie wiedzą, co jest bardziej, a co mniej ważne , co warte wysiłku, a na co szkoda czasu. Niestety, mam wrażenie, że są coraz bardziej powierzchowni i mniej prawdziwi. Nie tylko młodzi. Długo nie chcą uwierzyć w to, kim naprawdę są. Najpierw uważają, czasem bezpodstawnie, że są kimś lepszym albo mądrzejszym, a więc zasługują na wyjątkowy los, choć nic nie robią w tym kierunku, żeby dać mu szansę. Potem długo wierzą albo udają, że wierzą, że jeszcze zdarzy się coś niezwykłego. To okropnie męczące dla otoczenia. Z drugiej strony, żal mi wielu osób, bo naprawdę zasługują na coś więcej, niż im zaproponowało życie, ale sami nie potrafi ą po to sięgnąć. 

Najbardziej u przyjaciół cenię...

- Otwartość, szczerość, ale także wyobraźnię, wspaniałomyślność, talent. Mam takich przyjaciół. Niekiedy nawet ich powstrzymuję, żeby nie mówili mi prawdy (śmiech). No, ale to są starzy znajomi i przyjaciele. Przyjaźń cementują wspólne przeżycia, to, że ktoś pamięta nas sprzed lat, znał tych samych ludzi co my, choć ich już nie ma. W takich długoletnich relacjach można sobie na wiele pozwolić i dużo wybaczyć. Od nowych osób oczekujemy czegoś nadzwyczajnego, nie dajemy im prawie żadnego marginesu tolerancji. Ale ja mam też wielu nowych, młodych przyjaciół. To są ludzie wykształceni, czasem wiedzą, umieją, rozumieją więcej niż ja. Bez nich nie dałabym rady prowadzić dwóch teatrów.

Nigdy nie wybaczyłabym...

- Braku lojalności. Absolutnie tego nie toleruję. Szczególnie że czasy w tym sensie bardzo się zmieniły. W moich było bardziej wiadomo, kto jest kto. Byli Oni i My, to po pierwsze, i nie ufało się tak szybko byle komu. I istniało coś takiego jak ostracyzm. Jeżeli ktoś zachował się nie w porządku, to się go unikało, lekceważyło. Dzisiaj jest różnie. Najgorszy łajdak, jeśli tylko zajmuje odpowiednio wysoką pozycję, ma się świetnie. Ludzie nie są karani przez otoczenie, środowisko. Przeciwnie. Szuje są wynagradzane, uczciwi porzucani. Mam wrażenie, że wszystko się jakoś pomieszało. A kiedyś list polecający miał znaczenie.

Błąd, który lubię popełniać...

- W ogóle lubię popełniać błędy. Uważam, że błąd jest także jednym z podstawowych elementów sztuki, tworzenia. Kompozycja z błędami zostaje w pamięci. Błędy w życiu? Jestem nadmiernie emocjonalna, na szczęście nie histeryczna. Mam to po ojcu. Był cholerykiem. Wyrzucam z siebie zbyt szybko za dużo słów i za dosadnie nazywam rzeczy. Tego oczywiście nie lubię. Potem żałuję, kogoś przepraszam, z nerwów nie mogę spać. Ale też z drugiej strony można u mnie liczyć na wielką empatię. Często stawiam się w sytuacji innych osób, dostrzegam problemy, nawet jeśli ktoś je ukrywa. Jak ładnie o mnie powiedział kiedyś pan Marek Piwowski: "Pani bardzo zyskuje przy bliższym poznaniu". Ostatnio przyszedł do mnie aktor, który mnie nie znał, ale ktoś mu poradził, że musi iść do Kryśki. Usiadł na kanapie w moim gabinecie i opowiedział mi połowę swojego życia. Nie mówię ludziom, jak powinni żyć. Ale często umiem spojrzeć na sprawy zwyczajnie i optymistycznie. Daję też numer telefonu do odpowiedniego człowieka - specjalisty, psychologa, lekarza.

Ulubione zajęcie...

- Myślenie. To najprzyjemniejszy moment. Uwielbiam nic nie robić, siedzieć albo leżeć i myśleć. Najbardziej nad rolami. Zastanawiam się, jak postać powinna zachować się w konkretnej sytuacji, żeby wywołać poruszenie zarówno u partnerów na scenie, jak i u widzów. O naprawdę wielkich sprawach tego świata nie myślę, bo mnie wtedy boli głowa, a ja muszę załatwiać wiele rzeczy. Czasem taka właśnie sprawa rozerwie mi mózg jak błyskawica - na szczęście to mija i mogę na nowo zająć się "małą ojczyzną".

Często śni mi się...

- Biesłan. Do dziś nie mogę zapomnieć transmisji z oblężonej szkoły. To jedno z moich najbardziej traumatycznych przeżyć. Nie potrafię także patrzeć obojętnie na nieszczęścia dzieci. Kiedyś byłam związana z Komitetem Ochrony Praw Dziecka, zdarzyło mi się widzieć maluchy porzucone przez matki, wykorzystane, okaleczone. Nie byłam w stanie się pozbierać, dlatego w końcu przestałam przychodzić do komitetu i zajęłam się gromadzeniem dla nich pieniędzy. Ze swoimi tragediami, nawet największymi, radzę sobie dużo lepiej.

Ukochane miejsce...

- Milanówek. Mój dom.

Ostatnio przyjemność sprawiło mi...

- Granie. To bardzo skomplikowana miłość, na szczęście odwzajemniona. Próby lubię tak jak randki. Na pięć minut przed wyjściem na scenę pojawia się niechęć, a niekiedy nawet nienawiść, poczucie znużenia i krzywdy. Cierpię, bo wiem, że czeka mnie dwugodzinny wysiłek emocjonalny. Wtedy najchętniej bym uciekła. Ale wchodzę na scenę i zaczyna się przyjemność. Każdy spektakl jest dla mnie przeżyciem tak silnym jak dla innego człowieka ślub czy rozwód. To emocje podobne pewnie do tych, które chirurg odczuwa przy operacji, tyle że ja operuję na moich nerwach i uczuciach. I gram około trzystu spektakli rocznie. Rozumiem, dlaczego ten zawód nazywa się nierzadko prostytucją. Nieustannie narusza się w sobie granice, których nie powinno się przekraczać, a niektórzy robią to tylko dla pieniędzy. Ja na szczęście często o tym zapominam.

Ostatnio zachwyciło mnie...

- Spektakl "Parady" Jana Potockiego w Teatrze Polskim w reżyserii Edwarda Wojtaszka. I film "Miłość" Michaela Hanekego. Ale generalnie wszystko mnie zachwyca, bo wydaje mi się, że zaraz umrę.

Jak chciałabym umrzeć...

- Szybko, żeby nie bolało. I żebym nie zdążyła się zastanowić, pomyśleć.

U bram raju chciałabym usłyszeć od Boga...

- Że wszyscy tam na mnie czekają. Kiedyś Krzysztof Kieślowski powiedział: "Liczę na to, że Bóg będzie tam, gdzie pójdę. Choć myślę, że śpi i trzeba Go będzie obudzić".

Komplement, na który zawsze się nabiorę...

- Że na kimś zrobił wrażenie spektakl, w którym gram.

Kim chciałabym być, gdybym nie była tym, kim jestem...

- Nie mam pojęcia. Nie chce mi się o tym myśleć. W grudniu skończę 60 lat. Po co mam się nad tym zastanawiać?

Obsesyjny lęk wzbudza we mnie...

- Oj! Boję się wielu rzeczy! Nieszczęśliwego wypadku, choroby, że ktoś mnie zawiedzie, że zdarzy się coś przerażającego, na co nie będę miała wpływu. To lęk przed nieznanym. Że jestem tylko marnym człowieczkiem i nie sprostam przeciwnościom, gdyby mnie nimi los doświadczył...

Kłamię...

- Bardzo często, żeby nie robić przykrości. Uważam, że kultura od natury różni się tym, że nie do końca należy być szczerym. Najczęściej kłamię sprowokowana, sama się nie wychylam. W moich kłamstwach są, mam wrażenie, jakieś pozytywne elementy. I chyba nie robię tego po to, żebym to ja miała z tego korzyść, tylko inni. 

Słowa, których nadużywam...

- Wszystkich. Kilka lat temu przysięgłam sobie, że nie będę przeklinać, ale często nie jestem w stanie się powstrzymać. To przynosi ulgę.

Mój największy sukces...

- To, że mam troje dzieci przy tak intensywnym życiu.

Wciąż nie udało mi się...

- Być rozsądną. Kompletnie nie szanuję swojego zdrowia. Powinnam trochę przystopować, dbać o siebie. A ja wciąż liczę wszystko na zamiary. Obiecuję coś i wywiązuję się z tego resztkami sił.

Kiedy budzę się w nocy, to...

- Nie staram się na siłę zasypiać, przeciwnie - cieszę się, że mogę wreszcie spokojnie coś zrobić. Budzę się bardzo często. Czytam, piszę, przy łóżku mam komputer. To chwile dla mnie. Uwielbiam noc, bo czas zwalnia i tajemnica dochodzi do głosu.

Ostatnio płakałam...

- Co wieczór w teatrze. Przesadzam, ale jednak zdarza mi się wzruszyć, kiedy gram albo oglądam film lub przedstawienie. Po premierze "Danuty W." w Gdańsku pisano, że zapomniałam tekstu. To nie do końca prawda. Kiedy zaczęłam wymieniać dzieci i ich daty urodzin, tak się wzruszyłam, że poczułam, że muszę na moment "uciec". Uratował mnie pan prezydent Wałęsa dopowiedzeniem z sali i brawa publiczności, zdążyłam się pozbierać i zaczęłam jeszcze raz.

Zapach, smak, który kojarzy się z dzieciństwem...

- Wanilia. Kiedyś grałam w Niemczech, niemieckie aktorki, z którymi pracowałam, pachniały perfumami o zapachu budyniu waniliowego czy szarlotki. Bardzo mi się to podobało. Udało mi się kupić te perfumy, potem długo ich używałam.

Ulubieni bohaterowie literaccy...

- Wielu. Ale chyba bohaterowie "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta, szczególnie z pierwszej części. Odeta, księżna de Guermantes. Podoba mi się ten rodzaj skomplikowania, sposób myślenia, zajmowanie się szczegółami, które pozornie nie mają wpływu na życie. Uwielbiam ludzi potrafiących skupić się na chwili, którą przeżywają.

Dowiedz się więcej na temat: Krystyna Janda

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje