Przejdź na stronę główną Interia.pl

Urszula Dudziak: Wiem, jestem wam teraz potrzebna

Można ją pytać o wszystko. Miłość, seks, radość, ale też o stratę i przemijanie. I można wierzyć w to, co mówi, bo Urszula Dudziak wszystkie odpowiedzi sprawdziła na własnej skórze.

PANI: Wszystko, co robisz, wzbudza emocje. Koncerty wyprzedane, książki stają się bestsellerami, pod filmami na twoim kanale na YouTubie są setki komentarzy... Niektóre brzmią po prostu: "Kocham panią, pani Urszulo". Jak ty to robisz?

Reklama

Urszula Dudziak: - Kocham ludzi i oni to czują. Chciałabym wszystkim przychylić nieba. Czuję, że ludzie lubią, jak do nich mówię. Podobno niektórzy na koncertach nie mogą się doczekać, kiedy przestanę śpiewać i zacznę opowiadać. Moje projekty są jak moje dzieci. Miałabym jakieś uznać za brzydkie i mniej istotne? Albo człowiek się podpisuje pod tym, co robi, albo nie. Pamiętam, jak podczas koncertu z Bobbym McFerrinem, którego zresztą ubóstwiam, ktoś z publiczności zawołał: "Don’t worry, be happy". Pewnie liczył, że zaśpiewa tę piosenkę. A Bobby się oburzył, zrobił karcącą minę. Nie mogłam zrozumieć dlaczego. Przecież ten zachwyt publiczności napędza artystę. Energia krąży, następuje wymiana. Twórczość nie lubi stagnacji.

Wydajesz się przeciwieństwem stagnacji, emanujesz energią, zadowoleniem, radością. Skąd je czerpiesz?

- Dobrze myślę. Od tego wszystko się zaczyna. I trzeba tych myśli pilnować. Nie dajmy się skusić ciemnej stronie naszego charakteru. Bo przecież każdy z nas taką ma. Ufam ludziom. Chociaż przejechałam się kilka razy, ale nie zamierzam zmienić swojego nastawienia. Z ufnością jest mi dobrze. Chciałabym też, żebyśmy zmienili stosunek do starzenia się, które jest uważane za chorobę. Do tego taką, której trzeba się wstydzić. A tymczasem menopauza to moment, od którego życie zaczyna się na nowo.

Seksuolog Zbigniew Izdebski twierdzi, że w Polsce wiele kobiet po pięćdziesiątce udaje się na, jak on to nazywa, "seksualną emeryturę". Przestają uważać, że coś im się od życia należy. Jesteś dowodem, że to nieprawda.

- Stereotypowe wyobrażenie o kobietach po menopauzie jest krzywdzące i nieprawdziwe. To fantastyczny czas, doskonały na świadome, piękne przeżywanie. Jesteśmy wolne od zobowiązań, mamy odchowane dzieci, mąż w piachu. (śmiech) Możemy wszystko: robić striptiz, kiedy mamy ochotę, rozkwitnąć na nowo, zmienić swoje życie! Ja i mój partner Bogdan jesteśmy przykładem na to, że bez względu na wiek można mieć satysfakcjonujący seks, który jest dopełnieniem wyjątkowo udanego związku.

Rzadko znane osoby mówią o sobie tak otwarcie i szczerze.

Nauczyłam się tego. Dlaczego ludzie tego nie robią? Są strachliwi, niepewni siebie i mają zły nawyk myślenia: "Co sobie inni pomyślą?", i w konsekwencji "To nie wypada". A kto powiedział, że czegoś nie wypada? I dlaczego? Walczmy o to, żebyśmy nie byli niewolnicami i niewolnikami stereotypów. Ograniczenia sprawiają, że nie możemy poznać siebie i się dowiedzieć, czego tak naprawdę potrzebujemy.

Wydaje się nam, że nasze lęki i niepokoje to my...

- ...a ja powtarzam, że wcale nie. Każdy z nas był kiedyś kilkuletnią osobą, którą się wszyscy zachwycali, niczym nieobciążoną, pełną nieograniczonych możliwości. Tamte osoby to też my. Wszystko, co zdarza się po drodze, potrafi nas skłonić do pesymizmu, nauczyć niewiary w siebie. Ale każdy może to zmienić. To tylko kwestia decyzji i ćwiczenia. Optymizmu i otwartości można się nauczyć jak obcego języka.

Czesław Miłosz w swoim "Zniewolonym umyśle" umieścił motto, które brzmiało mniej więcej tak: "Jeśli dwóch kłóci się, a jeden twierdzi, że ma 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma się co szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! Jak ma 70 procent, to już jest podejrzane, a jak wydaje mu się, że ma rację w 100 procentach, to znaczy, że gwałtownik i łajdak". Ja się z tym zgadzam. To największy dramat naszego społeczeństwa. Każdy uważa, że ma rację. I inni muszą się dostosować. To uniemożliwia jakiekolwiek porozumienie, dyskusję czy kompromis! Dlatego zawsze mówię, że wolę być szczęśliwa, niż mieć rację.

Jak to działa w codziennym życiu?

- Budujemy z Bogusiem dom na wsi. Po dziesięciu dniach wracam z trasy, a tu w garażu wielka dziura. Pytam: "Bogusiu, po co ta dziura?". Okazuje się, że tam będzie kanał. Myślę sobie: po co nam kanał, przecież samochód i tak oddajemy do warsztatu? Wiem, że mam rację, ale skoro on marzy o tym kanale, to niech go sobie ma. Najwyżej będę w nim trzymała walizki albo inne rzeczy.

Innym razem Boguś wybiera drogę, którą będziemy jechać. I wiem, że będziemy nią jechać trochę dłużej. Ale co z tego? To są nieistotne drobiazgi, które łatwo niechcący rozdmuchać do rozmiaru problemów. Poza tym wiem, że kiedy posłucham uważnie, co ma do powiedzenia druga osoba, mogę się czegoś nauczyć.

Kiedy poznałaś Bogdana, emerytowanego kapitana żeglugi wielkiej, miałaś 69 lat, a on był 8 lat młodszy. Miłość nie zna wieku?

- Taka miłość, kiedy jesteśmy już po innych związkach, mamy ukształtowany charakter i swoje przyzwyczajenia, nie jest wcale najłatwiejsza. Do tego Boguś, kapitan żeglugi wielkiej, przywykł do bycia królem na swoim statku. A tu spotkał królową, która też lubi rządzić u siebie. I teraz trzeba było ustalić, czyje rozkazy są obowiązujące. (śmiech) Nasze początki nie były proste. On jest uparty i lubi mieć rację. A ja też potrafię być uparta. Jednak zawsze w trudnych momentach warto sobie odpowiedzieć na pytanie, czy się kochamy i czy chcemy być razem. Ja zawsze wtedy mówię:  "Wyhamujmy i spotkajmy się w pół drogi". Boguś się śmieje i odpowiada: "Jasne!". 

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje