Przejdź na stronę główną Interia.pl

Urszula: Dlaczego w domu tak się nie uśmiechasz?

- Dobrze się czułam na scenie. Ojciec zauważył, że inaczej się zachowuję, zapytał nawet: "Dlaczego w domu tak się nie uśmiechasz?". Potem została wydelegowana na festiwal w Opolu, przydzielono jej - bo tak wtedy robiono - piosenkę, która kompletnie nie była w jej stylu, przeszła bez echa. Myślała, że ze śpiewania nic nie wyjdzie, dlatego zaczęła studiować wychowanie muzyczne na uniwersytecie. Miała zostać nauczycielką, jak jej siostra.

Reklama

- Ale tak zupełnie o mnie nie zapomniano, w poznańskim studio nagrywałam piosenki z Rysiem Kniatem, który zaprosił mnie do chórku towarzyszącego wykonawcom na festiwalu w Sopocie. Kiedyś wpadł na pomysł: "Przecież Budka Suflera tak jak ty jest z Lublina, moglibyście razem zagrać, zarekomenduję cię". Umówił ją na spotkanie. Romuald Lipko zgodził się skomponować dla niej kilka utworów. Taśmę z nagraniem podpisali "Urszula", bo zapomnieli jej nazwiska - Kasprzak - i tak już zostało.

Piosenki błyskawicznie trafiły na listy przebojów, były na okrągło grane w radiu. Ale Urszula przez jakiś czas była nierozpoznawalna.


- Pamiętam, że kiedyś bawiłam się na dyskotece i w kółko puszczano "Fatamorganę", a na mnie nikt nie zwracał uwagi, bo teledysk nakręcono dopiero pół roku później. Ale w końcu popularność mnie dopadła. Fani wystawali przed domem rodziców, dziewczyny czesały się "na Urszulę", czyli krótko z przodu, długo z tyłu. A ja całe miesiące spędzałam w trasie. Mama załamywała ręce, że coraz gorzej ze studiami, przestałam chodzić na zajęcia, dziekan nawet powiedział, że powinni powiesić moje zdjęcie, bo nikt od dawna mnie nie widział na uczelni. Studiowania nie dało się pogodzić z koncertami, przeniosłam się na wydział kulturalno-oświatowy, myślałam, że będzie łatwiej, ale też musiałam zrezygnować - opowiada.

Gdy występowała z Budką, zawsze śpiewała cudze teksty: - Niektórych nie rozumiałam, były kompletnie zakręcone, nawet autorzy nie potrafili mi wytłumaczyć, o co w nich chodzi. Ale byłam posłuszna i śpiewałam, bo w zespole było jasno określone, kto za co odpowiada, nie chciałam się więc wychylać. Dopiero Staszek zachęcił mnie, żebym sama zaczęła pisać.

Chciałam mieć z nim dziecko


Stanisława Zybowskiego poznała w drugiej połowie lat 80. i zakochała się bez pamięci. Był starszy, doświadczony, po rozwodzie. Rodzice byli zaniepokojeni, a ja wiedziałam, że chcę mieć z nim dziecko, nawet jeśli nie będziemy mogli być razem. W 1987 roku urodził się Piotr, zwany w rodzinie Guciem. Zamieszkali w małym mieszkaniu wynajętym od Zbyszka Hołdysa.

- Przyszły ciężkie czasy, polska muzyka przestała się sprzedawać. Nie mieliśmy z czego żyć. Staś był bardzo zaradny i wierzył, że jakoś nam się uda. Nie zawsze się udawało, ale w końcu wychodziliśmy na prostą. Postanowili, że wyjadą do Stanów. Występowali dla Polonii, dorabiali przegrywaniem kaset, które Polonusi dostawali od rodzin z Polski.

- W Stanach żyje się łatwo, można się zasiedzieć. Wróciliśmy po pięciu latach, bez oszczędności, znów zamieszkaliśmy w wynajętym mieszkanku i zaczęliśmy pracować nad płytą - ja pisałam teksty, Staszek komponował...

- Dziecko wysłaliśmy do moich rodziców, do Lublina, żeby skoncentrować się na muzyce. Żyliśmy z tantiem, trochę pomagali nam rodzice, a jak było już naprawdę ciężko, to Staszek sprzedawał kolejną gitarę. Kiedy sytuacja się poprawiała, kupował nową. Było tych gitar naprawdę sporo. Jestem realistką, dlatego kiedy Staś obiecywał, że niedługo będziemy mieć dom, własne studio, denerwowałam się i krzyczałam, że oszalał. W końcu jednak udało się nam wydać "Białą drogę", która od razu została entuzjastycznie przyjęta. Były na niej m.in. takie hity, jak: "Na sen", "Ja płaczę", "Niebo dla ciebie".

Pracowali jak szaleni. Jedna płyta, druga, kolejna. Wreszcie było ich stać na własny dom. I wtedy Zybowski zachorował na raka. - Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest śmiertelnie chory, ale do końca mieliśmy nadzieję, że chorobę da się oszukać. Staszek jeszcze trzy miesiące przed śmiercią występował na koncercie w Sopocie. Dostaliśmy wtedy Bursztynowego Słowika za całokształt twórczości, to było dla niego bardzo ważne.

Tak się po prostu stało

\

Miała 41 lat, kiedy została wdową z czternastoletnim synem: - W czasie choroby Staszka zaprzyjaźniliśmy się z ludźmi z Hare Kriszna, dużo rozmawialiśmy. Bardzo pomogło mi myślenie, że jesteśmy jak liście na wodzie: płyniemy, czasem się stykamy, potem odpływamy w swoją stronę. Ważne, żeby docenić, że ktoś był w naszym życiu, że można było przez jakiś czas być razem - z tego trzeba się cieszyć...

Oczekiwano, że długo będzie nosić żałobę, zrozumiano by, gdyby wpadła w depresję. A ona związała się z młodszym o dwadzieścia lat Tomaszem Kujawskim, pół-Libijczykiem, który w zespole zajmował się nagłośnieniem. - Tomek podczas choroby męża i po jego śmierci bardzo mi pomógł - wspomina. - Nie planowałam tego związku, tak się po prostu stało.

Zaszła w ciążę, urodziła drugiego syna, Szymona, wyszła za mąż za jego ojca. Wywołała skandal, wielu dawnych znajomych zareagowało na zmiany w jej życiu oburzeniem. - Skandal? - zastanawia się. - Być może. Dla mnie najważniejsze było to, że mój starszy syn zaakceptował tę sytuację, i myślę, że cieszył się, bo chodzę uśmiechnięta, nie wpadłam w jakieś nałogi, a przecież i tak można radzić sobie ze smutkiem. Nie przejmuję się tym, co o mnie piszą. Znam swoją wartość. Kiedyś w podstawówce nauczyciel kazał mi wybierać: śpiewanie albo nauka. Wyszłam z klasy. Mama została wezwana do szkoły, ale ja jestem uparta. Gdy podejmuję decyzję, nic nie jest w stanie mnie od niej odwieść.

Przez dziewięć lat nie nagrała żadnej płyty, tylko czasem koncertowała. Tak naprawdę zniknęła z rynku, młodzi ludzie nie kojarzyli, kim jest Urszula. Skupiła się na rodzinie. - Dojrzałe macierzyństwo jest zupełnie inne niż to w młodości. Wtedy ciągle byłam zajęta. Kiedy urodził się Szymek, mogłam cały czas poświęcić jemu, ale chociaż Piotr nie dostał ode mnie tyle uwagi, to nasze relacje są bardzo dobre. Najlepszy dowód: nadal mieszka z nami - śmieje się Urszula.

Skończyła 53 lata i wciąż jest bardzo atrakcyjną kobietą. - Ciągle czuję się młoda, żałuję tylko, że ten czas między trzydziestką a czterdziestką tak szybko mija, to jest najlepszy okres dla kobiety. Powinien trwać dwa razy dłużej.

Stara się dbać o siebie, lubi biegać, tańczyć. Kiedyś dostała propozycję z "Tańca z gwiazdami", zastanawiała się, czy jej nie przyjąć, bo słyszała, że w trakcie treningów się chudnie, ale zrezygnowała - nie chciało się jej uczyć skomplikowanych figur.

- Bo ja w ogóle nie lubię się forsować - śmieje się. - Z wyglądem zawsze można coś zrobić, poprawić go, ale mnie bardziej zależy na dobrej kondycji. Boję się niedołężności, chciałabym jak najdłużej być na chodzie, występować na koncertach. Utrzymanie domu jest głównie na mojej głowie, jednak sądzę, że mogłabym żyć za naprawdę niewielkie pieniądze. Jestem zupełnie normalna. Nie mam wielkich potrzeb. Nie frustruję się różnicą wieku w swoim związku. Jestem szczęśliwa, może też dlatego, że nie stawiam Tomkowi nierealnych wymagań. Oczekuję miłości, lojalności. I to dostaję.

Kilka lat temu jej życie osobiste zaczęło się komplikować: - Tomek dużo pił, były też narkotyki, w końcu kazałam mu się wyprowadzić z domu - opowiada. - Ale opamiętał się, dotarło do niego, co może stracić. Wykorzystał szansę, którą ode mnie dostał. Jest świetnym ojcem, zaangażowanym, odpowiedzialnym. Jak gdzieś wyjeżdża z Szymkiem, nasi znajomi proszą: "Weź jeszcze nasze dzieci".

- Nie wybiegam myślami w przyszłość, nie mam skłonności do analizowania, co by było gdyby... Uważam, że to dość ryzykowne. Ważne, żeby nie stracić tego, co jest dziś - kończy naszą rozmowę Urszula.

Iza Komendałowicz

PANI 10/2013

Dowiedz się więcej na temat: Urszula | Budka Suflera | eony snu

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje