Przejdź na stronę główną Interia.pl

Układ damsko-męski

Razem praktykują zen, razem napisali powieść, razem spotykają się w studiu telewizyjnym. W tych relacjach nikt ze sobą nie rywalizuje. Każdy daje z siebie to, co ma najlepsze.

Uśmiech jest jej znakiem rozpoznawczym. Nie taki hollywoodzki, na pokaz. Inny, szczególny, promienny, którego siła pochodzi z wnętrza. Małgorzata Braunek jest mistrzynią zen i aktorką. Drobna, kobieca, z nieodłącznym buddyjskim różańcem w dłoni, emanuje spokojem.

Reklama

Rozmawiamy w domu położonym w starej części Wilanowa. W tyle ogrodu mieści się ośrodek buddyjski (zendō), miejsce praktyk Sanghi Kanzeon. Jedną z przychodzących tu osób jest Tomasz Jeżowski, uczeń Małgorzaty, z zawodu artysta stolarz. Uczestniczył w większości prac budowlanych. Jego dziełem jest między innymi ołtarz.

- Tomasz to prawdziwy filar naszej społeczności - zapewnia Braunek. A uczeń, słysząc to, wybucha gromkim śmiechem. - Pełnię funkcję skarbnika, więc może w tym sensie jestem filarem, bo trzymam kasę. Raczej buduję, niż podtrzymuję. Spotkali się ponad 20 lat temu w dużej grupie medytacyjnej. Głównie siedzieli w milczeniu. - Nie kojarzyłem Małgosi jako aktorki - przyznaje Tomasz.

- Nie wiedziałem, że w "Potopie" Jerzego Hoffmana to ona pochylała się nad Kmicicem, wołając: "Jędruś! Jam ran twoich całować niegodna". Dopiero niedawno wybrałem się na spektakl, w którym grała - "Personę. Ciało Simone" Krystiana Lupy. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest moją mistrzynią zawsze i wszędzie. Staram się nie oddzielać życia od praktyki, dlatego wszystko, co dostaję od nauczyciela, nawet w prywatnych sytuacjach, staje się nauką. Na tym to polega. Każdy uczeń ma z mistrzem indywidualną relację, która nieustannie się tworzy, ewoluuje. Jej intensywność zależy od gotowości i zaangażowania ucznia.

- Kiedy przed trzydziestu laty zen "przywędrował" do Polski, miał bardziej samurajski, męski charakter - opowiada Braunek, dawniej uczennica Genpo Roshiego. - Pamiętam pobudki o czwartej rano, wielogodzinne medytacje i uderzenia "kijem przebudzenia", gdy zmęczenie sprawiało, że człowiek odpływał. Dziś kij leży zamknięty w szafce.

Tomasz Jeżowski zaczynał u tego samego mistrza na początku lat 90. - Byłem wtedy zbuntowanym młodzieńcem, wszystko kontestowałem - wspomina. - Odrzucałem autorytety, które dawały mi zbyt łatwe odpowiedzi, z drugiej strony potrzebowałem przewodnika. Polska wokół też się zmieniała. Kraj przechodził transformację ustrojową i moja wewnętrzna przemiana wpisywała się w ten szerszy proces odkrywania wolności.

- Mistrz z Ameryki przyjeżdżał, by prowadzić dwa razy w roku odosobnienia. Wielu uczniów, zwłaszcza mężczyzn, widziało się w roli jego pełnomocników, ale on wybrał na swojego następcę Małgosię - opowiada Jeżowski.

- Dla niektórych w naszej społeczności to był szok. Ja nie miałem z tym problemu, ale wszyscy odczuliśmy zmianę. Współpracę z poprzednim mistrzem porównałbym do szybkiego, ostrego sprintu, z Małgorzatą to raczej długa podróż w głąb siebie. Praca w tak bardzo żeńskiej sandze, ośrodku, jaki tworzy Roshi Małgosia, daje szansę odkrywania w sobie naturalnej równowagi między aspektami kobiecymi i męskimi.

- Nie lubię być nazywana mistrzynią. To słowo narzuca postawę: "ja wiem lepiej, powiem ci, jak masz żyć" - mówi Braunek. - Nie dzielę się czymś, czego sama nie doświadczyłam. Wolę myśleć o sobie, że jestem towarzyszem w drodze. Kimś, kto oświetla szlak latarką, ale nie mówi, w którą stronę należy iść.

W praktykowanej przez Małgorzatę i Tomasza tradycji mistrza z uczniami łączy intymna "relacja serca", która właściwie nigdy się nie kończy. Trudno o niej mówić słowami, bo dotyczy głębokich wewnętrznych przeżyć. Czy zdarza się, że w te wzajemne kontakty wkradają się jakieś inne uczucia?

- Trenujemy się we właściwym rozpoznaniu naszych emocji, żeby nie doszło do chaosu - zapewnia Tomasz. - Układy całkowicie partnerskie utrudniałyby naszą praktykę. - Nie dopuszczam do sytuacji pomieszania i zamętu - uśmiecha się mistrzyni. - A hołdy i akty uwielbienia, jeśli się pojawiają, unicestwiam w zarodku. - Zdarza się, że uczeń szuka w mistrzu zastępczego rodzica - dodaje Jeżowski. Wtedy Roshi Małgorzata delikatnie uświadamia mu, że nie zamierza być jego mamą.

Niedawno nakładem ZNAK-u ukazał się wywiad rzeka z Małgorzatą Braunek "Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko". Na pytanie Artura Cieślara, czy nauczyciela duchowego należy kochać, Małgorzata odpowiada, cytując ulubione powiedzenie Genpo Roshiego: "Nauczyciela trzeba połknąć jak rybę ze wszystkimi ośćmi. Im bliżej nauczyciela, tym bardziej widzimy jego ograniczenia".

- Dla każdego te ości są czymś innym - tłumaczy. - Dla niektórych może nimi być mój powrót do pracy aktorskiej. Albo sam fakt, że jestem kobietą. Tomasz Jeżowski: - Nadchodzi moment, gdy stajemy przed mistrzem jak przed lustrem i on pyta: "Kim jesteś naprawdę?". Kiedy staję przed Roshi Małgosią, nie mam poczucia, że ona nade mną góruje. Jest niesamowicie delikatna, empatyczna, wyczulona na fałsz. Jeśli odpowiadając na pytanie, usiłuję chować się za kolejną maską, potrafi mi to uświadomić. Ma dla nas wielką miłość, w najgłębszym znaczeniu. Symbolicznego kija nie używa nie tylko dlatego, że pracuje bardziej miękkimi, kobiecymi metodami. My, jej uczniowie, także już go nie potrzebujemy. Nasza społeczność dojrzała.

------

- Musi pani koniecznie to przeczytać - Studentka wręcza Iradzie Wownenko, wykładowczyni germanistyki na Saint Petersburg State University, bestseller Janusza L. Wiśniewskiego "Samotność w Sieci". - Pochłonęłam go w jedną noc, połykając łzy. Wyraził to, co w tamtym czasie czułam - jak to jest być samotną, choć w otoczeniu bliskich. Jej małżeństwo pięć lat temu przechodzi kryzys, a ona sama pragnie zmiany w swoim życiu. Postanawia, że napisze z autorem "Samotności..." powieść. Kilka tygodni później, po spotkaniu z czytelnikami w petersburskim Domu Knigi podchodzi do Wiśniewskiego i pyta wprost, czy zgodziłby się napisać z nią książkę.

Wiśniewski zapamiętał nie tylko pytanie, ale i fakt, że kobieta, która je zadała, była piękna. - Odpowiedziałem, że muszę się zastanowić. Wtedy zaproponowała, aby omówić to w pobliskiej kawiarni w hotelu Europa. O napisaniu powieści na temat Rosji Wiśniewski marzył od dawna.

- Uważałem, że jestem to winny Rosjanom, którzy przyjęli mnie u siebie jak swojego pisarza. Gdy zjawiła się Irada, pomyślałem, że to szansa, którą zsyła mi los. Ona opisze Rosję z perspektywy żyjącej tam kobiety, a ja mężczyzny z Zachodu, przyjeżdżającego do Moskwy. Powieść właśnie ukazała się w Polsce. To historia gwałtownego uczucia, jakie łączy Annę, nieszczęśliwą w małżeństwie archiwistkę z Moskwy, i Strunę, Polaka z Berlina, niespełnionego wirtuoza i krytyka muzycznego.

- Myślę, że zderzenie kultur i odmiennych wrażliwości, kobiecej i męskiej, stanowi o sile tej książki - uważa Wiśniewski. Ważną rolę odgrywa konstrukcja powieści. Historie bohaterów to prowadzone równolegle osobne relacje Struny (z Berlina, Warszawy, Krakowa) oraz Anny (z Moskwy). Dopiero pod koniec powieści ich losy się splatają. Z jej autorami spotykam się w Warszawie. Rosjanka wchodząca do holu hotelu Victoria z miejsca przyciąga wzrok. Wysoka 39-letnia atrakcyjna blondynka z mocnym makijażem opowiada o wrażeniu, jakie zrobiło na niej odrestaurowane Stare Miasto.

- Irada w Petersburgu to licząca się postać - podkreśla Wiśniewski. Uczestniczyła m.in. w rekonstrukcji Bursztynowej Komnaty w pałacu w Carskim Siole. W 2006 roku, będąc w ciąży z drugim synem Peterem, napisała dla starszego Maxima książkę. Trzy lata później ukazała się jej pierwsza powieść dla dorosłych.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje