Przejdź na stronę główną Interia.pl

Trzeba dobiec do końca

Gdy jechał do Warszawy na studia aktorskie, do torby włożył kilka koszul, trampki i krzyż. Był mu potrzebny, bo jak mówi, show-biznes to dżungla. Adam Woronowicz do niej nie pasował. Chłopak z białostockich bloków, dla którego szczytem luksusu był rower Wigry. W szkole nadrabiał zaległości w lekturach, uczył się od Zapasiewicza i Holoubka. Były porażki, przyszły sukcesy. Ale w głowie nie szumi. Dla niego ważne jest, że wciąż umie chodzić po świecie prostymi drogami.

Twój STYL: Nie chciałbyś raz w życiu być filmowym amantem?

Reklama

Adam Woronowicz: - Amanci są nudni! źle bym się czuł w takiej roli. Prywatnie nie mam w sobie wiele z amanta.

Wchodzi nowy Pitbull. Jesteś w nim gangsterem. Ciekawiej jest grać dobrego czy złego bohatera?

- Ciekawiej jest grać człowieka złożonego. Nie ma ludzi krystalicznie dobrych i złych do szpiku kości. Dlatego może fascynować nas Dr Jekyll i Mr Hyde. Każdy z nas bywa i jednym, i drugim. Weterynarz z Czerwonego pająka, filmu, w którym grałem seryjnego mordercę, kocha zwierzęta. A Junior, którego gram w Pitbullu, biega z bejsbolem, rozwala ludziom głowy. Ale może i on ma w sobie jakiś okruch dobra?

Postać przylega do aktora. Byłeś inaczej traktowany po roli księdza Popiełuszki niż teraz, po serii złych, czarnych charakterów?

- Po Popiełuszce nikt nie rozpoznawał mnie na ulicy. Na planie musiałem dokleić włosy, włożyć sutannę, wyglądałem inaczej. Kiedyś ochroniarz nie chciał mnie wpuścić na plan. "Nie mogę. Film o Popiełuszce kręcą", powiedział i uparł się, że nie wjadę. Teraz dzięki serialowi Diagnoza jestem bardziej rozpoznawalny. Kręcimy m.in. w Rybniku. Miałem wolny dzień i wyszedłem na miasto. I mimo że doktor Jan Artman jest postacią raczej mało sympatyczną, przechodnie uśmiechali się do mnie. Zrobiłem sobie zdjęcie ze sprzedawcą pączków, ktoś zaproponował mi kawę, rozdawałem autografy. Traktowali mnie jak zasłużonego mieszkańca Rybnika. (śmiech)

Ostatnio częściej grywasz ludzi, dla których ważne są inne wartości niż dla ciebie.  A wyszedłeś z "domu z zasadami".

- Raczej zwyczajnego. Widzę jednak, że dom to fundament człowieka. Nie musi być wyjątkowy, tylko ciepły, normalny, taki, który daje poczucie bezpieczeństwa. Wtedy masz siłę wystarczającą na całe życie. Mieszkałem w Białymstoku. Z okien naszego mieszkania na ósmym piętrze widać było dworzec PKP. Zasypiałem i budziłem się przy dźwięku pociągów i dworcowych komunikatów. Jeden pokój zajmowali rodzice, drugi ja z siostrą. Tato był dyspozytorem w transporcie, mama pracowała w zakładach mięsnych, dzięki temu dostawała dodatkową kartkę na mięso. My lataliśmy z kluczami na szyi jak wszyscy rówieśnicy. Tyle że inne dzieci jeszcze uczyły się, odrabiały lekcje, a ja nie. Tata w końcu przestał chodzić na wywiadówki, nie mógł znieść tego upokorzenia. Bo rodzice najgorszych uczniów zostawali na koniec i wysłuchiwali uwag przy wszystkich. Widywałem mamę płaczącą po powrocie ze szkoły. Kiedyś powiedziałem: "Mamo jeszcze będziesz ze mnie dumna". Spojrzała zaskoczona.

Skoro się nie uczyłeś, to co robiłeś?

- Kopałem piłkę z kumplami. Życie toczyło się na podwórku. W liceum wciąż chodziłem do kina. Kultowe kino Syrena pachniało kurzem, starymi fotelami. Po seansie panie musiały wymiatać tony łupin, bo wszyscy przychodzili na salę z torbą pestek słonecznika. Pierwszym moim ważnym filmem były Gwiezdne wojny. Dzięki niemu nasze pokolenie "wyleciało w kosmos" i do dziś nie wróciło. (śmiech) Tym kosmosem były zmiany, które nastąpiły po 1989 roku. Należę do generacji, która doświadczyła biedy i tęsknoty za przepychem. Dlatego dziś żyjemy na kredyt. Wracając do tego kina... Po transformacji podupadło, ludzie przestali do niego chodzić. Nigdy nie wiedziałem, czy uda mi się obejrzeć film, bo projekcja była uzależniona od liczby sprzedanych biletów. Kiedyś przyszedłem na seans Tańczącego z wilkami. Byłem tylko ja. Pani z obsługi ulitowała się, zostałem sam na sam z Kevinem Costnerem i Indianami.

Szukałeś lepszego świata niż ten, który ciebie otaczał? Rodzice to rozumieli?

- Byłem zwyczajnym chłopakiem z bloków, ale sprawiałem problemy. Mama martwiła się, że nie jestem "jedunem", jak to się wtedy mówiło. Odżywiałem się wodą i połówką gotowanego jajka. Rodzice dawali mi syropy na apetyt, bez skutku. W końcu mama zabrała mnie do szeptuchy, żeby zdjęła ze mnie uroki. Pojechaliśmy autobusem do Orli, gdzie przyjmowała słynna szeptucha. Pamiętam, że modliła się nade mną w dziwnym dla mnie wtedy języku, po starosłowiańsku.

Pomogło?

- No, niestety nie pomogło.

Mówisz, że słysząc słowo "mama", zawsze się uśmiechasz. Jaka jest?

- Mama jest i zawsze była. Nigdy nie narzekała. Przez całe lata oglądałem ją zmęczoną, gdy wracała z pracy. A jeszcze sprzątała, gotowała, odrabiała z nami lekcje. Widzę, ile ją to kosztowało. Zapłaciła zdrowiem. I jeszcze ten nieustanny lęk... Pieniędzy było mało. Z zazdrością patrzyłem na kolegów, których rodzice wyjechali do pracy na Zachód. Chodziłem oglądać, co przysyłali im w paczkach. Myślałem: "Fajnie byłoby mieć taką grę czy linijkę z kalkulatorkiem". Albo prawdziwe dżinsy czy bluzy, bo pod koniec podstawówki pojawiło się pragnienie posiadania ciuchów. Dla mnie szczytem luksusu był rower Wigry 3, który dostałem na komunię. Był wspaniały, ale za duży i za ciężki, więc musiałem do niego dorosnąć, żeby móc na nim jeździć. Rodzice kupili większy, żeby starczył na dłużej.

Podobno proboszcz powiedział kiedyś: "Materiał na księdza poszedł w aktory na zmarnowanie".

- Był czas, kiedy myślałem, żeby zostać księdzem. To normalne, gdy wychowujesz się w takim środowisku. Co niedzielę wkładało się odświętne ubranie, bardzo tego przebierania nie lubiłem, i szło do kościoła. Byłem  ministrantem jak większość kolegów. Część służyła w kościele, a część w cerkwi św. Mikołaja Cudotwórcy.

Rodzice nie żałowali, że nie poszedłeś do seminarium?

- Nie. To, za co jestem im wdzięczny, to to, że do niczego mnie nie zmuszali. Babcia mówiła tylko, żebym był dobrym człowiekiem.  I że powinienem mieć konkretny zawód,
 na przykład stolarza. Wiadomość, że chcę zdawać do szkoły teatralnej, wywołała szok. Gdy to powiedziałem, przy stole zapadła cisza.

Pamiętasz, jak jechałeś na studia  do Warszawy?

- No cóż. Do torby spakowałem trochę swoich rzeczy. Wysiadłem na Dworcu Centralnym, poszedłem na autobus, który zawiózł mnie do akademika na Jelonkach. To były kolorowe drewniane domki, pamiętające lata 50., kiedy służyły budowniczym Pałacu Kultury i Nauki. W pokoju trzy łóżka i wspólna łazienka. Zawiesiłem krzyż i obrazek na ścianie.

 Koledzy nie patrzyli na ciebie jak na dziwaka?

- Pewnie tak. Oni patrzyli ze zdumieniem na mnie, a ja dziwiłem się im.

Warszawa cię onieśmielała?

- Warszawa szybko stała się moja, zakochałem się w niej. Tato często opowiadał mi o powstaniu. Warszawa była dla mnie symbolem miasta niepokonanego. Spotkałem tu znanych aktorów, moich profesorów, elitę, którą dotąd widywałem tylko w poniedziałkowym Teatrze Telewizji: Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz, Maja Komorowska, Andrzej Łapicki i wielu innych. "Mam nadzieję, że państwo czytali tę książkę - słyszałem na zajęciach. Oczywiście". Ja nie czytałem. Na studiach nadrabiałem zaległości z literatury, sztuki, muzyki. Z pierwszego roku pamiętam wieczne niedospanie, no i wtedy byłem już "jedunem". Co rano chodziłem do ciotki, która była siostrą zakonną, pracowała wtedy w Pałacu Prymasowskim i dawała mi kanapki. Do domu jeździłem rzadko.

To, że przyjechałeś z prowincji, było słabością czy dodawało siły, determinacji?

- Czasami łza się w oku zakręciła, ale drogi powrotnej nie było, trzeba było iść do przodu. Tak, byliśmy zdeterminowani. Zostałem wychowany w przeświadczeniu, że skoro już biegniesz, to trzeba dobiec do końca.

Ale przyszłą żonę znalazłeś w Białymstoku. Szukałeś bratniej duszy?

- Agnieszka była siostrą kolegi. Gdy ją zobaczyłem, urzekło mnie, że ktoś taki w ogóle istnieje. Po roku wzięliśmy ślub. Coś takiego zdarza się raz w życiu.

Powiedziałeś, że chłopak staje się mężczyzną, kiedy podejmuje decyzję o małżeństwie i o tym, że nie opuści swojej kobiety do śmierci. Dość staroświeckie podejście w czasach, gdy co drugi związek się rozpada. Czym jest miłość twoim zdaniem?

- Na pewno nie zauroczeniem, fascynacją fizycznością. Często mylimy miłość z zakochaniem. Jest scena w "Buntowniku z wyboru", kiedy Matt Damon mówi do Robina Williamsa: "Mówiłeś o swojej żonie, że ona nie żyje". I dalej toczy się dialog między nimi: "Ale to jest moja żona. - Ale nie żyje. - Ale to JEST moja żona". Genialny film, który opowiada, że miłość jest jedna na całe życie, na całą wieczność. Kto to odkryje, wie, że miłość to potężna siła, energia, że o związek trzeba walczyć. Mieć czas dla drugiej osoby, żeby to, co między nami jest, było zawsze na pierwszym miejscu. Wierność? Ludzie czasem przekonują się, że to była najważniejsza osoba w ich życiu, gdy ją stracą, gdy nie mogą już jej o tym powiedzieć.

Można być przez całe życie szczęśliwym  z jedną kobietą?

- Absolutnie. Życie to jest życie, bywa różnie, ale trzeba sobie wybaczać, zapominać i iść dalej razem.

Co tobie pomaga, gdy jest trudno?

- Na pewno nie pieniądze ani popularność, pozycja...

Więc co? Twoja wiara?

- Ona pomaga w życiu generalnie. Sprawia, że wstaję rano i mimo że czasem to życie boli, bo to, co ważne, musi boleć (śmiech), to wszystko ma sens. Kiedyś jako dzieciak usłyszałem od starych ludzi: "Dawno wojny nie było". Przeraziło mnie to. Zapytałem babci, co to znaczy. Wyjaśniła, że ludzie znowu są źli, że zapomnieli, że trzeba być dla siebie dobrym. Ciekawe, że wojna była tym, co temu pokoleniu pokazało, co jest najważniejsze i na czym się trzeba skupić. Dopiero ona.  No i miłość, ta prawdziwa. Wojna i miłość.

 Rozumiem, że religia nadaje życiu sens, ale przecież też stawia ograniczenia... Nie czujesz tego?

- W niczym mnie nie ogranicza. Mam wolność wyboru: albo jestem wolny naprawdę, albo mam wolność, ale jest to wolność niewolnika. Ksiądz Tischner powiedział: jeśli człowiek wierzy, musi otworzyć się na pytania o tajemnicę, a to nie jest łatwe. Z tym się trzeba zmierzyć. Współczesny człowiek tego nie chce. Woli za pomocą klawisza enter zyskać wszystkie odpowiedzi, a to niemożliwe. Paradoks, że dzisiaj bardziej wierzymy w świat wirtualny niż w coś, co jest tajemnicą wszechświata. Łatwiej jest nam zabić Boga, niż go w sobie wskrzesić. Odcinamy Boga i po kłopocie, zostajemy z poczuciem straty i pustki, której nic nie jest w stanie wypełnić. Widzę, że w miarę upływu lat moja wiara daje mi poczucie sensu.

Jak przekazać dzieciom takie wartości jak wierność, miłość? Dla wielu z nich liczą się tylko rzeczy, drogie rzeczy.

- Mam troje dzieci. Staram się wychowywać przykładem. Samo gadanie nic nie daje, jeśli za tym nie idą czyny. Dzieci widzą mnie jako ojca, męża ich mamy.

 Potrafisz odmówić, gdy syn prosi o kolejny gadżet?

- Pewnie, że tak. Mówię: "Nie". Czy muszę tłumaczyć dlaczego Kolejne zabawki dają szczęście tylko przez chwilę.

Tak, ale czasem staramy się rekompensować dzieciom niedostatki własnego dzieciństwa. "Ja tego nie miałem, ale moje dzieci będą miały". Nie robisz tak? 

- Zdarzały mi się takie pomysły, ale się przekonałem, że uleganie im wcale nie sprawia, że dzieci są szczęśliwsze. Bo tak naprawdę one potrzebują miłości, uwagi, czułości, obecności, nie kolejnych przedmiotów.

Mówisz o swojej uważności, empatii, a przecież artysta często bywa egocentrykiem. Wielu twoich kolegów twierdzi, że rodzina przeszkadza. 

- No bo przeszkadza. Troje dzieci to dużo obowiązków, a ja staram się być ojcem obecnym. Teraz trochę mniej pracuję w teatrze, dzięki czemu mogę mieć więcej czasu dla domu. Wiem jednak, że warto. Oni są najważniejsi. Nadmierne poświęcenie się karierze - stawianie jej w centrum - przepraszam, ale to strata czasu.

Brakuje okazji, żeby błyszczeć na imprezach.

- Szkoda mi na to życia. Jeśli mam wolny wieczór, wolę spędzić go z żoną i z dziećmi, niż iść na bankiet. Nie mam fejsa, nie mam Instagrama.

Czytałam, że nie masz nawet prawa jazdy.

- Jakoś nie było mi potrzebne. Rodzice mieli samochód, ale mnie nie ciągnęło za kółko. Rower wystarczał. Czasem myślę, że przydałoby się to prawo jazdy, ale zawsze ktoś przyjeżdża, żeby zawieźć mnie na plan. Mamy oczywiście auto, żona prowadzi.

Jak to się stało, że woda sodowa nie uderzyła ci do głowy?

- Miałem szczęście spotkać na swojej drodze mądrych ludzi. Nauczyli mnie dystansu do tego zawodu. I pokory. Ale też nie miałem powodu, żeby uderzyła mi "sodówka". W życiu miałem więcej porażek niż sukcesów.

Ty, jeden z najbardziej znanych aktorów?

- Czasem mam wrażenie, że zaliczałem głównie porażki. Ale to one, a nie sukcesy, nas budują. Sukcesy niszczą, rozleniwiają, wpędzają w samozadowolenie. Wszystkie nieudane spektakle, filmy, role mnie zahartowały.  Pamiętam przedstawienia, które w błyskawicznym tempie schodziły z afisza, bo nikt na nie nie przychodził. Czasami rano dzwoniło się do kasy, żeby zapytać, czy dzisiaj gramy. Bywało, że więcej osób było na scenie niż na widowni. Tak było na początku lat 90. Dziś jest inaczej. Ale gdy myślę o graniu, to trzeba grać zawsze na maksa, na pełnej petardzie i nie myśleć, że tam, po drugiej stronie, są rzędy pustych krzeseł. To boli. A następnego ranka wstajesz, idziesz na próbę i znów grasz.

Dopada cię czasem lęk, co będzie, gdy stracisz popularność?

- Nigdy nie doświadczyłem popularności. Nigdy na niej nie budowałem mojego poczucia wartości czy tzw. kariery.

Jak z taką dyscypliną żyje ci się w świecie show-biznesu, który rządzi się trochę innymi zasadami? 

- Nie rządzi się żadnymi zasadami. To są bezwzględne prawa dżungli. Ale widzisz, w dżungli są gatunki, które zjadają się nawzajem, i takie, które unikają konfrontacji. Ja staram się unikać konfrontacji, choć wiem, który gatunek mi zagraża. (śmiech)

Rozmawiała Beata Biały

Twój STYL 4/2018

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje