Przejdź na stronę główną Interia.pl

Trochę bujam w obłokach

Przystojny. Wysportowany. Odnosi sukcesy. Kawaler. Mało tego - singiel! W szczerym wywiadzie dla SHOW opowiada, dlaczego jeździ na wakacje ze swoim tatą i na czym polega jego natura... psa husky.

Grasz w trzech serialach i w filmie Juliusza Machulskiego. Pewnie na nic nie masz czasu?

Reklama

Krystian Wieczorek: - Daj spokój, przecież nie będę narzekał na to, że realizuję swoje marzenia. Szczególnie że moja droga do aktorstwa była kręta i wyboista. Staram się zawsze patrzeć na to, co zyskuję, nie na to, co tracę. W moim przekonaniu aktorstwo to ciągła praca nad sobą, czasami trudna, czasami piękna, ale na pewno zawsze rozwijająca. Mnie akurat przynosi dużo satysfakcji i stwarza okazje do spotkań ze wspaniałymi, inspirującymi ludźmi.

Co dają ci te spotkania?

- Wiesz, co jest fantastyczne? To, że mogę pracować z pokoleniem aktorów i reżyserów, na których filmach się wychowałem, ale też z ludźmi młodymi, spontanicznymi i żywiołowymi. Połączenie mądrości i doświadczenia z tą nową energią bardzo mnie rozwija, uczy otwartości i dialogu, bo sam jestem gdzieś czasowo i mentalnie pomiędzy klasyką a nowoczesnością.

Zrobiło się poważnie... A przecież nie mogę nie zapytać cię o to, jak się czujesz jako jeden z najprzystojniejszych aktorów w Polsce.

- Od słowa "przystojny" wolę słowo "wiarygodny".

Wiarygodny jesteś w rolach czarnych charakterów. I cenisz sobie oszczędną ekspresję.

- Zdecydowanie preferuję aktorstwo introwertyczne, skupione. Gdy postać ma w sobie tajemnicę, uruchamia mi się wyobraźnia, zaczynam zwracać uwagę na detale. Poza tym wolę, gdy aktor powstrzymuje emocje, a nie zalewa się łzami.

Prywatnie zdarza ci się płakać?

- Zdarza się rzadko. Nie ma w tym nic wstydliwego, bo to naturalne i oczyszczające wyładowanie emocji. Nie tylko tych negatywnych i bolesnych - przecież można płakać ze szczęścia, z zachwytu. Zawodowo zajmuję się emocjami, więc uczę się nad nimi panować, ale nie zawsze da się to zrobić.

Słyszałam, że jesteś samotnikiem.

- To nie do końca prawda. Po prostu teraz mam dużo pracy, a ona zawłaszcza czas prywatny. Bo trzeba nauczyć się tekstu na kolejny dzień, spróbować się skupić i wyobrazić sobie scenę. A przecież po dwunastu godzinach pracy na planie zostaje właściwie tylko kilka godzin spokoju i samotności. Lubię tę wieczorną ciszę, kiedy miasto wolniej oddycha.

Ale lubisz też pogadać i powygłupiać się?

- Robię to bez przerwy na planie. Bez tego ta praca byłaby nudna. Ale już na chodzenie po imprezach zwyczajnie brakuje mi siły, wolę pójść na spacer wzdłuż Wisły albo usiąść na Kazimierzu w Krakowie i zjeść zapiekankę. Czasami ktoś się dosiądzie, uśmiechnie i pogadamy. Tak zwyczajnie, bez fajerwerków.

Co jeszcze robisz w wolnym czasie?

- Mnóstwo czytam, bo trzeba gimnastykować umysł. Uprawiam różne sporty, dbam o siebie. Ale wracając do kwestii samotnictwa - ja naprawdę lubię ludzi. Lubię i pogadać, i powygłupiać się.

Ale ci ludzie, którzy cię zaczepiają, pewnie chcą się z tobą zaprzyjaźnić tylko dlatego, że jesteś sławny...

- Ale czy to deprecjonuje wzajemną ciekawość? Oczywiście, że nie. To tylko impuls, żeby się czegoś o sobie dowiedzieć. Mnie generalnie ludzie ciekawią, dlatego częściej czytam wywiady rzeki niż beletrystykę. Lubię wtedy czuć się jak  rozmówca tej osoby, wchodzić z nią w dialog. Z tym zaczepianiem też bym nie przesadzał, bo popularność częściej powoduje dystans i raczej onieśmiela, niż zachęca do spotkania. Ale ja też mam podobne odczucia, gdy spotykam kogoś znanego. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę że pod fasadą sławy ukrywa się ktoś skromny i wrażliwy.

Przyznałeś, że twoja droga do sławy była kręta i wyboista. Co robiłeś, kiedy nie byłeś aktorem?

- Pracowałem jako barman w Hiszpanii, byłem na winobraniu w Niemczech, przy zbieraniu porzeczek. Okropna robota... Ślimaki też zbierałem. I byłem stróżem pod kościołem.

Na czym właściwie polega to zajęcie?

- Siedziałem, pilnowałem zabudowań kościelnych i grałem na gitarze. Pamiętam też taki czas, że brakowało mi kilku dni, żeby dostać zasiłek dla bezrobotnych i zostałem przydzielony do sekcji kopania rowów pod jakieś okablowanie. Kilof w dłonie i rockandroll! Gdybym był aktorem w Stanach, wpisałbym to sobie w CV. A poważnie mówiąc, Strzelin leży na złożach granitu, więc byłem urobiony po łokcie.

Rodzinny Strzelin to dla ciebie ważne miejsce?

- Oczywiście, że tak. Ale nawet nie przez specyfikę tego miasta, bo nic aż tak wyjątkowego tam nie ma. Dla mnie życie w Strzelinie to był czas własnych mitologii. Miałem też szczęście spotkać tam ludzi, którzy w dużej mierze mnie ukształtowali. Rysowałem mapę własnych marzeń, była pierwsza miłość, przyjaźń... Kompleks prowincjusza po latach okazał się dla mnie wartością. To ciągle jest we mnie. Zawsze będę patrzył na świat z perspektywy małego miasteczka, ze zdziwieniem i zachwytem. Jak na cyrk, który przyjeżdżał raz w roku.

Jak dziś spędzasz wakacje?

- To zależy. Słucham siebie, swoich potrzeb.

Leżak czy plecak?

- Częściej ostatnio leżak. Ale zawsze staram się znaleźć chwilę, żeby coś zobaczyć. Wypożyczam więc rower i jadę przed siebie. Pozwalam cieszyć się zmysłom. Robię zdjęcia oczami i aparatem fotograficznym też. Najważniejsze w wakacjach jest to, że się zmienia perspektywę i krajobraz - to już naprawdę dużo. A cała reszta, która się przydarza, to dodatkowa przyjemność.

Z kim wyjeżdżasz?

- Zawsze z najbliższymi, a ostatnio najczęściej z moim ojcem i jego żoną.

Twoi rodzice rozstali się, gdy miałeś rok. Ojca poznałeś na nowo jako 15-latek. Jak się teraz dogadujecie?

- Dziś jesteśmy dla siebie przyjaciółmi, mamy podobną wrażliwość i poczucie humoru, dobrze się ze sobą czujemy. Dużo rozmawiamy albo biegamy na nartach, generalnie nie nudzimy się. Czasem na wakacje wyjeżdżam też sam. Moim zdaniem, niemówienie przez kilka dni albo inaczej - rozmawianie tylko ze sobą to bardzo cenne doświadczenie.

Pamiętasz swoją pierwszą wyprawę za granicę?

- Gdy miałem piętnaście lat, pojechałem do Fuldy w ówczesnym RFN, gdzie mieszka mój wujek. Zmiażdżyło mnie już na wstępie - kiedy przekroczyłem granicę DDR-u z RFN-em. W pierwszej wiosce zobaczyłem piękną willę bez ogrodzenia. Przed nią pasł się biały koń. Jakiś absurdalny obrazek, ale mnie się wtedy wydawało, że wzrok mi się popsuł, że ktoś mi podmienił czarno-biały telewizor na kolorowy (śmiech).

O czym marzysz?

- Tak generalnie mam naturę marzyciela. I trochę bujam w obłokach, żyję w swoim świecie. A z tych marzeń, którymi mogę się podzielić i niejako zachęcić do wspólnej ich realizacji, to chciałbym znaleźć się w pierwszej setce w Biegu Piastów - najsłynniejszym biegu narciarskim w Polsce, który odbywa się na początku marca w Jakuszycach. No, może trochę mnie poniosło, przesadziłem - marzę o znalezieniu się w pierwszej dwusetce (śmiech).

Jak odkryłeś ten sport?

- Mój znak zodiaku to chyba pies husky (śmiech). Muszę się zmęczyć, by poczuć szczęście. Sport towarzyszył mi, od kiedy pamiętam. Próbowałem różnych dyscyplin, aż znalazłem coś, co pasuje do mnie organicznie. W narciarstwie biegowym jest coś szlachetnego i pionierskiego - idzie się lub biegnie po horyzont, w zależności od chęci i możliwości. Poczucie bycia częścią natury jest dla mnie kojące i porządkujące emocjonalnie, bieg przez pusty las w śniegu lub w słońcu... Trudno mi to właściwie opisać. Ale ci, którzy tam biegają na nartach, wiedzą, co mam na myśli. Chciałbym tylko mieć więcej czasu, żeby jeździć do Szklarskiej Poręby i na Polanę Jakuszycką, gdzie jest dużo moich ulubionych tras biegowych.

Teraz pewnie najbardziej zajmuje cię "Ambasada" Juliusza Machulskiego?

- Mam tam rolę niezbyt dużą, drugoplanową, ale możliwość popracowania z Juliuszem Machulskim, na którego filmach wychowałem się ja i całe pokolenia, jest cudowna. To moje kolejne wspaniałe doświadczenie w życiu. A poza tym to też taki symboliczny powrót i pożegnanie z mundurem niemieckim, bo przecież wszystko się dla mnie zaczęło od "Czasu honoru". Teraz znowu zagram hitlerowca, mogę więc się zabawić tym skojarzeniem i wykorzystać doświadczenie, które zdobyłem w tamtym serialu.

Iwona Zgliczyńska


SHOW 18/2012

Dowiedz się więcej na temat: Krystian Wieczorek | Czas honoru

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje