Reklama

Reklama

Tomasz Grzywaczewski: Przeszłości nie powiesz "do widzenia"

Tomasz Grzywaczewski - "Tomek na tropie ludzkich historii" /materiały prasowe

Ukończył prawo i stwierdził, że kodeksy, kancelaria i stabilizacja to nie jego życie. Wołały go tajga, Czarny Ląd, zatarte granice, nieuznane kraje. Został "Tomkiem na tropie ludzkich historii". Tomasz Grzywaczewski, podróżnik, reporter i pisarz, chce dotknąć i zrozumieć świat.

Katarzyna Droga, Styl.pl: Jak nie został pan praktykującym prawnikiem? Nastąpił jakiś moment olśnienia, że Temida to nie to?

Reklama

Tomasz Grzywaczewski: - To była końcówka studiów. Na naszej uczelni (Uniwersytet Łódzki, wydział Prawa i Administracji - przyp. red.) najcięższy jest trzeci rok. Kiedy ktoś przeszedł, to już wie, że skończy te studia. Pokonałem tę cezurę i... zorientowałem się, że prawo zupełnie mnie nie interesuje, nie potrafię wykrzesać w sobie entuzjazmu i jeśli się z nim zwiążę, życie będzie katorgą. Zrozumiałem, że muszę szukać nowej drogi, skończyć studia, ale zająć się czymś, co mnie autentycznie pasjonuje. Podróże pociągały mnie od dawna. Nic dziwnego, mama, zresztą prawniczka, zaczytywała się książkami Szklarskiego i jestem imiennikiem Tomka Wilmowskiego. Chciała, żebym miał ciekawe życie.

Nie żałowała, że porzucił pan prawo?

- Nie, rodzice nie namawiali mnie nigdy na studiowanie prawa, przeciwnie, przestrzegali, że to nie jest zajęcie dla mnie. Mieli rację! Zresztą nie jestem podróżnikiem ekstremalnym, moje wyprawy szybko okazały się narzędziem do odkrywania pewnego wycinka rzeczywistości, przerodziły się w pisanie. Najbardziej interesuje mnie reportaż, odnaleziona na szlaku historia. Potężne wrażenie zrobił na mnie album "Inferno" Jamesa Nachtweya - zapis wojen, ludobójstwa, dramatów, które dotknęły świat w drugiej połowie XX wieku. Najstraszniejsza odsłona epoki i taki cytat: "Ten album to moje świadectwo. Rzeczy, które widziałem, powinny zostać opowiedziane, ale nie mogą się powtórzyć". To credo mnie poruszyło. Pomyślałem, że to jest to, co chciałbym robić.

Pierwsza wielka wyprawa, Long Walk Plus Expedition zainspirowana była historią polskich Sybiraków, którzy uciekli z łagru. Ruszyliście ich śladem, z Jakucji do Indii, osiem tysięcy kilometrów!

- Tak, to było moje "life-changing experience", doświadczenie, które zmienia życie, jak mówią Amerykanie. Pojechaliśmy z Bartkiem Malinowskim i Filipem Drożdżem, podróż trwała pół roku. Prawie miesiąc szliśmy przez bezludne Góry Barguzińskie na wschodnich brzegach jeziora Bajkał. Nie ma tam ludzi, tylko dzikie zwierzęta, nie ma ścieżek, tylko szlaki wydeptane przez zwierzynę. Byliśmy całkowicie osamotnieni, enigmatyczny kontakt ze światem zapewniał telefon satelitarny. Wiedzieliśmy, że jeśli cokolwiek się stanie, nikt nam nie pomoże. Mieliśmy ograniczone zapasy żywności, nie mieliśmy ze sobą broni ani zamiaru polowania, zresztą robiliśmy tyle hałasu w tajdze, że i tak wszystko przed nami uciekało. To zresztą lepiej, bo gdybyśmy wpadli na niedźwiedzia, mogłoby się skończyć tragicznie, na Syberii wciąż ludzie giną w starciach z niedźwiedziem.

- Trzeba było pokonywać przełęcze, grzbiety gór i rwące, górskie rzeki. Trafiliśmy na rzekę, której nie byliśmy w stanie przekroczyć przez cztery dni. W pierwotnym świecie nie ma mostu, nie ma łódki i możliwości powrotu. Kończą się zapasy żywności, musimy dojść do wioski, a żeby rzekę obejść, trzeba maszerować dwa tygodnie. Okazało się, że w spotkaniu z dziką przyrodą, człowiek nadal jest całkowicie samotny i słaby.

Jak przeszliście?

- Filip uczepił się dużego pnia drzewa, na tyle suchego, że zapewnił mu wyporność. Bo problemem był też wartki nurt rzeki, nie dało się po niej płynąć, natychmiast wciągało pod wodę... Filip asekurowany liną, trzymał się kłody i nie poszedł na dno, a za trzecim razem nurt wyrzucił go na drugi brzeg. Wówczas już założyliśmy wyciąg, żeby przerzucić sprzęt, a potem przeszliśmy my. To było dosyć niebezpieczne, bo mimo że asekurowaliśmy się linką, prąd jednak wciągał, można było rozbić głowę o kamień. Lina była zresztą za krótka na szerokość rzeki, przedłużaliśmy ją sznurowadłami od butów. Daliśmy sobie radę, ale nie było to łatwe.

Nie pomyślał pan wtedy: "Nigdy więcej"?

- Po powrocie pomyślałem: "Zdecydowanie chcę więcej!".

Kontrowersje wokół postaci Sławomira Rawicza, który opisał tę ucieczkę jako swoje dokonanie, a potem wokół Witolda Glińskiego, który ją najprawdopodobniej przebył, też pana nie zniechęciły?

- Najistotniejsze w tej historii jest to, że do takiej ucieczki doszło. Nasza wyprawa miała być hołdem dla wszystkich, którzy trafili na tę nieludzką ziemię, dowodem, że tak też można pokazywać historię, że patriotyzm, to może być także przygoda, pokonywanie swoich słabości. Są mocne dowody, że Sławomir Rawicz, autor bestsellera "Długi Marsz", tej trasy nie przebył.

- Z Witoldem Glińskim rozmawialiśmy przed wyprawą i według mnie jego historia jest wiarygodna, to wynika ze sposobu, w jaki opowiadał, z emocji, szczegółowości opisu. Nie wyobrażam sobie, żeby to zmyślił, zresztą w jakim celu? Nie rościł sobie żadnych praw do książki czy tantiem z filmu. Nie zabiegał o rozgłos, to on został znaleziony przez dziennikarza. Słowo Glińskiego biorę za dobrą monetę, ale przyznaję, że nie ma ostatecznego dowodu, na przykład dokumentu, że taki więzień uciekł z obozu. Jest za to raport brytyjskiego oficera, rezydenta w Kalkucie, który opisuje przesłuchanie ludzi opowiadających historię takiej ucieczki z Syberii. I to jest najciekawsze.

O afrykańskiej wyprawie śladem Stefana Szolc Rogozińskiego - czytaj na następnej stronie >>>

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Grzywaczewski | Podróże | podróżnik | dziennikarze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje