Przejdź na stronę główną Interia.pl

To nie jest flirt

„Ruch #MeToo jest jak rój pszczół. Nie ma określonej hierarchii, nie wiadomo, kto jest szefem, ale jest nas coraz więcej i wszystkie pracujemy na miód. Nie ma już odwrotu” – mówi nam Meryl Streep.

Rola Kay Graham w "Czwartej władzy" Stevena Spielberga przyniosła jej już 18. nominację do Oscara. Meryl Streep zagrała właścicielkę dziennika "The Washington Post", który wbrew zakazowi sądu zdecydował się opublikować tajne dokumenty ujawniające kłamstwa rządu dotyczące wojny w Wietnamie.

Reklama

PANI: Aż trudno uwierzyć, że to pierwszy raz, kiedy spotyka się pani na planie z Tomem Hanksem.

Meryl Streep: - Prawda? Do tej pory byliśmy takimi "przyjaciółmi na dystans". Łączył nas pewien rodzaj sympatii, bo mieliśmy wspólnych znajomych, ale nic więcej. Chociaż Tom utrzymuje, że od dawna marzył o pracy ze mną! (śmiech) Myślę, że to nie było nam dane ze względu na różnicę wieku. Jestem od niego siedem lat starsza, więc według hollywoodzkich standardów bardziej optymalną rolą u jego boku byłaby dla mnie matka, nie partnerka. Jego dziewczynę musiałby grać ktoś w wieku moich córek, tak jak większość moich ekranowych mężów grali aktorzy starsi ode mnie o około 20 lat. Tak to wygląda w naszej branży...

Ostatnio pracowaliście także na innej płaszczyźnie. Firma Toma i jego żony Rity Wilson wyprodukowała sequel hitu "Mamma Mia!", który będzie miał premierę w lipcu. Jak wspomina pani tę przygodę?

- To była wspaniała zabawa. Szczególnie szansa na pracę z Cher - to pierwszy raz od 34 lat, od filmu "Silkwood". Ona jest przezabawna. Jeden z moich ekranowych partnerów, Stellan Skarsgård, jest wciąż tak fatalnym wokalistą jak wcześniej, a nawet gorszym. (śmiech)

Ze Stevenem Spielbergiem także spotkała  się pani po raz pierwszy - Tom Hanks grał u niego już pięć razy. Zdradził pani jakieś sekrety reżysera?

- Wręcz przeciwnie! (śmiech) Otóż Tom "zapomniał" mi powiedzieć, że Steven nie uznaje prób. Pozwolił mi wejść na plan prosto w pierwszą scenę, która miała na papierze siedem stron, doskonale wiedząc, że niewystarczająco umiem dialog. Zorientowałam się, że kręcimy na serio, kiedy Steven powiedział: "Dubel!".

Kay Graham to niezwykle ciekawa bohaterka. Wydane przez nią wspomnienia "Personal History" zdobyły w 1998 r. Pulitzera. Korzystała z nich pani, przygotowując się do roli?

- Ta książka była dla mnie jak biblia. To najlepsza autobiografia, jaką kiedykolwiek czytałam. Jest przepięknie napisana, więc Pulitzer był absolutnie zasłużony. Ale oprócz tego to kronika czasów, które radykalnie przedefiniowały kulturową rolę płci. Kay doświadczyła wszystkiego, co  w tamtych czasach spotykało kobiety.  W książce bardzo szczerze opowiada  o swoich porażkach, niedoskonałościach, rozczarowaniach - także tych dotyczących własnych zachowań i decyzji.

Graham była szefową wielkiej gazety, a jednocześnie żyła w czasach, w których kobieta była przyporządkowana gospodarstwu domowemu, miała być pełną subtelnego uroku, wyważoną damą...

- Kay dorastała w Mount Kisco, w stanie Nowy Jork, była wychowywana przez angielskie nianie, a jej rodzice mieszkali w Waszyngtonie, gdzie mieściła się redakcja "The Washington Post". Była powściągliwa, szalenie czarująca i cechowało ją świetne poczcie humoru. Czyli miała wszystkie pożądane zalety kobiety z klasy średniej. Była jej idealnym produktem i to determinowało rodzaj kobiecości, który reprezentowała: została wychowana... by być dobrze wychowaną.

Kay całe życie polegała na mężczyznach?

- I szukała ich rady. Przyznała się do tego w wywiadzie dla "Women’s Wear Daily", który cytuje w swojej książce. Ale w sytuacji, o której opowiada "Czwarta władza", podjęła decyzję całkiem sama. Myślę, że Stevenowi udało się uchwycić moment,  w którym Kay rozpoczęła samodzielne funkcjonowanie jako pełnoprawna przywódczyni wielkiej organizacji newsowej.

Kilka sytuacji, które możemy zobaczyć na ekranie, wcale nie wydało mi się pieśnią przeszłości. Seksizm w branży dziennikarskiej wciąż istnieje.

- I nie tylko w niej. Spielberg dedykował ten film reżyserce Norze Ephron, swojej przyjaciółce. Nora była absolwentką prestiżowego Wellesley College i zaraz po dyplomie, jak wielu jej kolegów, poszła na rozmowę o pracę do "Newsweeka". To działo się zresztą w czasie, kiedy firma Kay Graham była właścicielem tytułu.  W redakcji usłyszała: "Reporterka? Nie ma mowy!". Osoba, która prowadziła tę rozmowę, powiedziała jej, że może być  researcherką, kopistką lub sekretarką, ale reporterzy to wyłącznie mężczyźni. Gdybyśmy miały teraz 1971 rok, to nie pani robiłaby ze mną wywiad, tylko jakiś dziennikarz. Kay była wydawcą, miała w rękach całą gazetę, a mimo to jej pracownik, redaktor naczelny, pozwalał sobie na to, żeby powiedzieć jej: "Przestań zawracać mi głowę". Gdyby to kobieta powiedziała coś takiego swojemu szefowi, zwolniono by ją natychmiast. Ten układ sił się zmienia, ale bardzo powoli.

Pani bohaterka musi podjąć decyzję: czy opublikować tekst i zaryzykować, czy zostać po bezpiecznej stronie. Wybiera ryzyko w imię prawdy.

- Czytałam ciekawe badania na temat Wall Street i różnic między kobietami a mężczyznami w kwestii decyzyjności oraz podejmowania ryzyka. Wynika z nich, że zgodnie z utartym przekonaniem mężczyźni są rzeczywiście bardziej skłonni postawić wszystko na jedną kartę. Ale kobiety, choć ostrożniejsze, mają podobne wyniki, kiedy mowa o wymiernych sukcesach inwestycyjnych. To inny sposób działania na tym samym polu. Ja też jestem typem ostrożnym.

Wiele razy musiała pani wykazać się ostrożnością w pracy? Gryźć się w język?

- Oczywiście. Nie ulega wątpliwości, że mężczyzn i kobiety obowiązują inne standardy. Panom wolno popełniać masę błędów, lać wodę, dzwonić dzień później  z przeprosinami... A potem znowu popełniać wielkie faux pas. Kobiety nie mają tego luzu, nas się traktuje zdecydowanie bardziej restrykcyjnie.

Wie pani, jak wygląda lista płac do "Czwartej władzy"?

- Zarobiliśmy z Tomem tyle samo, o czym dowiedzieliśmy się już po fakcie. Co do przecinka. A pani? Czy zarabia pani tyle co pani koledzy?

Wie pani, nie przyszło mi nigdy do głowy, żeby zapytać. Aż mi głupio...

- W wielu krajach dziennikarze nie zarabiają najlepiej, ale wiem też, że w niektórych równość płac jest regulowana ustawowo. USA, niestety, nie należy do tej grupy.

W Stanach coraz głośniej mówi się o kryzysie dziennikarstwa. Odkąd prezydentem został Donald Trump, cały czas słyszymy o jakichś kolejnych "fake news" - fałszywych wiadomościach. Jak od tego uciec?

- Chyba nie można przed tym uciec, trzeba po prostu być świadomym rzeczywistości, która nas otacza. Zdawać sobie sprawę, że nie wszystko, co słyszymy w telewizji czy czytamy w gazetach, to prawda. Prezydentura Trumpa naświetliła niebezpieczeństwa płynące z potencjalnych nadużyć władzy wykonawczej. Być może kiedyś spojrzymy na to, co nas dzisiaj otacza, i zobaczymy, że to był moment ostatecznego upadku, który w konsekwencji wszystko zmienił. Myślę, że istnieje szansa, że będziemy Trumpowi dziękować. Tak jak możemy "podziękować" Harveyowi Weinsteinowi za to, że zmieniła się branża filmowa. Cały świat zrobił krok naprzód w dobrym kierunku. Oczywiście była to droga po trupach, trupach kobiet. Droga przez ich cierpienie, ból i krew.

Po wybuchu "afery Weinsteina" i obnażeniu wielu strasznych praktyk w branży podniosły się też głosy protestu. Że gwałt to gwałt, ale zaczepki słowne czy klepnięcie w pupę to inny kaliber. I pytania, skąd teraz mężczyźni mają wiedzieć, kiedy jeszcze podrywają, a kiedy już molestują?

- Wbrew pozorom pojęcie "seksualnego nadużycia" wcale nie jest dla mężczyzn trudne do zrozumienia. Wystarczy, że wyobrażą sobie, jak jadą metrem i nagle podchodzi do nich mężczyzna, i zaczyna ocierać się o nich swoim członkiem. Jest to akt dominacji. Tu chodzi o władzę. To nie flirt.

Po Złotych Globach sporo mówi się o tym, że Oprah Winfrey swoim wystąpieniem nieoficjalnie zainaugurowała kampanię prezydencką. Myśli pani, że byłaby dobrą "prezydentką"?

- Myślę, że Oprah pokazała, jak prezydent powinien mówić. Jakim językiem się posługiwać, z jakim zaangażowaniem opowiadać o swoich ideałach. Zademonstrowała, jaka retoryka porywa ludzi, i udowodniła, że to jest bardzo skuteczny rodzaj zachęty do działania. Czy jej rolą jest prowadzenie nas do kandydata, czy to ona ma się nim okazać, nie ma znaczenia. Na pewno bardzo wysoko podniosła poprzeczkę.

Na ceremonii Złotych Globów pojawiła się pani w czarnej sukni  w geście wsparcia dla sprzeciwiającego się molestowaniu ruchu Time’s Up. Taki sam kolor kreacji wybrała pani na premierę "Czwartej władzy" w Londynie.

- Wydaje mi się, że Time’s Up czy #MeeToo są częścią światowej sejsmicznej zmiany, która zachodzi na naszych oczach. To bardzo interesujące doświadczenie, być częścią tego ruchu. Jest jak samolot, który ekipa techniczna montuje podczas coraz szybszej jazdy po pasie startowym. Albo jak rój pszczół. Nie ma określonej hierarchii, nie wiadomo, kto jest szefem, ale jest nas coraz więcej i wszystkie pracujemy na miód. Wciąż dołączają do nas nowe członkinie. To dobrze.

Musi nas być dużo, żeby całość mogła swobodnie frunąć i dolecieć do wielu innych branż: do rządu, do armii, do Kościoła. Niesprawiedliwość i brak równowagi istnieją nie tylko w Hollywood. Kobiety wykorzystuje się wszędzie, ale przyzwolenie, by mówić o tym głośno, wciąż jest zbyt małe. Dlatego jestem bardzo szczęśliwa, że ta zmiana zachodzi, rozlewa się nie tylko po Hollywood, ale i dalej. Mam poczucie, że nie ma już odwrotu.

Rozmawiała Anna Tatarska

PANI 3/2018

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje