Reklama

Reklama

Teresa Lipowska. Marzycielka, która nagina marzenia do realizmu

Rozważałam w młodości czy nie zostać pediatrą. Byłam zwariowana na punkcie dzieci - przyznaje Teresa Lipowska /Euzebiusz Niemiec /AKPA

Bardziej z pani realistka czy marzycielka?

Reklama

- Marzycielka, która nagina marzenia do realizmu. Co roku jadę do mojego ukochanego Augustowa, gdzie przez ponad 40 lat jeździłam z Tomkiem. Za każdym razem wybieram się popatrzeć na zachód słońca, na drzewa topiące swoje odbicia w jeziorze. Wracają wtedy wspomnienia pięknych chwil.

Będąc tak oddaną aktorstwu, ciężko pani było połączyć go z macierzyństwem?

- Absolutnie nie. Aktorstwo wybrałam w pełni świadomie, na wymarzone dziecko czekałam 10 lat i urodzenie syna było najpiękniejszą premierą w moim życiu. Mąż mi trochę pomagał, miałam przez pierwsze lata gosposie, a potem sami sobie radziliśmy. Poświęcaliśmy synowi tyle czasu, ile tylko było można. Oczywiście w takim zakresie, w jakim pozwalały mi próby, spektakle czy plan zdjęciowy. Na wakacje nie brałam żadnych filmów, żadnych występów. Dwa miesiące mieliśmy tylko dla siebie. Łączenie macierzyństwa z pracą było dla mnie naturalną koleją rzeczy. Nie tylko aktorstwo jest absorbującym zawodem. Lekarze chodzą na wielogodzinne dyżury, z których wracają ogromnie zmęczeni.

Medycyna jest pani bliska?

- Rozważałam w młodości czy nie zostać pediatrą. Byłam zwariowana na punkcie dzieci. Do dziś chętnie pracuję z dziećmi i młodzieżą. Chyba byłabym dobrym lekarzem. Potrafię uważnie obserwować, lubię być pomocna, chyba budzę zaufanie, bo ludzie często proszą mnie o radę i wsparcie.

Co pani im wtedy mówi?

- Przede wszystkim słucham. Nigdy nie opiniuję kategorycznie. Dzielę się swoim punktem widzenia. Ale wracając do medycyny, która jest mi tak bliska: moja siostra była cudownym lekarzem. Była ginekologiem-onkologiem, wybitną specjalistką, ale też cudownym lekarzem. Potrafiła godzinami siedzieć z kobietami umierającymi na raka i trzymać je za rękę prawie do śmierci. Miała w sobie ogromną empatię. Nie tylko leczyła, ale też dawała otuchę i wspierała w najcięższych chwilach. Czasami wracając z dyżuru przychodziła do mnie się wypłakać, żeby nie zanosić tych ciężkich emocji do swojego domu. Bardzo przeżywała tragedie swoich pacjentek i była bardzo szczęśliwa, kiedy wracały do zdrowia.

Aktorstwo to też praca z ciałem. Dzisiaj na scenie znacznie śmielej pokazywana jest nagość...

- ...przepraszam, że wchodzę pani w słowo, ale od razu powiem - nie kupuję tego. Absolutnie! Jeśli mi facet lata po scenie, przepraszam za wyrażenie, z gołym fiutem, nie widzę dla tego żadnej motywacji, najmniejszej. Nagość na scenie nie jest mi do niczego potrzebna. Rozumiem, że można sugerować nagość, grać w bieliźnie, ale epatowanie fizjologią jest pozbawione smaku. Pod tym względem jestem kategoryczna w ocenie, ale jeśli świat poszedł w tę stronę, że ludziom do szczęścia potrzebne jest obnażanie się...

Wspomniała już pani, że nie kupuje również przekleństw...

- To kolejny obszar, w którym jestem rygorystyczna. Rozumiem, że w trakcie spektaklu może paść jakiś wulgaryzm jako zwieńczenie narastającego napięcia, ale rzucanie bluzgami dla wygłupu, przeklinanie jako mruganie oczkiem do publiczności, jest czymś niestosownym i niesmacznym.

- Na planie "M jak miłość" wprowadziłam rygor, bo na samym początku, kiedy przyszli młodzi, te różne "k..." latały jak ptaszki. Więc raz i drugi zwróciłam uwagę: "Słucham? Przepraszam, ale gdzie ty jesteś? Na planie filmowym czy pod budką z piwem? Przy mnie proszę się tak nie odzywać. Idź sobie za dom, przeklnij po cichu pięćdziesiąt razy, skoro nie możesz bez tego wytrzymać i wróć".

Wierzę, że działało, bo pani zazwyczaj ciepła i przyjazna, potrafi spojrzeć tak, że mróz po krzyżu idzie.

- Może dlatego, że wyraźnie daję znać, czego nie będę akceptować. Podobnie reaguję, kiedy młody aktor przychodzi na plan i mówi: "A co my dzisiaj gramy? Ma ktoś scenariusz, bo zapomniałem?". Wtedy mówię do reżysera: "Kolega ma ochotę wyjść, nauczyć się tekstu, a jak się nauczy, zaczniemy grać". To są oczywiście marginalne sprawy, bo generalnie na planie "M jak miłość" jest ogromnie miło i kulturalnie. Przez te wszystkie lata przewinęło się przez naszą ekipę mnóstwo ludzi, ale my, którzy stanowimy jej trzon i gramy od początku trzymamy się razem, wiele o sobie wiemy, znamy swoje radości i smutki. Możemy na siebie liczyć.

To ważne, żeby móc na kogoś liczyć w trudnych chwilach. Była pani ambasadorką społecznej kampanii "Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję".

- Depresja może dopaść każdego, a jej skutki mogą być tragiczne. Trzeba o tym mówić i trzeba wspierać osoby w depresji, nie unikać tematu, nie robić z niego tabu. Obecnie w tym ciężkim okresie pandemii szczególnie mocno jesteśmy na nią narażeni. Moja dobra znajoma terapeutka mówi, że zgłasza się do niej coraz więcej potrzebujących pomocy, a wśród nich wielu młodych mężczyzn, którzy stracili pracę i nie mają żadnych zawodowych i finansowych perspektyw.

- Społeczne akcje pomocowe trzeba wspierać, ale również każdy z nas, jeśli może w jakikolwiek sposób prywatnie wspomóc osobę borykającą się ze stanami depresyjnymi czy depresją, niech to zrobi. Terapia jest niezbędna, ale nie mniej ważne jest zrozumienie bliskich czy znajomych. Parokrotnie doświadczyłam, że wspólna herbata, serdeczne wysłuchanie, może wnieść odrobię światła w życie kogoś, u kogo zapanował mrok.

- Zrozumienie i serdeczność są na wagę złota. A my niestety coraz częściej o tym zapominamy, również w obszarze mediów. Nie surfuję po Internecie, ale słyszałam, że bzdury wypisują na temat mojego rzekomego wybierania się do ośrodka opieki czy tego, że mój pierwszy mąż przed 50 laty wyrzucił mnie z domu. Ręce opadają i nie wiadomo śmiać się czy płakać. Że też ludziom nie szkoda czasu i energii na szerzenie kłamstw i głupot. Szkoda na to czasu, niech mnie pani o coś miłego zapyta.

Lubi pani podróże?

- Nie bardzo. Może nie było wystarczająco dużo okazji, żebym się do nich przekonała. Mój mąż najchętniej jeździł nad jeziora augustowskie łowić rybki. Wystarczał nam las, woda i wąskie grono przyjaciół. Po jego śmierci parę razy wypuściłam się w świat, byłam w Hiszpanii, w Włoszech, w Tunezji i Turcji. Może nawet bym i lubiła wybierać się gdzieś dalej, bo jestem ciekawa świata, gdyby tylko dało się nacisnąć guzik i już być na miejscu. Nie lubię przygotowań, pakowania się i całego tego przemieszczania. Jak sobie o tym wszystkim pomyślę, odechciewa mi się podróży.

A aktorstwo jest podróżą?

- Za każdym razem zastanawiam się, co ja - Teresa Lipowska - chciałabym powiedzieć przez daną rolę. W każdą graną postać wkładam cząstkę siebie. Jeśli tę samą rolę u tego samego reżysera zagrałoby pięć aktorek, za każdym razem efekt będzie zupełnie inny. Bo my filtrujemy przez siebie zarówno cechy, które akceptujemy u granej postaci, jak i te mroczne, których nie chcielibyśmy w sobie znaleźć.

- Niestety nie miałam szczęścia i zazwyczaj obsadzano mnie w roli ciepłych ciotek, matek, babć czy kuratorek. A ja bym tak chętnie pograła ostre baby. Na przekór temu ciepłu, które nie przeczę, że w sobie mam. Niestety mało jest ciekawych ról dla starszych kobiet. A przecież starsza aktorka ma tyle do zagrania, takie wielkie życiowe i zawodowe doświadczenie. Jakby mi jeszcze dali zagrać jakąś przewrotną dwulicową kobietę, chętnie bym przyjęła taką propozycję. Tylko nie wiem, czy moi widzowie nie przestali by mnie lubić. A na starość i samotność taki plaster miodu od publiczności jest bardzo potrzebny.

Zobacz także:

Dowiedz się więcej na temat: Teresa Lipowska | M jak Miłosc

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje