Reklama

Reklama

Tam, gdzie rośnie czartopłoch

Na ile ten biłgorajski folklor - gdyby porównać go do dziedzictwa np. górali podhalańskich czy mieszkańców Podlasia jest zbadany i opisany?

Reklama

Ł.M: -  To raczej pytanie do etnografów. Ja z perspektywy filmowca mogę powiedzieć, że ten region nie ma jeszcze dostatecznej reprezentacji w kinie. To, co można zobaczyć, to proste dokumenty telewizyjne: wywiady, przebitki, głos w tle. My chcieliśmy od tego odejść i zrobić artystyczny film w duchu europejskiego kina. Jeśli na międzynarodowych festiwalach zachwycamy się obrazami, ukazującymi folklor Filipin, Tajlandii, czy Bliskiego Wschodu, dlaczego mamy nie dać się oczarować niebieskim chatom, bezkresnym lasom i kobietom, które zawodzą, snując opowieści o swojej doli i niedoli?

Teraz plany są ambitne, jednak wy też zaczynaliście od pomysłu na krótkometrażowy film.

K.M.: -  Na początku miał to być dokument dziesięciominutowy, potem maksymalnie półgodzinny. Kiedy jednak zaczęliśmy rozmawiać z kobietami z Roztocza, odkryliśmy, że ich pamięć skrywa historie, które zasługują na coś więcej niż zwykły, telewizyjny reportaż. Wtedy stwierdziliśmy, że nasz projekt musi być trochę większy.

Co na to mieszkańcy Roztocza? Z jednej strony świetnie: ocalacie od zapomnienia folklor, promujecie region. Z drugiej jednak może być tak, że dziś premiera, a jutro tłum turystów...

Ł.M.: Na razie wydają się być zachwyceni. Po tym, jak zdecydowaliśmy się na produkcję większego filmu, musieliśmy znaleźć dodatkowe środki. Poszukiwania zaczęliśmy od lokalnych firm. Pukaliśmy i mówiliśmy: wiedzą państwo co? Bo my mamy taki pomysł: chcielibyśmy zrobić film o Roztoczu. I, ku naszemu zaskoczeniu, osiem na dziesięć takich spotkań kończyło się wsparciem

Już wcześniej uznaliśmy, że Roztocze to mały raj. To teraz dodam: raj dla fundraisingu.

Ł.M.: - Raczej miejsce, w którym uchowała się jeszcze bezinteresowność. Tam do wójta czy sołtysa idzie się jak do dziadka albo taty i mówi np.: proszę pana, potrzebujemy stodoły do sceny pożaru. A taki wójt o ósmej rano częstuje ciepłym barszczem i wśród siorbania rozprawia o tym, jak zbudować taką stodołę i z czego zrobić poszycie, żeby się fajnie paliło.

K.M:  - Albo skąd wziąć pierze.

Pierze na wsi to chyba nie jest deficytowy produkt?

K.M.: To, jak się okazuje, wcale nie jest taka prosta sprawa. My byliśmy przekonani, że ładny, biały puszek, idealny do sceny darcia pierza, znajdzie się po prostu w poduszce. W wieczór przed zdjęciami rozpruliśmy jednak takiego jaśka, a tam w środku wstrętne, żółte, pomięte pióra, absolutnie nienadające się do filmu. Zadzwoniłam więc po ratunek do pani Janiny z Aleksandrowa, z którą w czasie zdjęć zdążyliśmy się już trochę zaprzyjaźnić. A ona - w lutym! - wskoczyła na rower i objechała całą wieś, notabene jedną z najdłuższych w Polsce. Z koleżankami wyskubała wszystkie, biedne aleksandrowskie gęsi. Następnego dnia mogliśmy się w tym pierzu tarzać.

"Oddać ostatnią koszulę" to wyświechtane powiedzonko, ale tu pasuje.

Ł.M.: I to dosłownie. Większość kostiumów została znaleziona w vintage shopach albo pożyczona przez panie z zespołu, ale jedna koszula jest szczególna. Na biłgorajskim targu Kasia wypatrzyła babuszkę. Pani do zaoferowania miała jedną główkę czosnku, ale za to ubrana była w bluzkę z przepięknym, żółtym haftem.

K.M.: Uklękłam przy niej i zaczęłam mówić, że ma taką ładną koszulę, a my kręcimy film i potrzebujemy strojów, może więc zgodziłaby się ją odsprzedać. Niech tylko da nam swój adres, a my jutro przyjedziemy i odbierzemy bluzkę. Pani na to, że nie przyjedziecie, to jest daleko... i zaczyna się na środku tego targu rozbierać. Ja w panikę, a ona dalej swoje: że nie chce żadnych gości, że nie ma czasu, że kłopot... Dobrze, że pod tą koszulą miała jakiś top, a i pogoda sprzyjała takim rozbierankom. Mamy na koncie wiele filmów, kręconych w różnych miejscach i z różnymi ludźmi, ale coś tak żywego i autentycznego jeszcze nam się nie przytrafiło.

Roztocze długo jeszcze może trwać w takim kształcie? Dla wiedźm, czarownic i białego śpiewu znajdzie się miejsce we współczesnym świecie?

Ł.M: - Jadąc przez Roztocze czułem się czasem jak w jakimś New Jersey: koło gigantycznego centrum handlowego stoi zabytkowa cerkiew, a przydrożna kapliczka sąsiaduje z klockiem o plastikowych oknach.

K.M: To zanikanie tradycji rozdziera serce. Pewną nadzieję dają regionaliści: pan Tadeusz Kuźmiński, który próbował zbudować miasteczko sitarzy, albo Henryk Kaproń, lokalny biznesmen, twórca Archipelagu Roztocze - interaktywnej ekspozycji, prezentującej kulturę regionu. Szkoda tylko, że takich osób nie ma więcej. Byłoby dobrze, gdyby Roztoczanie zrozumieli, że inwestycja w folklor może opłacić się bardziej niż budowa kolejnego supermarketu. Mają na wyciągnięcie ręki skarb, wystarczy zrobić z niego użytek. 


*  * *
Prace nad filmem "Dzień i noc" dobiegają końca. Jeszcze w tym roku zobaczą go osoby wspierające produkcję, w przyszłym zaś, ma zostać zaprezentowany szerszej publiczności w ramach festiwalowych pokazów. Twórcy wciąż jednak poszukują środków, które pomogą im dokończyć postprodukcję. Na ten cel, zorganizowano internetową zbiórkę pieniędzy na portalu Zrzutka. Osoby, które chcą wspomóc projekt mogą też kontaktować się bezpośrednio z twórcami obrazu: info@siameseproduction.com albo poprzez fanpage filmu. 

"Dzień i noc",  reż. Katarzyna Machałek, Łukasz Machowski, muzyka: Nascuy Linares, wyst. Sandra Korzeniak, Katarzyna Janiszewska, Aleksandra Przesław, Justyna Janowska, Mateusz Malecki i inni.


 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje