Przejdź na stronę główną Interia.pl

Talenty procentują

– Dzieci są poddawane testom i ocenie już od najmłodszych lat – odpowiada na zarzuty krytyków show. Wie bowiem z własnego doświadczenia, jak ważna jest umiejętność przyjmowania porażek.

Jeden z prowadzących talent show powiedział niedawno, że nigdy nie wysłałby swojego dziecka do takiego programu. Zgadzasz się z nim?

Reklama

Aneta Todorczuk-Perchuć:  - Czym innym jest wysłać do programu swoje dziecko, a czym innym spełniać jego marzenia. Często dzieci "wypychane" są na scenę dosłownie na siłę, bo tak chcą ich rodzice. Dla dziecka to jest ogromna i kompletnie niepotrzebna trauma.

Ale skąd wiadomo, czy dziecko realizuje marzenia swoje, czy rodziców?

- Po dziecku od razu to widać! Inaczej na scenie zachowują się dzieci, które uwielbiają występować i być w centrum uwagi, a inaczej te, które wolałyby w tym czasie być na placu zabaw. My do udziału w programie szukaliśmy wyłącznie takich dzieci, które bez obaw staną przed publicznością i nie skończy się to histerią i ucieczką za kulisy. To dla dzieci ma być przede wszystkim zabawa.

Program spotkał się z ogromną sympatią widzów i taką samą krytyką przeróżnych specjalistów od wychowywania dzieci. Pojawił się nawet polityczny protest i postulat, by program zdjąć z anteny. Jesteś częścią tej produkcji, pracujesz ze swoją grupą i opiekujesz się dziećmi, a więc obserwujesz ich zachowania. Dla ciebie te głosy krytyki są zrozumiałe?

- Krytykować jest łatwo. Zdarzało mi się zasiadać w jury, które musiało oceniać dzieci. To jest szalenie trudne. Przede wszystkim trzeba mieć na uwadze dobro dziecka. Młoda osoba jest na starcie i każda opinia może zabić ambicję, bądź ją uruchomić. Trzeba ogromnej czujności. Ze swojej strony powiem, że skupiam się na zadaniu, które mi powierzono i staram się wykonywać je najlepiej jak umiem. Dzieci są poddawane ocenie już przy turniejach "Chińczyka", rozgrywanych w gronie rodzinnym. I już wtedy doświadczają pierwszych porażek. Jako matka wiem, co przeżywa dziecko, które przegrywa w grze planszowej. Moim zadaniem jest pomóc mu poradzić sobie z przegraną. Mam za sobą 12 lat spędzonych w szkole muzycznej, nieustannego zdawania egzaminów i przeżywania porażek. Dzięki nim jestem dziś silniejszą osobą.

- Do udziału w "Małych Gigantach" zostały wybrane dzieci, które mają ogromne talenty i chcą je światu pokazać. Rolą rodzica jest poprowadzenie dziecka we właściwym kierunku. Ci mądrzy patrzą, co dalej zrobić z dzieckiem, jak je poprowadzić i rozwijać, żeby talent procentował. Zapraszam na plan show, gdzie wszyscy są nastawieni na to, żeby dzieciom nie stała się krzywda. Są animatorzy, psycholog i oni czuwają nad tym, żeby dzieci czuły się dobrze i bezpiecznie, opiekunowie zresztą też. Spotkałam tu wielu rozsądnych rodziców, którzy pytają mnie o to, w jakim kierunku poprowadzić dziecko, żeby wyciągnęło naukę z tej niewątpliwej przygody, którą przeżyły. I oby słusznie. Trzymam za nich kciuki.

A rywalizacja? Jest w ogóle sens narażać dzieci na konkurowanie ze sobą?

- Mam wrażenie, że całe życie jesteśmy oceniani i z kimś konkurujemy. W mojej szkole muzycznej stres i rywalizacja były potworne! Do tego stopnia, że nieraz mama dawała mi środki uspokajające przed egzaminem, bo strach mnie dosłownie paraliżował. Stres i konkurencja - koszmar! To jest oczywiście przykład ekstremalny, ale z perspektywy czasu, nie mam wątpliwości, że to mnie w pewien sposób ukształtowało. W programie nie dopuszczamy oczywiście do podobnych sytuacji, na planie cały czas obecna jest psycholog, która czuwa i kontroluje reakcje dzieci. Jest konkurencja, ale jest też poczucie, że udział w programie ma czemuś służyć, bez względu na to, jaki będzie finał. Z moją grupą mamy nawet takie hasło: "Czy wygramy, czy przegramy, my się ciągle rozwijamy!". I o to w tym chodzi.

Czyli bez obaw zgodziłabyś się, gdyby któreś z twoich dzieci miało ochotę wziąć udział w takim show?

- Moje dzieci raczej kurczowo trzymają się maminego swetra i wstydzą się, kiedy próbuję je komuś przedstawić! (śmiech). Gdybym jednak widziała, że mają pęd do występowania, to z pełną odpowiedzialnością powiem, że tak! Sądzę, że kluczem jest to, by dzieciom proponować zajęcia dodatkowe i sprawdzać, jak się na nich odnajdą. Zapisaliśmy naszą Zosię na grę na skrzypcach i bardzo dobrze sobie radzi. Staszek też próbował, ale tu entuzjazm był zdecydowanie mniejszy, więc nie naciskaliśmy. Natomiast ciągnie go w stronę perkusji, czuje rytm i ma - jak na drobniutkiego czterolatka - całkiem solidne uderzenie.

Wróćmy do twojego zadania w programie. Twoją rolą jest trenować dzieci, a przede wszystkim je wspierać. Udało się z nimi nawiązać nić porozumienia?

- My jesteśmy bardzo zgraną grupą! Na pewno fakt, że sama jestem matką, bardzo mi pomaga. Niektóre dzieci mówią do mnie - uwaga - ciociu! A jedna z moich podopiecznych po zakończonym występie stwierdziła, że ona to już właściwie chce iść do swojej cioci! (śmiech). Staram się, by dzieci naprawdę dobrze czuły się w programie i nawet kiedy coś się nie uda, to należy to z dzieckiem przepracować, tak, by potrafiło znieść porażkę.

A widzisz potencjalne gwiazdy w programie?

- W programie jest mnóstwo bardzo zdolnych uczestników! Starałam się z "moimi dziećmi" nie oglądać konkurencji, żeby skupiały się na swoich zadaniach. Kibicowałam "moim" i wiem, że ich występy rozkładały widzów i jurorów na łopatki. Nie lubię słowa "gwiazda". To są wielkie talenty. Wiem, że trzeba będzie te dzieci jedynie w przyszłości dobrze poprowadzić, ale materiał na "gwiazdy" jest! Wiele zależy teraz od ich rodziców.

18/2015 Tele Tydzień

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje