Przejdź na stronę główną Interia.pl

Taka miłość się nie zdarza

Co za beznadziejny gość - pomyślała ona. Jaka niedostępna złośnica - pomyślał on. Po dwóch dniach już mieszkali razem. Miłość dopadła ich znienacka. Małgorzata i Jacek Rozenkowie.

Małgorzata

Uwielbiam śpiewać, choć strasznie fałszuję. Mimo to śpiewam mężowi w samochodzie na cały głos. Moja mama śmieje się: "On cię musi strasznie kochać, skoro to wytrzymuje". To prawda, mieliśmy ogromne szczęście, że się spotkaliśmy. Chociaż kiedy się poznaliśmy, pomyślałam o nim: "Co za beznadziejny gość!". Nasze pierwsze spotkanie zaaranżował Piotr Adamczyk. Zaprosił mnie na grilla, zapowiadając, że pozna mnie ze świetnym facetem. Po pierwszych minutach rozmowy, kiedy Jacek starał się błysnąć i przechwalał się swoimi podróżami, uciekłam do domu i wieczór uznałam za koszmarny. Ale Piotr nie dał za wygraną. Następnego dnia zadzwonił z kawiarni, gdzie siedział ze znajomymi, i zaproponował, żebym do nich dołączyła. Gdy dotarłam na miejsce, okazało się, że Jacek też tam jest, w dodatku adoruje go jakaś piękna kobieta. I wtedy poczułam irracjonalną zazdrość. A kiedy podczas rozmowy okazało się, że obydwoje uwielbiamy konie, przyjęłam zaproszenie Jacka na wspólny wyjazd na zawody konne do Warki. Już następnego dnia tego pożałowałam, w samochodzie prowadziliśmy drętwą rozmowę. Do czasu, gdy Jacek zaczął opowiadać mi o swoim synu z pierwszego małżeństwa. Mówił o nim z ogromną czułością i zaangażowaniem. Pochodzę z tradycyjnej rodziny i pamiętam, jak pomyślałam wtedy, że to nie może być zabawa, że nie mogę potraktować Jacka romansowo.

Reklama

Nie wiem, jak to się stało, nigdy wcześniej mnie to nie spotkało, ale właśnie wtedy się w nim zakochałam. Wieczorem umówiliśmy się do kina, a po kinie poszłam do Jacka domu i… już tam zostałam. Miesiąc później zrezygnowałam z pracy. Pracowałam w dobrej firmie prawniczej, ale gdy wracałam do domu, Jacek właśnie wychodził do teatru, prawie się nie widywaliśmy. Czuliśmy, że to, co jest między nami, to coś wyjątkowego, dlatego podjęliśmy tę decyzję. Wiem, że pogwałciliśmy zasady zdrowego rozsądku. W dodatku Jacek miał opinię kobieciarza, jego znajomi mówili, że to się nie może udać, a my jesteśmy ze sobą już 8 lat, po ślubie 6. I z roku na rok jest między nami lepiej. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale taka miłość zdarza się raz. Człowiek nie myśli wtedy, nie kombinuje. Po prostu głupieje. To kwestia dobrania.

Moja mama mówi, że mam męża uszytego na miarę. Rodzice kochają go jak syna. Z wzajemnością. Boję się, żeby Jackowi coś się nie stało. Już nigdy nie znajdę nikogo, kto chociaż w 10 proc. tak mi będzie odpowiadał i który tak mnie będzie akceptował. Jestem nerwowa, mam swoje wariactwa. Gdy zaczęłam się z Jackiem spotykać, miałam 11 psów. On to przyjął i do dziś wspiera mnie w moich szaleństwach. Do niedawna mieszkaliśmy na wsi, bo chciałam mieć stajnię i własne konie. Jacek dojeżdżał codziennie 70 km do pracy, tracąc 3 godziny w samochodzie tylko po to, żebym mogła realizować swoje marzenia. Każdą wolną chwilę spędzamy razem. Mamy mało przyjaciół, bo nie czujemy potrzeby wychodzenia na zewnątrz. Nikt nie jest na tyle atrakcyjny, abyśmy rezygnowali z rodzinnego wieczoru. Staram się podjechać do Jacka do pracy, żeby spędzić z nim choć godzinę w ciągu dnia. Jacek uważa, że jego życiową rolą jest zapewnienie mi szczęścia. Gdy widzi, że coś sprawia mi przyjemność, po prostu to robi. A ja jestem daleka od ideału żony.

Na mojej głowie są remonty, opieka nad dzieckiem, robię też doktorat na UW, za to nie gotuję, nie piorę, nie pracuję zawodowo. Znajomi ostrzegają, że robię błąd, bo Jacek za 10 lat znudzi się mną, że muszę pracować, żeby nie zostać na lodzie. A ja wiem, że on mnie nie zostawi, a gdyby nawet tak się stało, to trudno. Nikt nie zabierze mi tych wspólnych lat. Różnimy się w wielu kwestiach. Jacek jest romantyczny, ja pragmatyczna. Na początku znajomości często się przez to kłóciliśmy. Gdy dowiedziałam się przypadkiem, że miał zamiar zabrać mnie w romantyczną podróż, informując o tym… na lotnisku, zrobiłam mu awanturę, o mało się przez to nie rozstaliśmy. Bo ja lubię wiedzieć wcześniej, przygotować się. Na rocznicę ślubu dostałam od niego piękne perły. Gdy je założyłam, coś mi nie pasowało, więc naszyjnik wymieniłam na pierścionek z brylantem. Jacek już się o to nie obraża. On wstaje rano, ja tego nienawidzę. Ja planuję, on zapewnia środki na realizację tych planów. Nie pracujemy nad związkiem, bo nie musimy.

On jest tą mądrzejszą połową. Wie, co jest ważne. Nie jest małostkowy, nie czepia się o drobiazgi. Jesteśmy już tak zgrani, że prawie w ogóle się nie kłócimy. Wcześniej to robiliśmy, z trzaskaniem drzwiami, ale to były kłótnie bez negatywnych emocji. O dziecko zaczęliśmy się starać jeszcze przed ślubem. Gdy po dwóch latach prób nie mogłam zajść w ciążę, lekarz zasugerował in vitro. Skończyłam szkołę baletową, wysiłek fizyczny często uniemożliwia byłym baletnicom macierzyństwo. Jacek przyjął tę decyzję ze spokojem. Nie miał oporów, nie miał kompleksów, nie czuł się niemęsko. Jak zwykle stanął na wysokości zadania. Kiedy czasem słyszę, że metoda in vitro jest sprzeczna z doktryną Kościoła, mówię: "Spójrzcie na Stasia, czy chcielibyście, żeby tego dziecka nie było na świecie?". Dzięki Jackowi miałam cudowną ciążę. Spełniał wszystkie moje zachcianki. Potem przyszło zmęczenie. Zdałam sobie sprawę, że już nie ucieknę przed odpowiedzialnością, że jestem dodatkiem do dziecka. Teraz nie mam z tym problemu, ale wtedy czułam się strasznie.

Uważamy z Jackiem, że kobietom robi się ogromną krzywdę, tłumacząc, jakie macierzyństwo jest wspaniałe i cudowne. To jest prawda, ale początek jest zawsze trudny. Mogłam Jackowi powiedzieć, że mam dosyć dziecka, że chcę odpocząć. I nie bałam się, że on mnie napiętnuje. Pozwalał mi czuć się dobrą matką. Wyciszał mnie, uspokajał, wszystko ogarniał. Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Dopiero przy Jacku okazało się to moim największym pragnieniem. Dziś Stasiek jest dla nas najważniejszy, jest naszym dopełnieniem. Jacek powiedział mi kiedyś, że dla mnie warto walczyć. I on walczy. W pewnym momencie zaczął nawet za dużo pracować, musiałam go przystopować. Ale widzę, jak się cieszy, że firma mu się rozrasta. Wiem, że robi to dla nas. Moja rola w naszym małżeństwie jest łatwa: kocham to, kim Jacek jest. A on jest łatwy do kochania.

Reklama

Reklama