Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tadeusz Müller: W kuchni rządzę ja

Przez całe lata żył w cieniu matki, restauratorki i gwiazdy telewizyjnej Magdy Gessler. Dziś Tadeusz Müller podąża jej śladami i radzi sobie świetnie. Ona to docenia – mówi mu nawet, że jest dla niej jedynym autorytetem kulinarnym w Polsce. Jednak ich relacje nie zawsze były tak udane.

Kilka tygodni temu. Telefon od mamy: "Tadeusz, ratuj!". Okazuje się, że na planie jej programu "Kuchenne rewolucje" (TVN) za godzinę odbędzie się uroczysta kolacja finałowa, a w gotowanym przez kilka godzin czerwonym barszczu buraki mają konsystencję kamienia. Analizuję błyskawicznie sytuację i ustalam, że okolica, w której znajduje się mama, słynie z twardej wody. Udzielam szybkich porad, mama dziękuje i wraca do pracy.

Reklama

Potem wysyła mi SMS, że goście zachwycali się barszczem. Uśmiecham się pod nosem. Zaledwie kilka dni wcześniej to ja prosiłem ją o przepis na tradycyjne ciasto drożdżowe, ten po babci. Zapomniałem, ile potrzeba żółtek na kilogram mąki i jak bez miksera wyrobić odpowiedniej konsystencji ciasto, aby się pięknie przelewało. Nie chciałem iść na łatwiznę i używać maszyny, bo to potrafi każdy. Mama wyrecytowała z pamięci przepis. A gdy spróbowała mojego ciasta, orzekła, że przypomina babcine... Cieszą mnie nasze dobre relacje. Tym bardziej, że wcześniej bywały skomplikowane.

Cudowne lata

Jestem postrzegany jako człowiek, który długo próbował uciec od przeznaczenia, czyli branży kulinarnej. Sam ten obraz niejako wykreowałem. Dystansowałem się od mamy, nie brałem udziału we wspólnych projektach, z dumą nosiłem i noszę nazwisko po ojcu, Volkharcie Müllerze. Powtarzałem, że chcę być fotoreporterem i dziennikarzem, jak on. Tata nadal stanowi dla mnie wzór człowieka pasjonata. Pieczołowicie, z wielkim oddaniem pracował nad swoimi tekstami i zdjęciami. Wciąż pamiętam z domu rodzinnego to intelektualne napięcie, które mu stale towarzyszyło.

A dla kontrastu miałem obok mamę: kwitnącą osobowość, która nieustannie ożywiała nasz dom. Mieszkaliśmy w Madrycie, gdzie ojciec pracował jako korespondent tygodnika "Der Spiegel", a mama, absolwentka malarstwa w madryckiej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych św. Ferdynanda, prowadziła firmę gastronomiczną, gotowała na dworze królewskim i wykładała w jednej z pierwszych prywatnych szkół gotowania Alambique.

Zapraszała do domu tabuny ludzi: malarzy, pisarzy, dziennikarzy, celebrytów. Regularnie bywała u nas wielobarwna reprezentacja artystów hiszpańskich połowy lat 80. XX wieku. To była moja codzienność. Mieszkaliśmy przy Plaza del Dos de Mayo, czyli przy wyjątkowym placu, gdzie przez cały rok artyści przesiadują w ogródkach tapas barów. To w tej okolicy wcześniej odbył się zryw społeczny po uciemiężeniu Hiszpanów przez generała Franco. Kiedy byłem dzieckiem, panowała odwilż kulturalno-społeczna, z której czerpano garściami. Wydawało się, że w mieście trwa nieustająca fiesta.

Trudne powroty

Kiedy miałem pięć lat, mój tata zmarł na raka. Zrozpaczona mama pojechała do Polski, aby przygotować grunt pod nasze nowe życie. Niełatwe, bo jeszcze przed Okrągłym Stołem i transformacją. Pojawiła się już jednak szansa na otwarcie restauracji. Czekałem na mamę (pod opieką niemieckiej części rodziny), która potem zabrała mnie samochodem przez pół Europy aż do Sulejówka pod Warszawą, gdzie zamieszkaliśmy.

Nie dziwiłem się decyzji mamy: świat jej się zawalił, straciła ukochanego męża, który dbał o rodzinę, a w Madrycie nie miała rodziny. Ale przeprowadzka była dla mnie ciosem. Musiałem porzucić rzeszę kumpli. Pozostawiałem przyjemne życie: na osiedlu był basen, kilka kroków dalej ulubiona burgerownia i centrum handlowe. A w Sulejówku wtedy nie było jeszcze latarń na ulicach. Pierwsze lata w Polsce zatarły się w mojej pamięci. Nie chcę teraz już wchodzić w szczegóły, ale przez pewien czas mieszkałem z babcią, w domu pięknie położonym nad Bugiem. Z mamą nie mieliśmy wtedy prawie w ogóle kontaktu.

Trochę łobuzowałem; raz dostałem nawet naganę za bójkę z kolegami. Potem, już jako nastolatek, sporo czasu przebywałem z rodziną mojej dziewczyny Victorii oraz z ciocią Ute, siostrą ojca, która po jego śmierci poczuła się za mnie odpowiedzialna. Często jeździłem do niej do Niemiec, spędzałem tam wakacje i inne wolne dni. Pamiętam, jak mnie zganiła za to, że na początku lat 90. wrzuciłem sreberko po czekoladzie do nieodpowiedniego śmietnika. Już wtedy ciocia wszystko uważnie segregowała. Za karę musiałem myć fugi w prysznicu szczoteczką. Dziś jestem fanem recyklingu! (uśmiech) I nadal utrzymuję z moją rodziną z miasta Biberach bliski kontakt.

Łaknę wspomnień o ojcu. Słyszę często, że jestem do niego podobny. Kreatywny, rozważny, rodzinny, odpowiedzialny, oszczędny, może też skromny? I empatyczny: właśnie dlatego zrezygnowałem z jedzenia mięsa, choć gościom w restauracji nie chcę go odmawiać. Podobnie jak mój ojciec wolę koncentrować się na innych niż na sobie; myślę, że dzięki temu mogę prowadzić kilka restauracji. Żałuję, że tak mało tatę pamiętam. Do dzisiaj odkopuję ślady po nim. Korzystam z wiedzy osób, które go znały, zabiegam o ich opowieści. Śledzę archiwa w madryckiej agencji EFE, podziwiam fotografie. Może kiedyś godnie uhonoruję pamięć o swoim ojcu, tworząc album z jego pracami?

Doktorat z jedzenia

Na razie gastronomia pochłania cały mój czas - tak samo wygląda życie mojej mamy. Nie dziwię się, że ona tak dużo pracuje. Jest pasjonatką, uwielbia wymyślać coś od początku, czy to w programach, czy w swoich lokalach.

Doświadczenie gastronomiczne zdobywałem samodzielnie. Nie chciałem być odbierany jako osoba koniunkturalna, korzystająca ze splendoru mamy. Moja niezależność trwała latami. Pracowałem w wielu restauracjach niemających z mamą nic wspólnego. Nie opowiadałem współpracownikom o swojej rodzinie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje