Przejdź na stronę główną Interia.pl

Szkoda mi czasu na głupoty

- Jest taka piękna anegdota o jednym z krakowskich aktorów. Prawdziwy diament. Wyjechał, skomplikował sobie życie, został alkoholikiem i nikt nie umiał mu pomóc. Był czas, że przez lata nie pił, był na odwyku. I kiedy ktoś zapytał go, jak tam było, odpowiedział: "Wiesz co... Trzy lata byłem na tym odwyku. I nic nie pamiętam". Nie ma nic gorszego niż stabilizacja - o zachłanności, apetycie na życie, swoim małżeństwie i krakowskim klimacie piwnic i knajp, które potrafią wciągnąć, mówi Tomasz Schimscheiner.

Tomasz Schimscheiner: - Coraz częściej łapię się na tym że szkoda mi czasu i zauważam, że jest coraz więcej rzeczy które przestają mnie bawić.

Reklama

Katarzyna Wilk: Zupełnie inaczej jest w spektaklu Teatru STU "Inne Rozkosze", w którym grasz główną rolę. Tam wielkie emocje i zabawa są główną osią przedstawienia.

- Dla Kohoutka, postaci, w którą się wcielam, to nie są żarty. To, że on jest kobieciarzem, jak sam o sobie mówi: "Casanovą spod ciemnej gwiazdy". U niego to rodzaj nałogu, a nie zabawa. Jak spotyka kobietę, a ma duży rozstrzał - od nastolatki po panie w wieku przekwitania - zapomina o całym świecie. Jest całkowicie ukierunkowany na drugą osobę, nie może o niczym innym myśleć, i kiedy ją uwodzi, to naprawdę wierzy, że ona będzie jedną jedyną. To nie jest zabawa.

Mam poczucie, że z "Innymi rozkoszami" jest jak z niektórymi filmami. Kiedy je oglądamy, śmiejemy się z dialogów i sytuacji, bo są zabawne. A po czasie dochodzi do nas, że tak naprawdę przez cały czas śmialiśmy się z samych siebie. I kończymy seans z takim mentalnym uderzeniem w twarz. Jest gorzko i wcale nam nie jest do śmiechu.

- To najlepsze, co może się zdarzyć twórcy! Robić coś, co ma sens. To taka frajda! I jeszcze zrobić to tak, żeby sprzedać swój sposób myślenia o świecie. To, że Baron (Artur Więcek, reżyser spektaklu - przyp. red.) bierze powieść Jerzego Pilcha na warsztat to znaczy, że on mu spasował, żeby pokazać swój punkt widzenia świata. Dla Barona wszystko ma sens. Nie tylko dobre wydarzenia.

A jaki sens ma wpadanie w wir zdrad, alkoholu i wielkich emocji, za którymi goni Kohoutek? Nie tylko on, wielu ludzi w pewnym momencie życia robi to samo.

- Bo wiesz, że żyjesz. Jak cię coś dotyka, to wiesz, że jeszcze czujesz. Jak zdradzasz to tylko sprawdzasz czy masz coś w środku, czy jesteś pusty jak wydmuszka. Jak uwodzisz - to samo. Jak się bawisz - to samo. Sprawdzasz czy w tobie coś się jeszcze dzieje, czy jesteś całym człowiekiem, czy tylko trybikiem w maszynie.

Poprawne, grzeczne życie jest nieatrakcyjne?

- Nie wiem. Nie żyłem tak nigdy, więc nie wiem.

A próbowałeś?

- Jest taka piękna anegdota o jednym z krakowskich aktorów. Niezrealizowany talent, prawdziwy diament, był blisko Piwnicy Pod Baranami. Wyjechał, skomplikował sobie życie, został alkoholikiem i nikt nie umiał mu pomóc. Był czas, że przez lata nie pił, był na odwyku. I kiedy ktoś zapytał go, jak tam było, odpowiedział: "Wiesz co... Trzy lata byłem na tym odwyku. I nic nie pamiętam". Nie ma nic gorszego niż stabilizacja.

I to mówisz ty, który mimo tak ryzykownego zawodu ma udane małżeństwo?

- Nie mieszkasz u mnie w sypialni, więc nie wiesz tego.

Domyślam się, że jeśli ludzie są ze sobą tak długo, to bywają i trudne momenty. A jednak od wielu lat jesteście razem.

- To jest zachłanność z mojej strony, która wynika z tego, że chciałbym mieć ciastko i zjeść ciastko. Wiesz, ile razy ja się zastanawiałem czy byłbym dużo lepszym ojcem, gdybym nie był aktorem i czy byłbym lepszym aktorem, gdybym nie był ojcem i mężem? I już masz brak stabilizacji. I już musisz z kimś mądrym pogadać. Jak sobie z tym radzić, żeby nie zrobić komuś krzywdy? To jest zawód zwiększonego ryzyka. Jak masz moment, kiedy powinie ci się noga, wszystkich to interesuje.

Media mają o czym pisać, mają pożywkę.

- Podglądanie nas strasznie kręci, wszystkich! I nie unikniemy tego. Ja to nawet rozumiem. Ale jak ktoś mi o podglądaniu zaczyna opowiadać, to staram się zakończyć temat. Bez tego nie da się żyć, ale wolę od tego uciekać.

Ale aktorzy też to robią! Przecież często budujecie role podglądając innych ludzi. Te same historie mogą być waszą pożywką.

- Tak, cytując Kohoutka: "kiedy przechodzę koło fajnej babki, to nie ma siły, żebym się nie za nią obejrzał". Bo jest fajna, ma energię. Zobaczyć kochającą się parę z okna naprzeciwko, to jak trafić szóstkę w totka. I nie ma takiej siły, która zmusiłaby do tego, żeby odwrócić wzrok. Ale mam z drugiej strony takie poczucie, że to wszystko trzeba trzymać na wodzy. Trzeba umieć radzić sobie z tymi emocjami.

Słyszałam o księdzu, który na naukach przedmałżeńskich mówi: "Jeśli czujesz, że możesz ulec pokusie, to spie..., to uciekaj".

- I to jest bardzo mądre. Przypomina mi się genialny film "Franciszek" Liliany Cavani, z Mickeyem Rourke grającym właśnie Franciszka. On ma tam piękna scenę, kiedy razem z kolegami idą ulicą, są w habitach, i jeden z nich zagapił się na dziewczynę, która kąpała się w miednicy. Zobaczył ją przez okno i zatrzymał się i na sekundę się zamarzył. Franciszek mu powiedział: "Nie, ty nie możesz iść z nami, ty już jesteś tu. Zostań tu, tu jest Twoje miejsce". Nic na siłę! Poczujesz coś, jeśli zaryzykujesz te ekstremalne emocje.

Kohoutek w "Innych rozkoszach" nie musi się hamować. Właśnie z tych ekstremalnych emocji czerpie najwięcej energii.

- To nie tak. On się musi hamować. Żyje w protestanckim domu. Tam jest matriarchat. Wszystko musi być zgodne z rodzajem schematu. Mieszka z żoną i rodzicami. Jest po czterdziestce, a cały czas jest dzieckiem. Jego żona ma przepiękny monolog. Mówi o tym, że ich życie we dwójkę nigdy nie było w pełni skonsumowane, w takim szale. Zawsze mieli jakieś ograniczenie. To skrzypiącą wersalkę jak byli młodzi, mieszkali w akademiku i przez nią nie mogli się kochać, jak chcieli. Innym razem przygłupi koledzy, którzy wyśmiewali się z ich miłości. Przez chwilę mieszkają sami, w ciasnym mieszkanku, jest beznadziejnie i wracają do mieszkania rodziców. I dalej są dziećmi. Nie pofrunęli jako dorośli. Zawsze jest ktoś, kto trzyma na nich oko.

A nie jest tak, że Kohoutek pofrunął, tyle że z kimś innym? Ile masz w sobie z tej postaci?

- Tu działa ten mechanizm przeciwieństwa. Jeżeli coś tak bardzo cię trzyma, hamuje, to później odbije ci z taką samą energią i siłą. I Kohoutek jak tylko wychodzi z domu, to szaleje. Protestantyzm go ogranicza. Gdy poczuje choć trochę wolności, daje upust wszystkim emocjom. Chce tą wolność łykać tak, że zapomina o tym, co zostawia za sobą. A jak jest ze mną? Nie mam czasu na plotki...

Pytam, bo Baron w jednym z wywiadów powiedział, że on ani przez chwilę nie zastanawiał się, kogo obsadzi w tej roli. Od razu wiedział, że Kohoutek to jesteś ty!

- Znamy się od tylu lat... Jesteśmy dłużej ze sobą niż z naszymi żonami. Kochaliśmy się w tych samych kobietach, filmach, książkach. Chcieliśmy robić te same rzeczy...

- Pamiętam, że bardzo podobną rzecz powiedziała mi reżyserka Agata Duda-Gracz kiedy robiliśmy "Rewizora" we Wrocławiu. I to był "Rewizor" Gogola, ale według Bobczyńskiego. To taka postać w sztuce, która jest na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Zwykły, szary człowiek. Agata zapytana dlaczego obsadziła mnie w tej roli, powiedziała: "Bo Schimscheiner jest Bobczyńskim".

- Baron tak mnie widzi, takim mnie zobaczył. Robiliśmy razem "O psychiatrach, psychologach i innych psycholach" w Teatrze STU. Wtedy dostrzegł we mnie coś innego. Na tym polega wielkość literatury, że każdy znajdzie w sobie cząstkę tych postaci.

To, że Duda-Gracz czy Baron od razu obsadzają cię w roli, musi być budujące. Inaczej pracuje się w zespole, gdy czuje się, że ma się wsparcie jego i dyrekcji. W Teatrze Ludowym, z którego odszedłeś po wielu latach, tego zabrakło?

- Tak, to jest podstawa. Nauczyłem się tego i od Barona, i od Agaty, i od Stuhra... Dziś jedyny sens teatru instytucjonalnego to jest zespół! Gdy spotyka się grupa ludzi z jasnym celem i wielką energią, to jest to siła teatru. I po to warto go utrzymywać. W Ludowym przestałem to zauważać. Nie widziałem sensowności bycia w teatrze, kiedy jeden z trybów nie gra.

- I tu znów wracamy do tego, co już mówiłem. Kolejny raz szkoda mi czasu. Jeżeli przez 10 lat w teatrze nie masz ani jednego spektaklu, który by utwierdzał twoją wartość jako zespołu, to nie chcę tracić czasu.

- Moja żona się śmieje, że aktorzy byliby genialnymi szpiegami. Mamy warsztat, ale nie jesteśmy szpiegami, bo na końcu nie można wyjść i się ukłonić. I coś w tym jest! Nie oszukujmy się. Aktor ma ego. I to ego jest bardzo drażliwe, rozchwiane. Gdy przez 10 lat zespół, w którym jesteś, nie ma żadnego sukcesu, a wiesz, że pracują w nim dobrzy aktorzy, trzeba coś z tym zrobić. Albo uciekać, albo mówić o tym głośno. A mnie i szkoda czasu, i nie jestem dyplomatą.

Po przeprowadzce z Warszawy to ego pewnie dodatkowo ucierpiało. Tam jednak świat splendoru ma się lepiej niż w Krakowie.

- Tak! To niebezpieczne. Był moment, że pofrunąłem sobie w tej próżności. Ale tu znowu była Beata, która mi powiedziała: "Tomek, wracaj z Warszawy".

- Nagle zobaczyłem, że dziwnie się czuję, gdy nie ma w kiosku gazety ze mną na okładce. Był taki moment, kiedy ja, Grażyna Wolszczak i Bożena Dykiel byliśmy codziennie w gazetach. Od Twojego Stylu po krzyżówki. Pełen rozrzut! I zaczynałem czuć się niepewnie kiedy nie widziałem na tych okładkach swojej twarzy, jakbym coś tracił. I to mnie tak uderzyło! Pytałem samego siebie: "Tomek, co ostatnio przeczytałeś, zobaczyłeś wartościowego, z kim się spotkałeś i jaki zrobiłeś spektakl?"

I wróciłeś do Krakowa. Miasta, o którym Jerzy Pilch mówi: "To jest miasto, w którym siedzenie w knajpie jest o wiele groźniejsze niż gdzie indziej".

- Z mojego doświadczenia powiem, że każde odświeżenie otoczenia natychmiast wzmaga kreatywność. Nie wolno się nam zasiadywać. Nie wolno nam powiedzieć, że jest bezpiecznie. To poczucie stabilizacji jest zabójcze dla każdego twórcy. A dla aktora zwłaszcza.

To co robisz, by tej stabilizacji uniknąć?

- Po 25 latach rozstałem się z Teatrem Ludowym. Od 6 lat jeżdżę po Polsce z występami gościnnymi. Za chwilę mamy premierę filmu "Fale" Grzegorza Zaricznego. Pokazywaliśmy go na festiwalu w Karlowych Warach i w Gdyni. Społeczne kino, piękny film. To zmieniam!

Czyli nie zasiedziałeś się w Krakowie?

- Zasiedziałem się jak fiks! Kocham to miasto. I jak tylko kończę spektakl w STU, ono mnie wchłania. W każdej knajpie siedzi ktoś znajomy. Jedyna trudność jest taka, żeby wiedzieć kiedy wejść do tej knajpy... A może i kiedy z niej wyjść.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje