Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Światła na: Jerzy Pilch

„Dożyłem apokalipsy i dalej nie wiem, kim jestem” – tak mówi 90-letni bohater „Żywego ducha”, nowej książki Jerzego Pilcha. A czy sam autor, 65-letni pisarz, już to wie?

Wiek: 65.

Reklama

Zawód: Pisarz.

Skąd pochodzi: Wisła

Miejsce zamieszkania: Warszawa

PANI: Oglądał pan mundial?

Jerzy Pilch: - Jestem kibicem piłki nożnej, więc tak. Ale od dawna przestrzegałem przed hurraoptymizmem, który opanował Polaków i który teraz zamienił się w hurrapesymizm. Polska była niesamowicie zadowolona, że wylosowała takie drużyny jak Kolumbia, Senegal i Japonia, ale każdy z tych trzech zespołów był zadowolony, że trafił na Polskę. Tego kibice i filozofowie futbolu nie wzięli pod uwagę. A że na naszych piłkarzy i tak zawsze czeka chór śpiewający: "Polacy, nic się nie stało", to można grać na luzie.

Czyli oglądaniu mistrzostw świata nie towarzyszą takie emocje jak meczom Cracovii?

- Cracovię się kocha, a reprezentacji się kibicuje. Jak Cracovia przegrywa z Wisłą Płock, to klęska, a gdy nasza drużyna narodowa przegrywa 0:3 z Kolumbią, to zwykła porażka. Jesteśmy krajem, gdzie każdy urodził się na prowincji albo jego rodzice stamtąd pochodzą, a na wsi istnieje prawdziwa edukacja piłkarska. Pierwsza drużyna, którą się dopinguje, to B klasa, czasem A, jakaś liga okręgowa.  A to oznacza krzywe boisko i bójki po meczach. Ja urodziłem się w Wiśle i kiedy w wieku 10 lat przyjechałem na stałe do Krakowa, byłem już zażartym kibicem Cracovii. Wcześniej bywałem tam u ojca, który mieszkał bardzo blisko stadionu i po raz pierwszy zabrał mnie na mecz, gdy miałem 6 czy 7 lat. Co prawda nie byłem wtedy świadomy, że rządzi Gomułka i panuje zgrzebny, socjalistyczny system, ale gdy zobaczyłem te pasiaste koszule, szyte w prywatnych, niedorżniętych jeszcze zakładach krawieckich, to mój instynkt estetyczny sprawił, że zostałem kibicem Cracovii właśnie z powodu kostiumów.

A więc był pan kibicem stadionowym, a nie kanapowym?

- Kiedy mieszkałem już w Warszawie, jeździłem na mecze do Krakowa, więc to dość silna szajba. Bo to i kosztowne, i pogoda niepewna, zawsze deszcz może zacząć padać. Na dodatek zaczęły się wtedy czasy, gdy Cracovia raczej irytowała mnie swoją grą, niż dostarczała zadowolenia.

Zostawmy piłkę, porozmawiajmy o książkach. Sporo pan ostatnio pisze. W zeszłym roku były powieść "Portret młodej wenecjanki" i wywiad rzeka, teraz ukazała się "Żywego ducha". Czyżby pracoholizm?

- Kiedyś o polskich piłkarzach mawiało się, że braki techniczne nadrabiają sercem do gry. Być może ja pracowitością nadrabiam niedostatki talentu?

To chyba fałszywa skromność...

- Prawidłowa reakcja. (śmiech) Lubię systematyczność. Pisanie prozy to jest trud codzienny, tu nie ma przeproś. Tom wierszy od biedy można w przypływie szału twórczego napisać w dwa tygodnie, ale za dwa tygodnie nowej powieści raczej nie napiszę. Powieść wymaga dyscypliny, nie da się pracować wyłącznie w dobre dni. Czasami kiedy już ulokuję się za biurkiem i otworzę laptopa, to mam przeczucie, że będzie fiasko, ale i tak tam siedzę i próbuję. Bo gdybym nie zrobił tego w poniedziałek - bo wiem, że kiepsko pójdzie - to we wtorek nie pójdzie tym bardziej, środa stracona, a od czwartku równia pochyła.

Praca to kryterium człowieczeństwa. Pana słowa.

- Nie pamiętam, kiedy na to wpadłem, ale podoba mi się. Chociaż przyznaję, że gdy miałem pewne kłopoty - jak by to powiedzieć - sam ze sobą, to nie zawsze umiałem funkcjonować w dyscyplinie. Dlatego jestem wielkim przeciwnikiem cyganeryjnego trybu życia, który obowiązywał w Krakowie, że tu trochę pijemy, a tam trochę piszemy.

Ale zawód pisarza kojarzy się właśnie z cyganerią, z barwną bohemą...

- No i w Krakowie inaczej się nie da. Na szczęście teraz udaje mi się zachować, jak to mówił Janusz Głowacki, amerykańskie tempo. Trzeba minimum co dwa lata dać o sobie znać, bo inaczej znikniesz, przestaniesz istnieć. Oczywiście mówię o tych pisarzach, którzy chcą istnieć, bo w Polsce dalej pokutuje model poety czy literata niemal świętego, z posłannictwem, a nie wykonującego swój zawód - i taki ktoś może się pokazywać publiczności tylko wtedy, kiedy chce i ma na to ochotę. Mnie posłannictwo nie interesuje, ja zawsze pracowałem na emeryturę.

Wciąż wstaje pan o trzeciej, czwartej rano, żeby pracować?

- Teraz to nie takie trudne, bo widno robi się o 3.30. Ale nie zawsze udaje mi się o tej godzinie zacząć pracę. Raczej pokręcę się po mieszkaniu, zrobię sobie mocną kawę, którą po długiej przerwie znów piję, i to jest przyjemne. Panuje kompletna cisza. Warszawa jest wymarła, centrum i moja ulica Hoża są opustoszałe, a to jest warte wszystkich pieniędzy świata. Podobnie jest z Warszawą w lipcu, zupełna pustka...

Ta systematyczność to efekt wychowania w luterańskim domu?

- Niewątpliwie tak, chociaż nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że chowam się w ortodoksyjnej rodzinie. W Wiśle nie było punktu odniesienia, który pozwalałby zobaczyć, że może być inaczej. Byłem otoczony postaciami, które na punkcie pracoholizmu - bo tak to trzeba nazwać - były kompletnie odjechane. Mój ojciec uważał, że nadludzki wysiłek w nieludzkich warunkach to jedyny rodzaj pracy, który przystoi człowiekowi, a najlepszym sprawdzianem jest to, czy po jej wykonaniu jest się chorym z wycieńczenia. Pamiętam też ciotkę, która była w Wiśle częstym gościem i zawsze miała na oku wszystkich domowników, łącznie ze swoim mężem, którego miała na oku najbardziej. Pewnego dnia przyłapała go, jak siedział sobie bezczynnie na stołku, więc zapytała: "A co ty tak nic nie robisz?". Odpowiedział jej, że zrobił już wszystko, co miał do zrobienia. "No to idź do ogrodu, a tam otwieraj i zamykaj furtkę", zarządziła. I on tak zrobił. Ten komiczny gest miał odegnać złe siły, bo praca fizyczna to sposób na odkupienie. Więc można powiedzieć, że znam karykatury pracoholizmu, przynajmniej luterańskiego. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli zostanę człowiekiem światowym, to się od tego uwolnię, ale gdy zauważyłem, że wstaję o czwartej rano tak jak moja babka, zrozumiałem, że mam przeje...

Istnieje coś takiego, jak czas między książkami? Kiedy jedną już pan skończył, a drugiej jeszcze nie ma w planach?

- Nigdy nie lubiłem i dalej nie lubię tego okresu. Ale mało było w literaturze światowej takich speców, co to kończyli powieść o ósmej rano, a kolejną zaczynali o czwartej po południu. Dłuższa czy krótsza przerwa to konieczność, aczkolwiek trudna do zniesienia.

"Żywego ducha" to książka o apokalipsie. Bohater pana powieści został zupełnie sam, poza nim nie ma nikogo.

- Moja córka (Magdalena Bielska - red.), która zawsze jako jedna z pierwszych czyta moje książki, bo sama też jest osobą piszącą, podsunęła mi ciekawą myśl. Powiedziała, że to historia, która w minimalnej skali, wręcz kilkusekundowej, przydarzyła się każdemu. Na początku mnie to zdziwiło, ale rzeczywiście jest taki moment poznawczego zagubienia, kiedy człowiek nie wie, gdzie jest, która jest godzina, nie ma telefonu pod ręką, a wokół brak żywego ducha. Kompletny chaos.

Ale to jest tylko chwila, ona mija. A ostateczną, nieodwracalną samotność trudno sobie nawet wyobrazić.

- Na końcu mojej książki jest bibliografia, spis książek oraz prac o apokalipsie, do których się odwołuję. Jedną z nich jest opowieść o ludziach, którzy swoją rabunkową gospodarką spowodowali apokalipsę na pewnej wyspie na Pacyfiku. Po okresie fantastycznej koniunktury nie było już tam z czego żyć. Wszyscy stopniowo emigrowali, aż została jedna kobieta, Indianka. Spędziła na tej wyspie 16 lat. To mocniejsza wizja samotności niż ta moja wymyślona pustka.

Piekło to inni czy może jednak piekło to samotność?

- Zdecydowanie inni. Zbiorowe życie nigdy nie było moją mocną stroną. Wyjazd całą paczką nad morze? Jakiś koszmar.

Czyli pisanie, jedno z najbardziej samotnych zajęć, to dla pana idealny zawód.

- Nie da się go uprawiać w inny sposób. Ale w tym momencie życia o mojej samotności mówię raczej niechętnie. A jeśli, to w kontekście przeszłości, nie teraźniejszości.

Wróćmy więc do apokalipsy. Koniec świata to temat podejmowany w literaturze od zarania dziejów. Jest w nim coś jeszcze do dodania?

- W 1980, czyli w roku wydania, kupiłem powieść "Wydarzenie" włoskiego pisarza Guida Morsellego - kompletnie nic o tym autorze nie wiedząc - i od tamtego momentu ona stale mi towarzyszyła. Opowiada o tym, że wszyscy znikają, i wiedziałem, że kiedyś ten pomysł wykorzystam, napiszę to po swojemu. W końcu tak się stało.

"Gotów jestem na wszystko. Na odzyskiwanie wiary też", mówi pana bohater. Jak trwoga, to do Boga?

- Tak samo się dzieje, kiedy człowiek dowiaduje się o terminalnej chorobie. O tym, że jego czas właśnie został skrócony. A przecież do tej pory nie rozmyślał o śmierci, bo uważał, że ten temat go nie dotyczy. Człowiek nie modli się 50 lat, ale gdy hiobowa wieść przychodzi, pojawia się myśl: może by tak modlitwę zmówić, krzyżyk na szyi powiesić. To są rozpaczliwe działania, ale zupełnie naturalne.

Też był pan gotowy na odzyskiwanie wiary?

- Czasami, kiedy mam do czynienia z ewangelikami z moich stron i widzę, jak spokojnie żyją, w jakiej są permanentnej równowadze, jakimi są świetnymi, szanowanymi rzemieślnikami, to pojawia się myśl, że może trzeba było stamtąd nie wyjeżdżać? Nie szarpać się, nie szpanować.  Z wiarą jest w życiu łatwiej. Ma się tę świadomość, że koniec to tylko przejście z jednej rzeczywistości do drugiej. Nie bez powodu od dwóch tysięcy lat istnieje cały przemysł pracujący na to, żeby pokazać nam wizję raju. Powstają obrazy przedstawiające Pana Boga i Jezusa czekających na nas z otwartymi ramionami i odpuszczających wszystkie grzechy. Ta obietnica jest tak wielka i kusząca, że wybór wiary zdaje się mieć sens.

Sporo miejsca w powieści poświęca pan starości, w wywiadach też często porusza pan ten temat. Ale czy kreowanie wizerunku sędziwego mędrca to w przypadku 65-letniego mężczyzny nie kokieteria?

- Nie ukrywam, że gdy tak pani mówi, to jestem zadowolony i popieram z całej duszy taką teorię. (śmiech)

"Cielesne możliwości z czasem słabną, ale zapał nie maleje". Kontrowersyjne, bo boimy się myśleć o starości w tej kategorii.

- Starość, nawet rozumiana jako niedołężność, nie likwiduje wyobraźni, pamięci ani myślenia o tym, co mogłoby się zdarzyć. Chęć dotyku drugiego człowieka jest silniejsza od starości. Boimy się mówić o tym aspekcie, bo boimy się mówić o starości w ogóle. Tak samo jak o chorobie czy nałogach. Moja matka nie jest ode mnie dużo starsza, bo tylko 17 lat, ale jest już po osiemdziesiątce i widzi, że kiedy odpowiada na pytanie o wiek, to ludzie od razu patrzą na nią inaczej. Należy do grupy, która jest już po meczu Polska - Kolumbia i może jechać "do domu". Starość człowieka wyklucza.

Bo żyjemy w dobie kultu młodości, teraz nie ceni się mądrości płynącej z doświadczenia.

- Pojęcie "starszyzny plemiennej" u nas nie występuje. I ceną tego jest całkowite wycięcie autorytetów. Samo słowo "autorytet" staje się szydercze, wręcz obraźliwe.

Mówił pan kiedyś o mężczyznach, że czterdziestolatek w ogóle nie jest ciekawy, bo jest za bardzo po stronie niedojrzałości. Kiedy w takim razie zaczyna się dojrzałość?

- Mam nadzieję, że niedługo, jeśli o mnie chodzi. Człowiek głosi różne prawdy z wyżyn swojego wieku, a mnie się zawsze wydawało, że jeszcze parę lat temu byłem skończonym durniem, który niczego z życia nie rozumiał. I teraz to samo złudzenie: rozumiem wszystko. Obecnie mam już tę świadomość, że chociaż myślę o sobie jako o sędziwym mędrcu, tak jak pani zauważyła, to jeśli pożyję jeszcze pięć lat, będę dzisiejszego mnie uważał za kompletnego tandeciarza intelektualnego.

W książce sporo jest odniesień nie tylko do literatury, ale także do sztuki.

- Taki Hieronim Bosch teraz jest powszechnie znany i utylizowany chociażby w reklamach czy na okładkach książek, ale w czasach mojej młodości nie miałem pojęcia, że taki malarz w ogóle istnieje. Dopiero w szkole średniej koleżanka dała mi cieniutki album z jego reprodukcjami wydany na Zachodzie. Dzisiaj myślę o sobie jako o kibicu, który dużo wcześniej niż wszyscy interesował się sztuką.

Moda to też sztuka? W "Żywego ducha" bohater szuka pocieszenia, chodząc po opuszczonych sklepach i wybierając sobie piękne ubrania.

- Dość wcześnie umiałem odróżnić dziewczynę dobrze ubraną od źle ubranej - koledzy zawsze ubierali się marnie, może jeden na klasę jakoś wyglądał. Potem nauczyłem się elementarnego zestawiania kolorów i materiałów, więc flanelowej koszuli do tweedowej marynarki nie włożyłbym za cholerę. Przyznaję, że w całym tym ubieraniu się znajduję pewien element przyjemności. Gdy nastała nowa polityczna rzeczywistość i pojawiły się na ziemiach polskich galerie handlowe, bardzo mnie to irytowało, ale teraz lubię w nich przebywać, spacerować sobie alejkami...

Pan, samotnik, lubi centra handlowe, gdzie przewijają się tłumy ludzi?

- Bo tam trzeba rano przyjechać. O dziewiątej je otwierają i do dziesiątej jest pusto. Prawie jak we wspomnianej wcześniej Warszawie w lipcu.

A czy kiedy pisarz wyda książkę o końcu świata, o ostateczności, ma jeszcze o czym pisać?

- Jasne, że ma... Byle zdrowie dopisywało.

Rozmawiała Iga Nyc

 PANI 8/2018

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje