Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Superwoman na dziecięcym

​Wie, jak to jest, kiedy w szpitalu rodzic chorego dziecka czuje się samotny. Widziała takich ludzi, bo kilka miesięcy spędziła z córką w Centrum Zdrowia Dziecka. Teraz im pomaga, a razem z nią cała drużyna. - Nie robię tego dla zaszczytów - zastrzega. Jednak i tak zrobiło się o niej głośno. Anna Ojer zajęła pierwsze miejsce w konkursie na Warszawiankę Roku!

Zagubieni

Plan pierwszy: Wieczór, na lądowisku siada helikopter, sanitariusze spieszą się, by mały pacjent jak najszybciej dotarł pod opiekę lekarzy. Miał wypadek albo nagle stan jego zdrowia się pogorszył, co mogło oznaczać zagrożenie życia. To częsty obrazek w Centrum Zdrowia Dziecka, nazywanego "szpitalem ostatniej szansy". 

Reklama

Na planie drugim są rodzice. Wyrwani z normalnego biegu spraw, przerażeni, zagubieni w plątaninie korytarzy molocha. Jeszcze nie wiedzą, ile będą musieli tu zostać: tydzień, dwa, kilka miesięcy? Na razie trzeba przetrwać pierwsze godziny, dobę. - Nie mają ze sobą ręcznika, szczoteczki do zębów, koca, ubrania na zmianę. Ani na chwilę nie chcą odejść od łóżka, bo się boją, że pod ich nieobecność stanie się coś złego. Nie mogą więc kupić sobie wody mineralnej, kanapki. Myślą tylko o dziecku, nie o sobie - mówi Anna. 

Widziała wiele podobnych sytuacji. Trzy lata temu spędziła w centrum kilka miesięcy, opiekując się chorą, nowo narodzoną córką. Postanowiła, że kiedy wyjdą szczęśliwie do domu, będzie chciała pomóc takim rodzicom jak ona. 

Siła spontaniczności

Międzylesie, gdzie mieści się Centrum Zdrowia Dziecka, to trochę jej terytorium. Miejsce spacerów, wypraw na basen. Leży na terenie dzielnicy Wawer, a w Wawrze Anna się urodziła i mieszka do dziś. Zna w okolicy wiele osób, sąsiadów, kolegów ze szkoły. Kiedy napisała na FB, że w szpitalu są rodzice potrzebujący podstawowych rzeczy, i zasugerowała wspólną pomoc, odzew był natychmiastowy. 

- Ktoś miał materac, sweter, szampon i podrzucał. Albo akurat był w sklepie i proponował, że zrobi zakupy. Wkrótce grupa się rozrosła i dziś reakcja na każdą potrzebę jest błyskawiczna - opowiada Ania. Grupa SOS mieszkańcy Wawra rodzicom z CZD nie ma struktury. Każdy może się przyłączyć, nie istnieje grafik i nie ma zbiórek pieniędzy. Wszystko dzieje się spontanicznie. Chętni sami podwożą rzeczy do szpitala. Po oddziałach krąży już ponad 70 składanych łóżek, które tutaj dostarczyli. Obok centrum jest hotel, ale wielu rodziców po prostu na niego nie stać. 

- Pomoc jest różna - wyjaśnia Anna. - Kiedyś zgłosił się do nas starszy brat, który pilnował siostry. Nie wiedział, jak poradzić sobie z praniem. Przyjechała pani, zabrała rzeczy, uprała, odwiozła pięknie uprasowane. Czasami rodzice zapraszani są na kawę, na obiad. Mogą się przespać, wziąć prysznic. Albo zwyczajnie pogadać. To też pomaga. 

Gdy pęka serce

Bywa i tak: Jedenasta w nocy albo przeciwnie - środek słonecznego dnia. Mama wychodzi przed szpital, ma w ręku torbę, a w niej rzeczy dziecka. Dziecka, które umarło. Jest sama, bo bliscy jeszcze nie dojechali z odległej części Polski. Usłyszała, że nazajutrz ma zgłosić się do szpitala po dokumenty, a sprawy pogrzebowe załatwić w wawerskim urzędzie. Ale nie pojmuje jeszcze, co się stało, jest w szoku, płacze. 

- Gdy świat się wali, potrzebny jest ktoś, kto chociażby obejmie ramieniem. Zdarzało się, że członkowie naszej grupy czuwali z rodzicami przy zmarłym dziecku - mówi Anna. Kilka miesięcy temu napisała list do ministra zdrowia. O tym, że takim rodzicom potrzebna jest przemyślana, odpowiedzialna pomoc, bo w obliczu tragedii są bezradni i zostawieni sami sobie. A gdzieś muszą się przespać, coś zjeść. Powinien zająć się nimi psycholog, bo mogą nie udźwignąć nieszczęścia. Na razie odzewu z ministerstwa brak, ale Anna się nie zniechęca. Robi swoje. 

Dobro rośnie

Pracuje w Wytwórni Papierów Wartościowych, jest radną w dzielnicy Wawer. Ma czworo dzieci, syna i trzy córki. Wszyscy się angażują. Ola, najstarsza córka, wozi rzeczy do szpitala, Maciek oddaje do centrum najlepsze zabawki, z których sam wyrósł. Do pomocy przyłączają się lokalne przedszkola i szkoły. 

- Robimy paczki dla maluchów, ale także dla rodziców, bo o nich mało kto myśli. A przecież to takie miłe, ludzkie, dostać upominek na święta, zwłaszcza kiedy dookoła same kłopoty - uśmiecha się Anna. Nagroda? Wystarcza, kiedy ktoś z grupy dostanie e-mail albo telefon, nawet po długim czasie: To, co dla nas zrobiliście, to była mała wielka rzecz.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

TWÓJ STYL 01/2019

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje