Reklama

Reklama

Sukienka na śmierć

Ludzie starsi, młodsi. Od dawna starannie obmyślają, w czym położą się do trumny, jaka ona będzie, kto przyjdzie ich pożegnać, co dostaną na ostatnią drogę. Wyobrażając sobie własne odchodzenie, tak naprawdę opowiadają o życiu - doświadczeniach, które stały się ich udziałem, relacjach z sąsiadami, żywionych uczuciach, przekonaniach i o tym, w co wierzą. Ich historie Angelika Kuźniak spisała w książce "Soroczka". Przeczytaj opowieść jej bohaterki - Tej, która tka.

Dzieciom powiedziałam: "jak sukienka będzie za wąska i nie wejdę, to tu odciąć, nitką podłapać i gumkę zaciągnąć. Wtedy będzie pasować".

Reklama

Ta sukienka, zaraz pokażę, ma ze trzydzieści kilka lat, materiał kupiony jeszcze w stanie wojennym. Syn Ignaś pięćdziesiąt kilometrów mi go wiózł z Zielonej Góry. Nie wolno było wtedy ot, tak jeździć. Wojsko stało na każdej drodze, w lesie żołnierze spali w namiotach. Ale Ignasia i tak nie upilnujesz. Zawsze go coś w tyłku wierci. Kiedyś najbardziej do cudzych jabłek pierwszy był. Tyle razy za to na grochu klęczał, że nie zliczę.

Skąd ten materiał wziął — nie wiem. Nadziwić się nie mogę. Przecież wtedy nic w sklepach nie było. A jak już, to spod lady. Ze dwie emerytury musiał za niego dać. Licząc na stare, bo teraz za dwie moje emerytury to A jedynie zamek do tej sukienki kupiła.

Zaniosłam ten materiał do Jadźki, co też z tej strony rzeki mieszkała, tylko bardziej w lesie. My wszystkie tu zza Buga, z jednej wsi. Tamta nasza wieś była zupełnie dzika. Z miasta rzadko przyjeżdżali. Wszystko było takie trochę zaczarowane. Drewniane domki, kolorowe ogródki. Stare kobiety na ławkach. Była Zyta szeptunka od zaklęć i modlitw. Odprawiała gusła, czyniła czary. Bało się dziecko psa, to wylewała nad jego głową wosk do miski pełnej wody. Poszeptała i mijało. Ale tutaj Zyta już nie przyjechała, zastrzelili ją Niemcy.(...)

To tu właśnie, jak umrę, do trzeciego dnia będę leżeć. Mówi się: "biała izba" albo "zimna". Wcale nie dlatego że nie palone. Tu się właściwie nie mieszka, nie siedzi. Otwiera się tylko na kolędę, pogrzeb, czasem wesele. Antoś, mąż mój, też tu leżał.

Na środek postawi się szeroką deskę na koziołkach, przykryje białym obrusem. Na to trumnę ze mną. Na ścianie przy głowie będzie wisiała kapa, na niej krzyż albo obraz, jeszcze nie zdecydowałam — może ta Maryjka znad łóżka w niebieskiej sukience. Stół się uprzątnie, kanapę na bok, bo wynieść nie dam. Jak się komuś słabo zrobi z rozpaczy po mnie, to niech ma gdzie przysiąść.

Kufer, jeszcze ślubny, też będzie stał. W rogu. Na nim pasyjka, szklanka z wodą, chleb i sól. No, bo jak się mówi? "Chleb to pokarm ludzki, a sól, jak w religii obyczaj, za krew Pańską się liczy". A tę skrzynię mąż zaraz po ślubie musiał wykupić, wódki musiał dać drużbantom. Wesele nasze było u nas we wsi, na Białorusi. Niedaleko Pińska. Bryczką mnie do ślubu wieźli.(...)

Nie wolno nie słuchać, jak ktoś mówi, w czym chować. Jak się nie usłucha, to wraca ten nieboszczyk. Na polu przy zagonie siądzie, pcha się do domu, przez ściany, dach, okna. Zewsząd. Znikąd. Do mojej koleżanki kiedyś matka przyszła i mówi: "Ty mnie inaczej ubrałaś, ja inaczej chciała". Czasem wystarczy tylko Anioł Pański albo Wieczne odpoczywanie zmówić. Ale koleżanka musiała na mszę dać. Dopiero pomogło.

Najgorzej, jak się nie pożegnasz. Brata mojego, jak utonął, śniłam rok czasu! Z lampą wchodził do izby, grzał ręce przy kaflach i śpiewał. Różne piosenki, nie wszystkie znałam. Czasem to taki zły przychodził, zrzucał fajerki, jakby chciał powiedzieć: No, spytaj mi się, no, spytaj. No, to pytałam: "A co tak, Wituś, po domu się tłuczesz, brak ci czego?". Prosił, żebym mówiła czterdzieści razy Ojcze nasz i czterdzieści razy Zdrowaś, Maryjo, i czterdzieści Wieczny odpoczynek. Za jego duszę. Co dzień. I ja mówiłam. Aż przyszedł raz we Wszystkich Świętych i tylko tak popatrzył, głowę schylił, więcej nic. "Idź sobie, Wituś, straciłam już całkiem cierpliwość. Idź!", aż krzyknęłam. I poszedł. Nigdy więcej go nie widziałam. A mnie tamtego dnia jakiś ciężar odszedł, jak ręką odjął. Ksiądz mi potem tłumaczył, że Wituś właśnie z pokuty zszedł.

W życiu pamiętam jeden strach. Aż mnie ściął. To było jeszcze na Białorusi. Wojna. Niemcy otoczyli wioskę, chcieli palić. Zagonili wszystkich do stodoły. Moją ciotkę i wuja spalili na stosie pośrodku wsi.

Mnie się udało uciec do lasu. Las mnie uratował. Zagarnęłam dzieci jak kwoka. Jedno dziecko pod jedną pachą, córka Terenia, zmarła potem, jeszcze we wojnę na tyfus, drugie — Ignaś — pod drugą. Kule świstały koło uszu. A ja biegłam. Tak biegłam, że serce dudniło mi w głowie. Zastrzelą, nie zastrzelą — to jest strach. To był strach. A nie tam nieboszczyków się bać. Żywi mogą zrobić większą krzywdę. U nas w domu ojciec leżał w trumnie, a ja obok na wersalce spałam.

Jak umrę, chcę, żeby kumoszki stare — niewiele ich zostało — pośpiewać i pomodlić się przyszły. Młode to się już nie garną z ludźmi siedzieć. Ja sama jeszcze chodziłam i śpiewałam. A piękne te pieśni pustonocne są, takie piękne. Starzy umierają, a z nimi pieśni. Ja wszystkie sobie zapisałam, zeszyt mam jeszcze po prababci. Kumoszkom trzeba będzie do picia coś dać. Trzeba! Bo od samych pacierzy — "Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie, wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie" — gardła zasychają, a co dopiero od śpiewania. Głosy im na pewno pochrypną. Tylko wina nie dawać, bo zaczną śpiewać nie to, co trzeba, a tu przecież do nieboszczki przyszli. Kieliszki mam. Przyszykowane, ale na stypę. Są w kredensie, trzydzieści sztuk, każdy inny, sama uzbierałam.

Po co na pogrzebie płaczki - czytaj na następnej stronie >>>


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje