Reklama

Reklama

Sto procent potencjału magii

W Hucie, miało wykuć się nie tylko nowe miasto, ale i nowy człowiek. Udało się?

Reklama

- Może powiem tak: ten społeczno-ekonomiczny eksperyment przyniósł jakieś owoce. Mówię "jakieś", bo nie jestem w stanie ocenić czy one są dobre, czy złe, chociaż intuicja podpowiada mi, że nie najgorsze. Jeśli istnieje ktoś taki jak "nowohucki człowiek" to jest to na pewno człowiek o silnej tożsamości. W Krakowie mało kto mówi "jestem z Krowodrzy" czy "jestem z Kurdwanowa", a "jestem z Nowej Huty" owszem. Tej silnej identyfikacji z dzielnicą towarzyszą równie silne sąsiedzkie więzy - moi dziadkowie, którzy również przyjechali budować Hutę, do dziś mają wielu znajomych z pionierskiego okresu. Zbliża ich do siebie nie tylko pamięć o młodości i budowie Huty, ale i ocena tego okresu. Projekt, dla wielu kontrowersyjny, dla nich był czymś pozytywnym.

W jakim sensie?

- Dziadek jako młody chłopak stracił dom w pożarze, a po przyjeździe do Huty w bardzo krótkim czasie stał się człowiekiem mającym fach, pracę, status społeczny. Babcia, na której tonąca w błocie dzielnica zrobiła odrażające wrażenie, również zyskała wykształcenie i zawód. Dla obojga historia budowy tej dzielnicy jest więc historią awansu społecznego.

Czytali twoją książkę?

- Pewnie.

I jak? Domyślam się, że chwalili, ale może mówili coś jeszcze.

- Babcia stwierdziła, że przedstawiłam te czasy realistycznie. Przyznam, że trochę mnie to przeraziło.

Te czasy przez dekady opisywali ludzie "z zewnątrz", teraz za opowiadanie historii Nowej Huty coraz częściej biorą się jej mieszkańcy. To cieszy?

- Dobrze, że Huta ma wreszcie swój szczęśliwy czas, że piszą o niej ci, którym jest najbliższa, a opowieści o dzielnicy idą w świat. Kilka lat temu, kiedy zaczynałam pracę nad książką, ludziom spoza Krakowa musiałam tłumaczyć gdzie leży owo miejsce. Wydaje mi się, że teraz już tak nie jest, a na hasło "Nowa Huta" otwiera się w głowie jakaś klapka.

Im więcej się pisze, tym trudniej pisać inaczej. Nie bałaś się, że wpadniesz w językową albo narracyjną koleinę?

- Nie tyle się bałam, co byłam ostrożna. Dbałam o higienę myślenia o Hucie po swojemu: czytałam, ale nie za dużo, pielęgnując w głowie własne wyobrażenia. Oczywiście zrobiłam research, ale dużą część faktów zweryfikowałam po zakończeniu pisania, wprowadzając korekty na mniej już wrażliwej materii.

Urodziłaś się prawie 40 lat po powstaniu Huty. Po co ci ta podróż w czasie? Mogłaś przecież opisać zabawy pod blokiem, kasety wideo i smak gumy Turbo. Tematy w ostatnim czasie wyjątkowo atrakcyjne.

- Jestem świadoma trendu, ale nigdy nie ciągnęło mnie do opowiadania o tym okresie. Dla mnie Nowa Huta to właśnie mit założycielski dzielnicy. To tam kryje się sto procent potencjału magii.

Kombinat zamknięty, mieszkania w blokach z lat 50. przerabiane na apartamenty, hipsterskie knajpy - tak dzisiaj wygląda Nowa Huta. Nie masz wrażenia, że chwytasz odchodzący świat?

- Kiedy wygaszano wielki piec czułam, że jestem świadkiem symbolicznej klamry, że opisywany przeze mnie żar huty właśnie dogasa. Rzeczywiście Nowa Huta zmienia się, ale na szczęście są to powolne zmiany, a modyfikacje pojawiają się w ilości, którą mieszkańcy są w stanie przyjąć. Nie mam więc obaw, że ta dzielnica zmieni się w karykaturalny park rozrywki. Przynajmniej jeszcze nie teraz. 

***

Zobacz również:

Przekaż 1% na pomoc dzieciom - darmowy program TUTAJ>>>

Dowiedz się więcej na temat: Nowa Huta | kombinat

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje