Przejdź na stronę główną Interia.pl

Sposób na szczęście. Również twoje!

Większość ludzkich nieszczęść wynika ze złych relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami. Tak naprawdę najbardziej istotna dla większości ludzi na tym świecie jest właśnie miłość - tłumaczy siostra Małgorzata Chmielewska. - Czysty seks, wyrwany z kontekstu miłości, jest zwyczajną konsumpcją. Równie dobrze można się najeść w dobrej restauracji.

Siostra Chmielewska prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn. Z wielkim szacunkiem wyraża się o osobach z marginesu. Próbuje przywrócić je do społeczności przez stworzenie dla nich miejsc pracy; powołała m.in. specjalne manufaktury, w których pracują bezdomni i chorzy. Ma kilkoro adoptowanych dzieci, w tym trzydziestoletniego Artura, chorującego na autyzm i padaczkę. Znana jest z dosadnego języka i bezpośredniego sposobu bycia, dla niektórych kontrowersyjnego.

Przeczytaj fragment książkowego wywiadu-rzeki z siostrą Chmielewską "Sposób na (cholernie) szczęśliwe życie". Rozmawiają Błażej Strzelczyk i Piotr Żyłka:

Reklama

Dzisiaj młody człowiek ma problem ze zdefiniowaniem, czym jest szczęście, i znajdywaniem go w życiu. Gdy wczoraj rozmawiałem z Tamarą, to powiedziała mi, że siostra w tym wszystkim, w co siostra tu weszła, w życiu z Arturem, z ubogimi, z mieszkańcami, z rodziną, którą tu siostra ma, z Tamarą, ze wszystkimi współpracownikami, jest - cytuję - cholernie szczęśliwa. Jak to się robi?

- Po prostu spróbuj. Może zacznijmy od drugiej strony. Odpowiedzmy sobie, kiedy jesteśmy nieszczęśliwi? A następnie to sobie odwróć tak, żeby być szczęśliwym.

To kiedy jesteśmy nieszczęśliwi?

- Kiedy nikt nas nie kocha, kiedy nie mamy kogo kochać, kiedy nie mamy sensu życia. Oczywiście czujemy się nieszczęśliwi także wtedy, kiedy cierpimy nędzę, nie ubóstwo, tylko nędzę. Ludzie, którzy nie mają co jeść, ludzie umierający z głodu, sorki, szczęśliwi nie będą. Nawet jeśli mają poczucie, że są w rękach Boga. Pan Jezus, gdy umierał na krzyżu, tak po ludzku nie był szczęśliwy. Nie śpiewał "Alleluja i do przodu". Cierpienie jest czymś realnym. Jesteśmy nieszczęśliwi, kiedy cierpimy, choć możemy - co nie zmniejsza bólu - nadać temu cierpieniu sens. Niejako przemienić wodę w wino. Ale róbmy to tyko wtedy, jeśli ono jest nie do uniknięcia. Jeśli da się go uniknąć, to starajmy się nie cierpieć. Nie w tym rzecz, by sobie cierpienia dodawać. Wystarczy tego, co nam życie codzienne niesie. I to jest aż nadto czasami.

Czyli jeśli to odwrócimy...

- ...to się okaże, że szczęście to przede wszystkim poczucie, że się jest kochanym i że się kocha. To daje poczucie wolności. A nieszczęśliwi jesteśmy też właśnie wtedy, kiedy nie jesteśmy wolni. Miłość daje wolność. To nie oznacza zwolnienia ze zobowiązań, wręcz przeciwnie. Ale jest inaczej, kiedy wstajesz rano i wiesz, że to robisz dla kogoś, dla czegoś, a jest inaczej, kiedy nie masz dla kogo rano wstać. Wtedy bywa naprawdę trudno. A nawet można wpaść w depresję.

Czy czasem nasze dążenie do szczęścia nie odbywa się kosztem kogoś innego?

- Wtedy to nie jest prawdziwe szczęście. Prawdziwe szczęście to jest wolność wewnętrzna, która nie zagarnia drugiego człowieka. Miłość daje drugiemu człowiekowi wolność. Bóg dał nam wolność i to Go doprowadziło do krzyża. Ale - mimo tego - nadal nam ją daje. A my ją konsekwentnie źle wykorzystujemy. Stąd są te wszystkie wojny i wszystko, co człowiek jest w stanie wymyślić.

- Komory gazowe, tortury, wyzysk. Pan Bóg jednej rzeczy nie może, bo byłby sprzeczny sam z sobą - jeśli Bóg jest miłością, to nie może nam odebrać właśnie wolności. Tu jest pies pogrzebany, proste.

- W związku z tym dążenie do szczęścia "po naszemu" doprowadza do tego, że jedni uzyskują jakieś pseudoszczęście kosztem drugich. Albo wykorzystujemy kogoś seksualnie, albo wykorzystujemy kogoś ekonomicznie, albo zabieramy mu jedzenie i wodę, albo ścinamy mu głowę, żeby zabrać mu ziemię. Różne rzeczy robimy. Ale to nie jest szczęście, bo koniec końców okazuje się, że jeśli zdobędziemy te wszystkie nasze pałace, pięć olls-royce’ów i władzę, to nadal nie jesteśmy nasyceni. Wobec tego świrujemy. Można to obserwować w Internecie. Wielkie gwiazdy, które osiągnęły spektakularny sukces, topią się w narkotykach i alkoholu czy w najdziwniejszych dewiacjach, nadal rozpaczliwie szukając szczęścia. Milionerzy, którzy koniec końców chodzą w dziurawych skarpetkach i zamykają się we własnym pokoju, bo już oszaleli od tych pieniędzy i nie wiedzą, co z tym zrobić.

Nasi rówieśnicy czy troszeczkę starsi od nas mają przekonanie, że szczęście to mieszkanie na zamkniętym osiedlu, pięcie się w karierze zawodowej...

- I też go nie złapią. Dlatego wpadają w nerwice lękowo-depresyjne lub też uciekają, oddając się różnym dziwacznym uzależnieniom. Bo to nie jest szczęście. Ja oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żeby ludzie zarabiali i zdobywali dobre zawody. To, że ludzie się dorabiają, to bardzo dobrze. Ale to dorabianie się nie może stanowić całego sensu życia, bo się na tym przejadą. Trzeba stale pamiętać o tym, że to jest środek, a nie cel. To jest środek do tego, żebyśmy mogli żyć i żebyśmy ciężko pracując, zostawili sobie czas na prawdziwe życie i na wolność. Również pracę trzeba traktować jako środek, a nie jako cel.

Jak to rozumieć?

- Jeśli jestem chrześcijaninem, to dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez względu na to, czy jestem menedżerem w korporacji, prawnikiem, praczką, sprzątaczką, kucharką czy lekarzem, tak naprawdę ciągle muszę walczyć z sobą samym, żeby zachować umiar między zdobywaniem dóbr materialnych a wolnością. O tym właśnie mówił święty Jan: "pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha żywota". Wiem, że to brzmi strasznie poważnie, ale musimy walczyć, żeby ta pożądliwość posiadania coraz bardziej nas nie niszczyła, żebyśmy cały czas dbali o właściwy balans i jednocześnie wiedzieli o tym, że największą przyjemność pieniądze dadzą nam wtedy, kiedy zrobimy za ich pomocą przyjemność komuś, kto ich nie ma. Wtedy dopiero będziemy szczęśliwi. To niekoniecznie musi być rozdawnictwo, to może być na przykład radość z tego, że umożliwiłem dziecku ubogiemu naukę, że komuś zafundowałem wakacje, komuś leczenie, a człowiekowi bezdomnemu dach nad głową i możliwość stanięcia na nogi, że dzieci sąsiadów zabrałem na wycieczkę w weekend. I tysiące innych pomysłów. To tak naprawdę może nam dać najgłębszą i najpiękniejszą radość.

A jak ktoś nie ma pieniędzy?

- A jak ktoś nie ma pieniędzy, to zawsze ma coś, żeby dać. Ma uśmiech, ma życzliwość, ma serce, ma zatroskanie, ma siebie samego. Kiedy idziesz do hospicjum jako wolontariusz, nie dajesz pieniędzy. Dajesz siebie samego, swój czas, który mógłbyś spędzić w pubie. Mógłbyś pić piwo z kolegami, z którymi się świetnie dogadujesz, a tutaj idziesz do człowieka, który pozornie nie ma nic ciekawego do powiedzenia, który nie będzie dyskutował na temat Tischnera, liberalizmu, kapitalizmu i neotomizmu. Dajesz mu siebie takiego, jaki jesteś, i słuchasz go, i zaczynasz go poznawać. I może się okazać, że nauczysz się więcej niż ze wszystkich uczonych ksiąg. Dajesz mu po prostu siebie, swoją obecność, swój czas. Tak naprawdę najtrudniej jest dać siebie drugiemu człowiekowi.

Wierzący i niewierzący: ważne, żebyśmy byli przyzwoici

Widzi już siostra horyzont?

- Myślę, że sztuka życia polega na tym, żebyśmy w każdej chwili widzieli horyzont, bez względu na wiek. Dlatego że poza horyzontem może się w najmniej spodziewanym momencie znaleźć każdy z nas. Oczywiście w żadnym wypadku wam tego nie życzę.

Gdybyśmy byli siostry synami, to co by siostra chciała nam przekazać, jeśli chodzi o to, jak żyć?

- Żebyście byli dobrzy.

Co to znaczy?

- Dokładnie to. Żebyście kierowali się w życiu dobrem drugiego człowieka. Czyli uczciwością, rzetelnością, prawdą. Gdybyście byli moimi synami, powiedziałabym wam: "Chłopaki, ogarnijcie się!".

A co to znaczy?

- To znaczy: przestańcie latać jak z pieprzem, przysiądźcie gdzieś i zacznijcie żyć trochę bardziej na poważnie. To po pierwsze. Po drugie, bardziej myślcie o innych, mniej o sobie, i zróbcie czasami mamie herbatę, żeby była równowaga pomiędzy liczbą herbat i kaw zrobionych przez mamę dla was, a tymi, które wy jej zrobiliście.

A co to znaczy być człowiekiem przyzwoitym?

- To znaczy być prawdomównym, rzetelnym, dotrzymywać słowa, szanować innych ludzi, szanować oczywiście też siebie. Wiele naszych głupstw wynika z tego, że nie mamy szacunku dla samych siebie. To znaczy nie kraść, dzielić się i troszczyć się o innych. Rzeczy bardzo proste.

Jednocześnie bardzo trudne do zrealizowania.

- Na pewno. Gdyby były łatwe, to wszyscy bylibyśmy święci. Stawiać drugiego człowieka przed sobą, zwłaszcza tego słabszego: o to tak naprawdę chodzi. To jest właśnie być człowiekiem przyzwoitym, co czasami bardzo wiele kosztuje.

Siostra jest przyzwoita?

- Staram się, ale na pewno jeszcze nie jestem przyzwoita do końca. Jeszcze nie umarłam.

A potrzeba dużego doświadczenia życiowego, żeby być przyzwoitym?

- Nie. Doświadczenia życiowego i treningu w dobru nabiera się, starając się być przyzwoitym w każdej chwili. To nie jest związane z wiekiem. Nie chodzi o to, by być przyzwoitym na starość. Jest takie powiedzenie, że na starość to i diabeł święty.

A jak ocenić, czy jakiś czyn jest przyzwoity, czy nie?

- Macie do tego Dekalog i Ewangelię.

Mogą być przyzwoici niewierzący?

- Są ich miliony. Już o tym wspominałam. Każdy z nas ma sumienie, nad którym oczywiście trzeba pracować. O sumienie należy dbać. Ci, którzy mordują ludzi, zabijają w sobie sumienie. To nie jest tak, że urodzili się ze zdolnością do zabijania. Zauważ, co zarówno Niemcy w czasie II wojny światowej, jak i obecnie najrozmaitsze oddziały terrorystyczne robią z dziećmi. Uczą je zabijać od dzieciństwa, przygotowują je do zabijania. Każde z tych dzieci ma sumienie, które najpierw trzeba zniszczyć, żeby nauczyć zabijać.

- Myślę, że zapomnieliśmy o czymś, co się nazywa pracą nad sobą. Oczekujemy światła Ducha Świętego, i słusznie, natomiast Duch Święty mówi: "Dobrze, tylko zacznij nad tym pracować! Ja ci daję okazję". Sami musimy się uczyć. To jest konkretny wysiłek. Jesteśmy uczniami Chrystusa, a uczeń odrabia lekcje, najzwyczajniej w świecie. Uczeń czyta książki, uczeń robi doświadczenia, powinien przynajmniej na biologii, fizyce czy chemii.

- Jeżeli uważamy, że jak spotkaliśmy Chrystusa, to absolutnie wszystko wiemy, to jest to błąd, bo to dopiero początek. My musimy być uczniami i jesteśmy uczniami do końca naszego życia. Ta postawa pozwala nam zachować młodość ducha. Bo jak ktoś uważa, że już wszystko wie, wszystko poznał i wszystko rozumie, to tak naprawdę nie ma co robić na tym świecie. Jest taka świetna piosenka Jacques’a Brela, w której on śpiewa: "Gdy miałem lat piętnaście, wydawało mi się, że wiem, co to jest miłość" i tak dalej, i tak dalej. "I teraz stoję w oknie, mam lat sześćdziesiąt, i nie wiem, czym jest miłość". Dokładnie tak może być z każdym z nas. Wierzącym i niewierzącym.

Miłość: na przykład zrobienie herbaty

A co to jest miłość?

- To jest trudna sprawa. Sam święty Paweł nie potrafił tego prosto określić. Miłość to wszystko razem, czyli dziesięć przykazań i ustawiczna troska o drugiego człowieka, i poczucie bezpieczeństwa. Kocham i jestem kochany. To jest to, że do kogoś należę, w pełni, w stu procentach. Do kogoś, kto jest w stanie za mnie oddać życie. Bóg pokazał nam dokładnie, czym jest miłość. Jak już wspominałam, nawet poeta ci nie powie dokładnie, czym jest miłość. Nikt ci nie powie. To trzeba przeżyć. To jest zrobienie herbaty, nalewając trzy czwarte szklanki wody, jeśli ktoś pije trzy czwarte szklanki wody, żeby nie była za mocna i za lekka. To jest przykrycie kogoś kołdrą.

- Jest taka anegdota o mnichach, którzy modlili się wiele razy w ciągu dnia. Jeden z braci idzie do starszego brata i pyta: "Abba, co to jest miłość bliźniego?". A ten mu odpowiada: "Co zrobisz, jak w czasie wspólnej modlitwy jeden z braci zaśnie?". A on mówi: "No, kopnę go, żeby się obudził". A Abba na to: "No widzisz, a ja bym go przykrył płaszczem, żeby nie zmarzł". I to jest miłość.

Wczoraj rozmawialiśmy z Jankiem, przybranym synem siostry, który miał pierwsze dziecko w wieku dziewiętnastu lat, musiał jeździć zarabiać do Anglii, a teraz powiedział, że miłość to za małe słowo wobec tego, jakie ma uczucia do swoich córek. Że one to jest całe jego życie. I porównaliśmy sobie nasze życia. My mamy po dwadzieścia kilka lat. Powiodło nam się w jakimś sensie w życiu, ale jesteśmy singlami. Czasami budzimy się rano i pojawia się myśl: "Dla kogo my to wszystko, do jasnej cholery, robimy?".

- Największą tragedią i cierpieniem dla człowieka wcale nie jest głód, lecz poczucie, że go nikt nie kocha, że jest nikomu niepotrzebny, nikomu nie służy i jego życie nie ma sensu.

- Jest taki człowiek, Janusz Świtaj. Parę lat temu publicznie poprosił o eutanazję. Znam go osobiście. Jest kompletnie sparaliżowany. Po wypadku zajmowali się nim starzejący się rodzice. Leżał w łóżku bez jakiegokolwiek poczucia sensu. Kiedy do mnie dzwoniono z telewizji, co ja na to, to cały czas powtarzałam, że to nie jest krzyk o śmierć, tylko o to, żeby umożliwić mu godne życie. Ania Dymna doprowadziła do tego, że Janusz ukończył szkołę, studiuje, jest pracownikiem jej fundacji. Ma oczywiście odpowiedni sprzęt. Może odbierać telefony przez komputer i rozmawiać, i daje nadzieję innym ludziom.

- Nasi mieszkańcy, starsi, niepełnosprawni, którzy z naszych domów trafiają do domów pomocy społecznej, gdzie, owszem, mają luksusowe pokoje dwuosobowe, z łazienkami, ale tam nikomu nie są potrzebni i bardzo szybko umierają. U nas obierają kartofle, kto może, to zamiata podłogę, mają wieloosobowe pokoje, czasami nawet śpią w dużych salach, ale są wśród ludzi i są nam potrzebni. Czują się potrzebni. My ich wszyscy znamy. W DPS-ie nie wolno im obrać kartofelka, bo nie mają książeczki sanepidu.

- Ta samotność, poczucie bezsensu, braku przynależności do kogokolwiek to jest największa rozpacz. I teraz najlepsze. Jeżeli odkryjemy, że przynależymy do Pana Boga, to choćbyśmy byli na bezludnej wyspie, to nigdy nie będziemy sami i nie wpadniemy w rozpacz, bo wiemy, że jesteśmy kochani. To jest to, co ma człowiek wierzący, a czego nie ma niewierzący. I dlatego bólem chrześcijanina powinno być to, że inni ludzie nie odczuwają tej głębokiej radości. Co by się nie działo, nawet jeśli narozrabiam potwornie, to należę do Kogoś, jest Ktoś, kto mnie kocha bezgranicznie.

To, co siostra teraz mówi, chyba mocno współgra z tym, co Matka Teresa mówiła wolontariuszom przyjeżdżającym do Kalkuty: "Pamiętajcie, że bieda i cierpienie to nie tylko ubóstwo i cierpienie fizyczne, wy na Zachodzie macie strasznie dużo ubóstwa wewnętrznego". Stawiała w zasadzie te nędze na równi.

- Dokładnie tak. Jeżeli czytam na Facebooku komentarze typu: "Nie będę z moich podatków płacił na rodzinę wielodzietną, która żyje w biedzie", to myślę sobie: "Biedny, mały człowieczku, pojedź do jednej z tych rodzin i zobacz, ile w tej biedzie jest miłości, radości i zwykłej serdeczności, której ty nie masz". To jest bogactwo, które mają ubodzy. I właśnie dlatego Jan Paweł II pisał, że od nich mamy się uczyć.

Czy na tę naszą niewrażliwość i samotność wpływają czasy, w których żyjemy?

- Niewątpliwie tak. Społeczeństwo konsumpcyjne to jest społeczeństwo monad konsumujących osobno. I to jest tragedia. Kiedy Barbara Labuda była ambasadorem w Luksemburgu, zadzwoniła do mnie wstrząśnięta i mówi: "Słuchaj, tu jest nieprawdopodobnie wysoki poziom samobójstw wśród młodych ludzi". Tak rzeczywiście jest. Dlaczego? To jest wina rozbuchanej konsumpcji i techniki, które mają nam niby zastąpić czułość, troskliwość i serdeczność. My się umawiamy na randki przez Facebook i, co więcej, te randki odbywają się przez Facebook. Boimy się spotkania człowieka twarzą w twarz, dlatego że podskórnie zdajemy sobie sprawę z tego, że będziemy musieli wyjść z siebie, że będziemy musieli oddać coś komu innemu. Wysoki poziom życia i Facebook nie zastąpią czułości, troski i serdeczności.

- Nie chodzi tylko o rzeczy materialne. Przykład. Ludzie zajmujący pierwsze strony gazet i serwisów plotkarskich. Celebryci, którzy rozpaczliwie szukając miłości, zmieniają partnerów jak rękawiczki, wpadają w narkotyki, robią sobie koszmarne operacje plastyczne, cały czas szukając uznania i akceptacji.

Proponuje siostra, żeby wyłączyć Facebook i nie kupować?

- Absolutnie nie. Sama korzystam z Facebooka. Proponuję, żeby zachować umiar. Czyli wiedzieć, że to są wszystko środki, a nie cele, że to nie może wypełniać całego naszego życia. Internet można wykorzystać do nawiązywania znajomości, ale one są tylko biletem do zupełnie innych relacji. To doskonała rzecz, tylko nie zastąpi realu. Natomiast młodzi ludzie żyją, oczywiście nie wszyscy, w świecie Internetu, kompletnie zaniedbując real. I wpadają w samotność, już nie mówiąc o skrajnych przypadkach uzależnienia.

- Kiedy przychodzą do nas ludzie po jakichś traumach, którzy byli niekochani, którzy nie potrafią się odnaleźć w świecie relacji, chodzą całymi dniami ze słuchawkami w uszach, słuchają muzyki lub rozmawiają przez telefon, pracując jednocześnie. Zabieramy im wtedy na osiem godzin telefony, bo to jest ich ucieczka od realu. O czym można rozmawiać z kimś przez osiem godzin przez telefon? To jest tylko pozorna namiastka ludzkich relacji.

Single: Bóg nie mówi, że seks jest be

Obawa przed wyjściem z siebie w trakcie bezpośredniego kontaktu w realu wiąże się być może z tym, że jak wyjdę z siebie, to zostanę skrzywdzony.

- Niewątpliwie tak. Każdy kontakt z drugim człowiekiem jest pewnym ryzykiem, dlatego od tego ryzyka uciekamy, bo nie chcemy ponosić kosztów. Albo pojawia się ryzyko zobowiązania. Jeśli wyjdę do drugiego człowieka, to potem będę się czuł zobowiązany. Jak go poznam, poznam jego kłopoty, to będę się czuł zobowiązany, żeby w tym uczestniczyć.

- Współcześni ludzie żyją w koszmarnym lęku. Ilość nerwic lękowo-depresyjnych jest zastraszająca, to jest epidemia w tej chwili, o czym się nie mówi i na co jako społeczeństwo nie jesteśmy przygotowani, jeśli chodzi o służbę zdrowia. Żyjemy w ciągłym lęku, dlatego że jesteśmy od dzieciństwa nakręcani do ustawicznej konkurencji. Drugi człowiek nie jest moim bratem, tylko moim rywalem w wyścigu szczurów. Nie uczy się dzieci w szkole współpracy w zespole, tylko tego, by były najlepsze w klasie, potem by najlepiej zdały test i tak bez końca.

Czy można to nasze pokolenie określić kulturą singli?

- Ono w rzeczywistości takie jest. Jesteście ludźmi, którzy osiągnęli już jakiś sukces. Każdy na swoim poziomie. Innym sukcesem będzie sukces młodego człowieka, który zdobył średnie wykształcenie i pracę w Warszawie, a innym założenie własnej firmy, która się znakomicie rozwija, i stać nas na wakacje nie tylko w Chorwacji, ale i trochę dalej, jeździmy luksusowym samochodem i mieszkamy na strzeżonym osiedlu. Często jest to sukces za cenę kompletnej samotności. I to jest rozpacz. W duszpasterstwach akademickich, dla których głoszę rekolekcje, spotykam zarówno chłopaków, jak i dziewczyny, dla których największym cierpieniem jest to, że nie mają tej drugiej połówki. W Toruniu odprawia się raz w miesiącu mszę świętą zamówioną przez studentów i studentki w intencji znalezienia dobrego męża lub dobrej żony. W moich czasach się ich znajdowało. Dlaczego wy tego nie potraficie? Nie wiem.

Być może dlatego, że bardzo łatwo wyrzucamy rzeczy, wyrzucamy miłość, nie staramy się.

- I żyjecie na kocią łapę. Mamy wybór palet w supermarkecie życia: paletę wartości, paletę idei, paletę ludzi. I jak nam się coś nudzi, to wyrzucamy to do kosza na śmieci. Wracamy do supermarketu i bierzemy kolejną rzecz, która nam bardziej pasuje.

Nie bierzemy też odpowiedzialności za drugą osobę.

- I to jest właśnie cały problem, że społeczeństwo konsumpcyjne wcale nie chce, wbrew pozorom, wziąć za siebie odpowiedzialności.

Ta odpowiedzialność zanika już na samym początku nawiązywania relacji, nie obchodzą nas emocje drugiego człowieka.

- Oczywiście, że tak. Szybki seks i do domu. Konsumujemy. Czysty seks, wyrwany z kontekstu miłości, jest zwyczajną konsumpcją. Równie dobrze można się najeść w dobrej restauracji.

Seks daje przyjemność.

- Ale nie szczęście. To są dwie różne rzeczy. Szczęście wcale nie musi być przyjemnością odczuwaną. Połączenie szczęścia i przyjemności to jest szczyt.

W małżeństwie.

- Dokładnie, dokładnie o to Panu Bogu chodzi. W małżeńskim akcie seksualnym jest połączenie szczęścia i przyjemności. Pan Bóg mówi: "Nie cudzołóż!" nie dlatego, że uważa, że seks jest be, wręcz przeciwnie. Seks przecież może być aktem stworzenia nowego człowieka, wielką radością i dobrą przyjemnością.

- Pan Bóg mówi: "Nie cudzołóż!" dlatego, że chce nam powiedzieć: "Jeśli to zepsujesz, to najzwyczajniej w świecie nie będziesz szczęśliwy". Seks to jest ta część naszej fizjologii, która - z punktu widzenia biologa patrząc - jest najgłębiej powiązana z naszą psychiką, duchowością i emocjami. Tego się nie da rozdzielić. Jeśli spróbujesz to zrobić, zaspokoisz jakąś potrzebę, odprężysz się, ale wyjdziesz z niedosytem i to cię w dłuższej perspektywie zniszczy. Dokładnie tak jak żarcie bez ograniczeń, picie bez ograniczeń i każda inna czynność, którą wykonujemy bez umiaru.

Pan Bóg: patrzy i wyrywa sobie włosy

Słyszymy od wielu ludzi, że przygodny seks nas zniszczy, ale w to wchodzimy. Dlaczego nie słuchamy starszych od nas, mądrzejszych od nas?

- Zapytajmy jeszcze, dlaczego nie słuchamy Pana Boga? Robimy to, ponieważ faktycznie uważamy się za mądrzejszych. Adam i Ewa też nie posłuchali, i nie tylko oni. W języku hebrajskim "słuchać" to nie jest słyszeć czyjś głos, to jest przyjąć czyjeś słowa i wprowadzić je w życie. I słowo "posłuszeństwo" pochodzi od słuchania. Czyli to jest także przyjęcie i wprowadzenie w życie. My zaś ciągle eksperymentujemy, a potem płaczemy i mamy pretensje do Pana Boga. To nie Pan Bóg nas skrzywdził, tylko nasza głupota.

Częstym zarzutem młodych ludzi, nawet tych będących w Kościele, jest to, że Kościół jest zafiksowany na tym punkcie, że ciągle mówi o antykoncepcji, o seksie. Czemu tak jest?

- Większość ludzkich nieszczęść wynika ze złych relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami. Tak naprawdę najbardziej istotna dla większości ludzi na tym świecie jest właśnie miłość.

- Zostaliśmy stworzeni przez Boga, który jest miłością, do miłości. W związku z tym rozpaczliwie szukamy jej w bardzo wielu miejscach. Tak naprawdę znaleźć ją można tylko w jednym, ale my oczywiście szukamy gdzie indziej. Myślę, że Pan Bóg patrzy na to z góry z wielkim szacunkiem, bo On nas zawsze szanuje, z wielką miłością, momentami z wielką rozpaczą. A czasami pewnie wyrywa sobie włosy z głowy i mówi: "Nie tu!". Ale my leziemy jak pszczoła do miodu, ładując się w sytuacje, po których potem płaczemy.

Można wybaczyć zdradę?

- Myślę, że można. Ale wybaczenie i powrót do sytuacji sprzed zdrady to są dwie różne rzeczy. Wszystko zależy od sytuacji człowieka, od skali zdrady, skali miłości. Znam małżeństwo, w którym zdrada została wybaczona. Człowiek, który tej zdrady się dopuścił, był zrozpaczony, że mu się to przydarzyło. To był człowiek wierzący. Myślę, że był zbyt pewny siebie. Żeby być wiernym, trzeba być roztropnym. Jeżeli się zabiera w podróż służbową za granicę młodą, piękną dziewczynę, to trzeba być z żelaza albo wariatem. Z góry naraża się na sytuację, w której przekroczy się pewną granicę.

- Jest taka świetna książka Miasto radości, gdzie jest fantastyczna scena. Rzecz dzieje się w slumsach w Kalkucie, gdzie ksiądz, zresztą Polak, jest kompletnie przygnieciony ogromem nędzy, jaka tam jest. Na pięterku skleconego z dykty domku umiera na gruźlicę dziecko. On mieszka na dole. Słyszy rozpaczliwy krzyk matki, która jest kompletnie bezradna. Ksiądz ma współpracownicę, młodą Hinduskę, śliczną dziewczynę. Modli się, ale w pewnym momencie jest już na dnie, bo ogrom cierpienia, rozpaczy i samotności może człowieka doprowadzić do sytuacji, w której jest bezradny. I na to wchodzi ta młoda dziewczyna. Ksiądz w pierwszym odruchu rzuca się jej w ramiona, a ona te ramiona odruchowo otwiera. Dokładnie w tym momencie następuje śmierć tego dzieciaka na górze i rozpaczliwe wycie matki. To go otrzeźwia. Gdyby nie to, mogłoby się skończyć fatalnie.

- Zawsze powtarzam, że w sytuacjach stresu, wielkiej samotności i wielkiego cierpienia mamy skłonność do rzucania się w pierwsze z brzegu ramiona i nigdy nie są to odpowiednie ramiona. Więc tu trzeba bardzo uważać, nie można się stawiać w sytuacji, w której nieprzekroczenie pewnej granicy będzie już niemożliwe. Fizjologia działa. Jeżeli się położysz na jednym łóżku obok młodej, pięknej dziewczyny, to nie wiem, kim musiałbyś być, żeby do niczego nie doszło.

Znajomy ksiądz, przełożony w seminarium, powiedział kiedyś jedno kluczowe zdanie: "Musisz nauczyć się odejść niezaspokojony".

- Oczywiście.

To, co siostra mówi, może być formą rad dla naszego czytelnika i pokolenia. Siostra powiedziała, żeby być bardziej wstrzemięźliwym, roztropnym, a po drugie, byśmy nie eksperymentowali za wiele.

- A nawet wcale.

I żeby odejść niezaspokojonym.

- I to, żeby wiedzieć o tym, że kiedy jesteśmy najsłabsi, czyli kiedy cierpimy, kiedy jesteśmy samotni, przykładowo umiera nam ktoś bliski, stało się jakieś nieszczęście, jesteśmy otoczeni morzem jakiegoś cierpienia, to rzecz w tym, żeby się nie rzucać w pierwsze z brzegu ramiona, bo - tak jak powiedziałam - to nigdy nie są ramiona właściwe.

- Jeśli potrafilibyśmy poczekać, jeśli potrafilibyśmy dokładnie zbadać sytuację, budować relacje, to zaoszczędzilibyśmy sobie kolejnego cierpienia. Jesteśmy w stanie uczepić się kołka w płocie. Na ogół rozpaczliwie szukamy serdeczności, tkliwości, zainteresowania, a nie budujemy relacji. Miłość się buduje. Po to mądrość wielu ludów i mądrość chrześcijańska wprowadza okres narzeczeństwa, żeby się poznać. Jeden z moich bardzo serdecznych przyjaciół żył w narzeczeństwie przez rok, ale po roku się ze swoją wybranką rozstał, zresztą bardzo pokojowo. Wydawało się, że są stworzeni dla siebie, ale w pewnym momencie okazało się, że wcale tak nie jest. Oboje doszli do takiego wniosku. On założył rodzinę. Jest bardzo szczęśliwy. Ona pozostała samotna z wyboru. Jest katechetką. Jako powołanie traktuje katechizowanie młodzieży i robi to fantastycznie.

- Rozumiecie? My chcemy szybko, tanio i przyjemnie. A tak się nie da. Żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym, również na poziomie miłości. Nasz założyciel Pascal opowiadał o swojej znajomej z Kanady. Małżeństwo pracujące w korporacji, zamożni ludzie. Żona powiedziała mężowi, że chciałaby mieć dziecko. Mąż zgodził się, ale zrobił biznesplan i stwierdził, że w tym roku nie, bo mamy takie zajęcia, w przyszłym też nie, bo będę ubiegał się o wyższe stanowisko i tak dalej. Nawet z miłości potrafimy zrobić biznesplan.

To nie jest rozsądne, że zaplanujemy sobie rodzinę?

- Pan Bóg nie tego oczekuje. W miłości musi być odrobina szaleństwa, odrobina rzeczy nieprzewidywalnych. Oczywiście, że powinniśmy zachować zdrowy rozsądek i umiar we wszystkim, ale do pewnych granic. Miłość powinna kierować się mądrością, a zdrowy rozsądek to jest co innego niż mądrość. Nie można robić biznesplanu na miłość!

Na koniec: uśmiechnij się do kogoś

Dlaczego Bóg stworzył mężczyznę i kobietę? Same z tego problemy.

- Sam świat męski to jest świat biedniutki, sam świat żeński to też jest świat biedniutki. Kiedy w naszym schronisku dla chorych byli w pewnym momencie sami faceci, to chodzili nieogoleni, nie dbali o siebie. Kiedy zrobiliśmy salę kobiet, to natychmiast panowie, nawet w tych dresikach czy piżamkach, zaczęli się ubierać czyściej, golić się i zachowywać nieco inaczej. Największe dzieła w Kościele były zawsze robione komplementarnie. Święta Teresa z Ávili miała swojego świętego Jana od Krzyża. Święty Franciszek z Asyżu miał swoją Klarę. Takich przykładów są tysiące.

- Na przykład święty Franciszek Salezy miał swoją Joannę de Chantal. Kiedyś nawet złośliwi mieszkańcy Genewy, której był biskupem, a ona była przeoryszą klasztoru wizytek, który założyła, rozłożyli nocą czerwony dywan od klasztoru do biskupiego pałacu. Ale uwaga, bardzo wielu księży, zakonników czy sióstr zakonnych twierdzi, że w ich przyjaźni z kobietą czy z mężczyzną nie ma nic groźnego, że jest to tylko przyjaźń duchowa. I zwykle ta przyjaźń duchowa kończy się wystąpieniem ze zgromadzenia czy porzuceniem kapłaństwa. Trzeba być naprawdę bardzo wielkim świętym, bardzo uważać i nie być zbyt pewnym siebie. Do takiej przyjaźni duchowej trzeba dorosnąć.

- Kiedyś byłam u małych sióstr w Rzymie w Tre Fontane. To są wzgórza gaju oliwnego, które należały do trapistów od czasów średniowiecza. I trapiści odstąpili siostrom część tych wzgórz. Jednym z ojców trapistów był Polak, ojciec Jacek, przedwojenny dyplomata, który uciekł w 1939 roku przez Rumunię, pozostał we Włoszech i wstąpił do trapistów. Niezwykle kulturalny i świątobliwy mnich. Chodziłam do niego do spowiedzi. Siadaliśmy w rozmównicy, w takim pokoiku dla gości. Drewniany stół, dwie ławki. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat, byłam dziewczyną w dżinsach. Siadłam na tej samej ławce obok niego i zaczęliśmy rozmawiać. On był ogromnie ciekaw Polski, prosił, żebym ziemię z Polski przywiozła, tęsknił. Ale jak siadłam obok niego, to powiedział: "O, nie, nie, przesiądź się, ja jeszcze nie umarłem". To niewątpliwie była żartobliwa mądrość starego mnicha. Musimy się bardzo pilnować, kiedy mamy męża lub żonę. Habit czy sutanna też nas nie chroni.

A siostra Chmielewska i kto?

- I nikt.

A gdyby siostra się zakochała?

- To jest bardzo teoretyczne pytanie, nie wiem, co bym zrobiła. Zakochałam się w Panu Bogu i staram się być Mu wierna. Nie rozpatruję żadnej alternatywy na razie.

I przez całe życie nie zakochała się siostra w ten sposób, żeby myśleć...

- Póki nie spotkałam Chrystusa, oczywiście, że się zakochiwałam.

Po Chrystusie już nie?

- Po Chrystusie już nie.

A zauroczyła się siostra, zachwyciła kimś?

- Jest wielu mężczyzn, których bardzo lubię i szanuję. Lubię przystojniaków, to normalne. Są pewne cechy u mężczyzny, które lubię, ale to absolutnie nie oznacza stanu zakochania. Przykro mi, ale nie będzie tu żadnego newsa, smaczku i skandalu (śmiech).

A jakie cechy mężczyzny siostra docenia i zauważa?

- Opiekuńczość, troskliwość, prawdomówność, szczerość, odwagę również. Takie cechy.

Czy pojawiły się jakieś ramiona w trakcie życia zakonnego?

- Kiedy byłam młodsza, byli różni, ale wykorzystywałam to na rzecz biedaków dla biedaków. Było jasno powiedziane: "Kolego, nie masz żadnych szans, ale proszę bardzo, jeśli chcesz zrobić coś, co mi sprawi przyjemność, to tu jest taki domek do wybudowania" (śmiech).

- Myślę, że Pan Bóg po prostu mnie uchronił. Być może wiedział, z kim ma do czynienia, i dał mi trochę więcej odporności. To Jego zasługa, nie moja. Ale nad wiernością trzeba pracować. Podobnie w życiu zakonnym. Jak składamy śluby zakonne i uważamy, że osiągnęliśmy już wszystko, to w tym momencie zaczyna się początek końca. O życiu małżeńskim już mówiłam. O miłość trzeba się troszczyć non stop. Podobnie w relacjach z Panem Bogiem. On się o ciebie troszczy. Ale my też coś powinniśmy robić. Jak się przechodzi obok kościoła, to warto Mu powiedzieć "dzień dobry". Zwłaszcza, że chyba najbardziej samotną osobą w Polsce jest Pan Jezus w tabernakulum.

Bóg jest samotny?

- Jak do Niego nie przyjdziesz, to jest samotny.

Tęskni?

- Tęskni, jeśli nie wpadniesz na moment do kościoła powiedzieć: "Cześć, idę do roboty albo na kawę, albo do pubu. Wiesz, daj, żebym nie przesadził, żebym sam się doczołgał do domu; jakby co, to mnie kopnij pod stołem". Sprawiasz Mu tym przyjemność. Jeśli kogoś kochasz czy lubisz, to chciałbyś, żeby od czasu do czasu powiedział ci "dzień dobry".

Siostra ma jakieś marzenia?

- Oczywiście, że tak. Marzeniem jest, żeby ludzie żyli w pokoju, żeby nie było cierpienia, żeby ludzie byli szczęśliwi. Przyziemne marzenie to żeby nam się udało zrobić tak, żeby przynajmniej w najbliższej okolicy ludzie mieli co jeść i gdzie spać, żebyśmy mogli wybudować dom, bo jest taka potrzeba, żeby dzieci moje były szczęśliwe, bliscy moi, mieszkańcy.

A dla siebie?

- No to jest dla mnie. Moim marzeniem jest, żeby świat był piękny. Nudne, nie? Ale tak jest naprawdę. Nie znoszę brzydoty.

Dobrze, że przyjechaliśmy (śmiech).

- Nie chodzi o zewnętrzną brzydotę ludzkiej twarzy, nie w tym rzecz. Chodzi mi o brzydotę, która jest brakiem harmonii. Na przykład mops jest tak brzydki, że aż piękny.

Niech siostra powie jeszcze coś na Amen!

- Na pożegnanie? Starajmy się być dobrzy, nic więcej. Naprawdę, i to tak na co dzień. Zrób komuś herbatę bezinteresownie. Albo uśmiechnij się do tego, który jest...

...wkurzający na maksa.

- Spróbuj go zrozumieć i zobaczyć w nim jakieś dobro.

Amen.

- Amen.

Siostro, bardzo dziękujemy.

- To ja wam dziękuję, że przyjechaliście, bo stary musi też czasami wiedzieć, co u młodych słychać.

Siostra Małgorzata Chmielewska. "Sposób na (cholernie) szczęśliwe życie". Rozmawiają Błażej Strzelczyk i Piotr Żyłka. Wydawnictwo WAM. Premiera: sierpień 2016.



  ***Zobacz materiały o podobnej tematyce***



 

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje