Przejdź na stronę główną Interia.pl

Spaleni pracą

To trwa. Najpierw są trudności ze snem, zmęczenie, poczucie beznadziei, przekonanie, że moja praca jest bez sensu.... Wypalenie zawodowe przychodzi wiele miesięcy później. Bywa, że zmusza do zmiany zawodu, wywraca życie do góry nogami. Dlatego warto je powstrzymać - radzi w rozmowie z "Twoim STYLEM" prof. Christina Maslach, współautorka wydanej własnie ksiazki "Prawda o wypaleniu zawodowym".

Mam dwie koleżanki. Jedna pracuje od piętnastu lat jako nauczycielka angielskiego, druga jest pediatrą. Ostatnio obie dużo narzekają na swoją pracę: mówią, że są zmęczone, zastanawiają się, czy nie zrobiły błędu, wybierając taką ścieżkę kariery. Czy to może być wypalenie zawodowe?

Reklama

Christina Maslach: Może. To, o czym pani mówi: uczucie przeciążenia obowiązkami, zmęczenia fizycznego, nawet wycieńczenia, to jeden z trzech elementów, niezbędnych do zdiagnozowania syndromu wypalenia zawodowego. Jednak niejedyny. Każdy z nas czasami jest wykończony pracą. Problem zaczyna się, gdy osiągamy taki stan, że nie potrafimy się już zregenerować. Ani dłuższy sen, ani urlop nie pomagają. Mamy wszystkiego dość, przestajemy się przejmować innymi ludźmi: współpracownikami, klientami, uczniami, pacjentami. I wtedy pojawia się drugi z objawów: zobojętnienie, a nawet wrogie nastawianie wobec otoczenia. Takie podejście: zrobić, zaliczyć, zapomnieć. Tylko tyle, ile wynosi koniecznie minimum, żeby nadal być na "liście płac". Uczniowie? To nie moja sprawa. Pacjenci? Niech się odczepią.

- Trzecim, ostatnim elementem, który pojawia się najpóźniej, jest obniżona samoocena. Wcześniej irytowała nas praca, złościli ludzie. To ci na zewnątrz byli beznadziejni - ja byłam w porządku. Na ostatnim etapie zaczynam myśleć, że i ja jestem do niczego. Nie sprawdzam się w tym zawodzie, chyba zrobiłam błąd, że go wybrałam. Inni radzą sobie lepiej. I to jest tak naprawdę wypalenie zawodowe, często łączące się z depresją, zaburzeniami lękowymi.

To brzmi bardzo poważnie. Wypalenie, depresja... Rozumiem, że to nie jest proste: żeby dojść do takiego stanu, chyba trzeba pracować w wyjątkowo trudnych warunkach?

- Wcale nie! To nie chodzi o żadne ogromne obciążenia, mobbing, sytuacje awaryjne, w których jesteśmy narażeni na wielki stres. To są kłopoty, a raczej kłopociki dnia codziennego, szpilki, które ktoś nam codziennie wsadza, szef, współpracownik... To jest powolny proces, jak z kolorową bluzką, która traci barwy przy każdym praniu i w rezultacie staje się szara, nijaka, zniszczona. Jako ekspert zajmujący się syndromem wypalenia zostałam kiedyś poproszona, by pracować z pielęgniarkami z ostrego dyżuru. Problemem, z którym zmagała się dyrekcja szpitala, była absencja, te pielęgniarki ciągle brały zwolnienia. Zastanawialiśmy się dlaczego.

Może po prostu ta praca była dla nich za trudna? Dyżury za długie?

- Nie. One potrafiły sobie z tym radzić, nie to było dla nich najbardziej męczące. Gdy zaczęliśmy z nimi rozmawiać, odkryliśmy, że złościło je to, że musiały pracować w nieprzyjaznym środowisku, wśród osób, które w nieprzyjemny sposób komentowały ich potknięcia. Myślały: "OK, moje zajęcie nie należy do najlżejszych. Potrafię temu podołać. Ale czy naprawdę muszę codziennie użerać się z tymi toksycznymi ludźmi? Nie mam na to wcale ochoty. Może więc zadzwonię i powiem, że złapałam grypę?".

Mówi pani o pielęgniarkach, a moja koleżanka jest lekarką... Czy to znaczy, że pewne grupy zawodowe, konkretne profesje, są bardziej narażone na ryzyko wypalenia niż inne?

- Tak. Najczęściej chodzi o tak zwane zawody służebne: o tych, którzy pracują w kontakcie z drugim człowiekiem. Czyli właśnie personel medyczny, ale też pracowników socjalnych, nauczycieli... Jeśli ludzie zatrudnieni w jednej firmie, szkole, szpitalu, urzędzie zgłaszają się do lekarza z tymi samymi dolegliwościami, często przebywają na zwolnieniach, warto się zastanowić, co tutaj nie gra? Najprościej jest oczywiście powiedzieć: to twoja wina. Bo ty się nie nadajesz, jesteś słaba, szukaj innego zajęcia. Przecież to czyste marnotrawstwo. Nie jest zadaniem szefów, kadry zarządzającej sprawienie, by nasze miejsca pracy były rajem na ziemi, ale przełożeni nie powinni też wypalać ludzi, jakby byli świeczkami, i zastępować ich nowymi.

Czyli czyja to jest wina? Przełożonych?

- To druga pułapka, w którą łatwo wpaść, rozmawiając o syndromie wypalenia. Jeśli to nie moja wina, znaczy, że to oni są za to odpowiedzialni. Tymczasem tu chodzi o pewien system, środowisko pracy, a nie jedną osobę - tę, która doświadcza wypalenia, czy jej przełożonego. Czasami warto jest spojrzeć na siebie zamiast narzekać. Mówisz o swojej szefowej "Ta kobieta jest największym koszmarem mojego życia"? A co ty robisz? Naprawdę jesteś niewinna, nie jesteś wobec niej złośliwa? Nie przewracasz oczami, gdy wydaje ci polecenia? Z mojego punktu widzenia wygląda to tak: ludzie wpływają na siebie nawzajem. Na zasadzie sprzężenia zwrotnego. I jeśli nie będą uważni, mogą sobie nawzajem uczynić piekło z życia.

Skąd możemy wiedzieć, czy to, co czujemy, to tylko zmęczenie, stres czy już wypalenie? Jak to sprawdzić?

- Stwierdziliśmy wraz z moimi współpracownikami, że można wyróżnić sześć głównych przyczyn wypalenia. Dzięki temu każdy jest w stanie sprawdzić, jaka jest jego sytuacja, postawić autodiagnozę. Po pierwsze, obciążenie pracą. Jeśli masz zbyt wiele obowiązków, z niczym nie zdążasz na czas, wymagania szefów są nieadekwatne do twoich możliwości - pojawia się wyczerpanie. Po drugie, kontrola. Czy masz wpływ na to, co robisz, co dzieje się w twojej firmie? Czy jest dla ciebie jasne, kto podejmuje kluczowe decyzje i co do kogo należy? Po trzecie, wynagrodzenie. I nie chodzi tu tylko o pensję. Także o system nagród za wyjątkowe osiągnięcia, szanse na awans, bonusy pozapłacowe: telefon, samochód służbowy, opiekę medyczną. Jest coś jeszcze ważniejszego: społeczne uznanie. Niektórzy z nas, choćby nie wiem jak się postarali, nie usłyszą słowa podzięki za świetnie wykonaną pracę. Tak często bywa właśnie z nauczycielami i lekarzami. Nikt nie powie: "Dziękuję, pani doktor, doskonale zrobione wypełnienie". Pytałam kiedyś nauczycieli, lekarzy: co dla ciebie znaczy "dobry dzień"? Okazało się, że taki, po którym... nikt nie przychodzi się poskarżyć. To straszne!

Może trzeba po prostu pytać ludzi, prosić, żeby nas chwalili?

- No tak, ale wielu osobom to nie przejdzie przez gardło. Wiem z własnego doświadczenia. Jako wykładowca - w USA studenci oceniają zajęcia - często po ostatnich słyszałam: egzaminy są za trudne. Sale przepełnione. System nauczania jest do niczego. Chciało mi się krzyczeć: A ja? Czasem zmuszałam się i pytałam: "Podobało ci się u mnie?". I wtedy dostawałam inną odpowiedź: "Tak, nie sądziłem, że to takie ciekawe, chyba polecę pani seminaria znajomym". Jakby mi skrzydła urosły. Akurat rzeczywiście w tym przypadku ma pani rację: możemy sami zadbać o te pozytywne informacje zwrotne, żeby do nas napływały. I troszczyć się też o to, żeby... mówić innym ludziom, gdy dobrze wykonają swoją pracę.

Wróćmy do przyczyn wypalenia...

- No właśnie. Po czwarte, wspólnota i współpraca. Jesteśmy istotami społecznymi, grupa jest dla nas ważna. Na przykład nauczyciele, lekarze, którzy mają szczęście pracować w fajnych miejscach, często mówią: "No, nie zarabiam wiele. Ale my tutaj jesteśmy jak wielka rodzina, świetnie się ze sobą czujemy. Nie zrezygnuję z tego za żadne pieniądze". To jest kwestia szacunku, uprzejmości, dobrego traktowania siebie nawzajem. Kolejny, piąty czynnik, także związany jest z szacunkiem i relacjami społecznymi. Sprawiedliwość. Czy jesteśmy traktowani fair? Czy zasady, reguły rządzące firmą są logiczne, zrozumiałe, czy wiemy, dlaczego szef udzielił nam reprymendy? Czy każdemu za każdym razem za podobne niedopatrzenie powiedziałby to samo? Jeśli tak - nawet przykre słowa tak bardzo nie bolą. Nie pojawiają się znikąd, jak grom z jasnego nieba.

A ostatni czynnik?

- Po szóste, wartości. Czyli to, co tak naprawdę nadaje życiu sens. To, co robimy, nie może pozostawać w konflikcie z naszym systemem, hierarchią wartości. Jasne, nie każdy z nas od 8 do 16 zajmuje się zbawianiem świata. Większość po prostu zarabia na życie. Ale powiem tak: jeśli sposób, w jaki zarabiasz na życie, sprawia, że każdego ranka masz coraz większy problem, by spojrzeć w lustro - to choćby w tych pozostałych pięciu obszarach było wszystko wspaniale, jesteś i tak bardzo narażona na wypalenie zawodowe.

Naprawdę to jest najważniejsze? Myślałam, że pieniądze wszystko wynagrodzą?

- Naprawdę. Rozmawiałam kiedyś z dwiema młodymi kobietami - ekolożkami - które pracowały w korporacji, zajmowały się doradztwem z dziedziny ochrony środowiska. Szybko zorientowały się, że to nie ma nic wspólnego z dbaniem o zasoby naturalne. Wręcz przeciwnie: w rzeczywistości ich praca polegała na przygotowywaniu kolejnych terenów zielonych, na które miał wejść deweloper. Jedna z nich powiedziała: "To nie tak miało być. Chciałam robić dobre rzeczy, a teraz czuję niesmak do samej siebie". Niedługo potem zrezygnowała, choć zarabiała wspaniale. Druga miała dzieci, z biura kilka kroków do ich szkoły, dzięki wysokiej pensji stać ją było na wynajęcie większego mieszkania. I od niej usłyszałam: "Wiem, że to, co robię, nie przysłuży się środowisku naturalnemu, ale w tej chwili moja rodzina jest dla mnie ważniejsza". Wiele zależy więc od tego, czy potrafisz to sobie wytłumaczyć. Że to, co robisz, kłóci się z tym, co czujesz i co myślisz.

A jeśli jednak nie umiem? Pozostaje mi chyba tylko zmienić pracę?

- Czasami tak. Można też spróbować innej drogi. Poprosić o zmianę stanowiska. Tak zrobiła znajoma terapeutka, pracująca w ośrodku dla uzależnionych od narkotyków. W pewnym momencie po prostu się zorientowała, że nie jest w stanie już dłużej tego robić, zaczęła czuć gniew i pogardę wobec pacjentów. Porozmawiała z przełożonym i przeniesiono ją do mniej obciążającej pracy: bez ciągłego kontaktu z uzależnionymi. Warto próbować coś zmienić zawczasu. Ludzie, których dotknęło wypalenie, często zamykają się w sobie, wycofują. Nie rozmawiają z szefami, ze współpracownikami. A jedyna droga do zmiany wiedzie przez rozmowę. Zanim rozwinie się pełny syndrom wypalenia zawodowego.

Do zmiany? Czy to możliwe, żeby jedna osoba zmieniła coś w wielkiej organizacji?

- Jedna może nie. Najczęściej jednak tych, którym coś się w danym miejscu pracy nie podoba, jest więcej. Tylko my o tym nie wiemy, bo... się nie odzywamy. To psychologiczne zjawisko nosi nazwę "niewiedza wielu". Podam przykład. Pracowałam kiedyś z ludźmi z firmy, w której normą było siedzenie do godziny 21 czy 22. Wszyscy siedzieli i uważali, że pozostałym to odpowiada. Przeprowadziliśmy ankiety i gdy wróciliśmy z ich wynikami, powiedzieliśmy: Słuchajcie, trzy osoby na cztery pracujące tutaj mówią: "Nie cierpię tej roboty". Ponad 80 procent z was nienawidzi pracować do nocy i prawie wszyscy uważacie, że to bez sensu. Ci ludzie patrzyli jeden na drugiego, byli zszokowani. Jak to, to nie tylko ja sądzę, że to głupie? Nie tylko ja chcę wychodzić wcześniej?

Rozmawiać ze współpracownikami to jest właśnie to działanie, które może przeciwdziałać wypaleniu zawodowemu?

- Tak. Bo po pierwsze zyskujemy wiedzę, że nie jesteśmy sami w trudnej sytuacji, że są inni ludzie, którzy nas popierają. A po drugie, mając taką wiedzę, możemy iść do szefa. Bo to naprawdę nie jest tak, że przełożeni nas męczą, znęcają się nad nami. Często nie wiedzą, czego potrzebujemy! Pamiętam nauczycieli z pewnej szkoły. Dyrektor na początku roku wynajął dla nich trenera, specjalistę od motywacji. Ten człowiek przyszedł i zaczął krzyczeć: "Możecie to zrobić! To nie leży poza granicami waszych możliwości! Zróbcie to! Uśmiechnijcie się!". A oni byli załamani. Powiedzieli potem: "Hej, jedyna rzecz, której nam nie brakuje w tym zawodzie, to motywacja. Inaczej robilibyśmy coś zupełnie innego. Brak pieniędzy na ksero, na materiały potrzebne do eksperymentów chemicznych... A dyrektor wszystkie wolne środki wydał na trenera, którego my nie potrzebujemy". A przecież on chciał dobrze. Dlatego warto jest rozmawiać z szefem. I najlepiej - grupą.

To zrobi na przełożonym większe wrażenie, gdy przyjdziemy wszyscy razem?

- To też, ale przede wszystkim: wtedy nie można zgłaszanego problemu zredukować do stwierdzenia: "Słuchaj, chyba to z tobą jest coś nie tak". Z połową działu nie może być "coś nie tak" - błąd tkwi w systemie. Idąc na rozmowę, nie koncentrujcie się jednak na negatywach: "bo to jest źle, tamto jest niedobrze i my się w ogóle nie zgadzamy". Miejcie przygotowaną propozycję. "Rozumiemy, że specyfika pracy wymaga, by być w biurze do 21. W takim wypadku umówmy się, że będziemy przychodzić później, zróbmy tak na próbę, na miesiąc, sprawdźmy, czy zadziała". Trzeba szukać jakiejś drogi. W końcu w pracy spędzamy znaczną część życia. Zapewniam: nie musimy się w niej czuć nieszczęśliwi.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska

Twój STYL 2/2012

Dowiedz się więcej na temat: praca | kariera | wypalenie zawodowe

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje