Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Spadkobiercy zbrodni

Czy ponad 70 lat po wojnie społeczeństwo niemieckie uporało się z demonami przeszłości? Jakie emocje targają potomkami ofiar i sprawców i czy dzisiaj możemy być pewni, że „nigdy więcej”? Pisarka i scenarzystka Annette Hess w swojej powieści „W niemieckim domu” zagląda w głąb duszy swojego narodu. Ma ku temu osobiste powody. Nią też targa poczucie winy.

Izabela Grelowska, Styl.pl: Niemcy są w Polsce często przedstawiane jako kraj, który sobie dobrze poradził z przepracowaniem demonów przeszłości. Zgadza się pani z tą opinią?

Reklama

Annette Hess: - Proces przepracowania przeszłości przebiegał u nas wręcz wzorcowo. Trzeba jednak pamiętać, że rosną nowe pokolenia i tylko 40 procent młodych ludzi wie, czym było Auschwitz. Dlatego nie można ustawać w wysiłkach i trzeba szukać nowych dróg docierania do ludzi i uświadamiania im tego, co się stało.

Pani powieść rozgrywa się na początku lat 60. i opisuje początek tego procesu. Dlaczego doszło do niego tak późno po wojnie?

- Pierwszy proces sądowy dotyczący Auschwitz odbył się w Niemczech w 1963 roku i był zalążkiem procesu przepracowywania. Później nadeszła rewolta ‘68 roku i kolejnym etapem był serial o Holokauście, który był emitowany w połowie lat 70. To był przełom. Natomiast pierwsze lata po wojnie były okresem odbudowy. Ojcowie wrócili z wojny, ale nie opowiadali o tym, co się działo, a dzieciom nie wolno było pytać. Dla pokolenia dzieci urodzonych w okresie wojny miało to generować określone problemy. To był normalny proces psychologicznego wypierania tego, co się stało, żeby w ogóle można było żyć.

Jaka była różnica w przebiegu tego procesu w Niemczech Wschodnich i Zachodnich?

- Oficjalne stanowisko NRD było takie, że w kraju nie ma żadnych faszystów ani nazistów, co oczywiście nie było prawdą. Takie wypieranie faktów miało wpływ na przebieg tego procesu, choć z drugiej strony był on pod wieloma względami silniejszy we Wschodnich Niemczech. Dużo mówiło się o wojnie, dzieci w wieku szkolnym obowiązkowo uczestniczyły w wycieczkach do obozu Buchenwald. W Niemczech Zachodnich okres narodowego socjalizmu był ujęty w treści podręczników szkolnych, ale mówiło się o tym, według mnie, zdecydowanie zbyt mało. Jednak obecnie to we Wschodnich Niemczech siły radykalne i prawicowe dochodzą do głosu. To może świadczyć o tym, że proces przymusowego przepracowywania też nie do końca jest dobry. Trzeba znaleźć inne drogi.

Bohaterka książki, Ewa, należy do generacji dzieci urodzonych w czasie wojny, a staje się częścią tej wiodącej siły, która chce przełamać milczenie. Czy przemiana pokoleniowa była do tego niezbędna?

- Tak. Musiało nadejść nowe pokolenie, by rozpocząć ten proces. Natomiast temat jest nadal aktualny. Widzimy to po tym, co dzieje się obecnie w Niemczech, ale nie tylko tam. W wielu krajach prawicowi ekstremiści dochodzą do głosu. I zbyt mało osób ma odwagę, żeby się im otwarcie przeciwstawiać.

Ewa ma ogromne poczucie winy. Czy to były emocje typowe dla jej pokolenia?

- To znane zjawisko. Rodzice wypierali drastyczne wydarzenia, starali się nie pamiętać, a robili tak z uzasadnionego poczucia winy. Te tłumione uczucia przechodzą na kolejne pokolenia. Nie tylko dzieci, ale i wnuków. Oczywiście w każdej rodzinie wyglądało to nieco inaczej.

W Ewie winę widzą również inne osoby: ofiary, świadkowie...

- To mechanizm powodujący, że wszyscy Niemcy byli postrzegani jako źli. Miałam 12 lat, kiedy na jakimś kempingu we Francji francuskie dzieci wołały za nami "Heil Hitler". Bardzo często spotykałam się z takimi reakcjami. Dodatkowo noszę nazwisko Hess i choć nie jest to rodzina, skojarzenia pozostają.

- Ale trzeba też podkreślić różnicę między tymi, którzy rzeczywiście małymi byli dziećmi i ani nie rozumieli, co się dzieje, ani tym bardziej nie byli w stanie nic zrobić, a nastolatkami i młodymi ludźmi, którzy mieli już pewną świadomość. Te wydarzenia wciągały każdego człowieka. Nawet jeśli ktoś zajmował postawę obojętną, też stawał się współsprawcą. Pisząc tę powieść chciałam zwrócić uwagę na postawę, która była rozpowszechniona i w jakimś stopniu nadal jest spotykana. Na ludzi, którzy twierdzą, że byli wielcy bonzowie, którzy są wszystkiemu winni, a my - reszta, byliśmy tylko tymi biednymi szarymi zjadaczami chleba, którzy nie mogli nic na to poradzić.

A mogli?

- To pytanie, które również sobie stawiałam. Według mnie istnieje pewien decydujący moment, do którego można było jeszcze coś zmienić, i po którym nic się już nie dało zrobić, bo to oznaczałoby ogromne zagrożenie dla człowieka, który by się przeciwstawiał. Czas, kiedy można się już tylko było bać o własne życie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje