Reklama

Reklama

Śmiech pomaga przetrwać

Czego możemy dowiedzieć się o sobie i innych w obliczu nieszczęścia i niepowodzeń? O swoich najtrudniejszych chwilach w życiu opowiedział Rafał Bryndal, znany polski satyryk.

PANI: Dużo już w życiu straciłeś?

Reklama

Rafał Bryndal: Wcześnie straciłem matkę. Miałem 18 lat, a mój brat 13. Jest taka autobiograficzna powieść Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku". Oz opisuje w niej życie swojej rodziny. W Rosji, na Ukrainie, w Polsce, aż po wyjazd do Jerozolimy. Jego matka wcześniej studiująca w najlepszych szkołach w Polsce nie poradziła sobie w nowym miejscu. Czytając o jej śmierci i bólu Oza, poczułem z nim braterstwo. Jego reakcją była potrzeba zmiany. Postanowił nie być stereotypowym Żydem, który się nad sobą użala. Zamieszkał w kibucu. Jeździł na traktorze i pisał. Rozumiem tę reakcję - wynika z poczucia, że jesteś winny. Trauma z powodu śmierci matki chodziła za mną zawsze. Próbowałem o tym zapomnieć - balowałem, żyłem na maksa. Miałem poczucie, że muszę cały czas udowadniać, że potrafię, że dam sobie radę. Dlatego wyjechałem na długo do Kanady. Ten wyjazd mi pomógł. Dawno temu przeżyłem zawód miłosny. Coś okropnego. Wszystko przestaje istnieć. Jakby było scenografią, która znika. To niebezpieczny stan. Ale mija jak każda żmija (śmiech). Ostatnio straciłem sporo na wadze oraz nie mam już tak dużego nosa. Wszyscy mi mówią, że jestem inny. I czuję się inny.

Masz metodę na ból, pustkę, żal? Zrozpaczony śmiercią syna Nick Cave nagrał płytę, w której wyraził swoje uczucia. Co tobie pomaga przetrwać trudne chwile?

- Zawsze odreagowuję fizycznie. Kiedy dowiedziałem się o śmierci mamy, wybiegłem z domu i gnałem tak przez całe miasto. Na zatracenie. Jak w filmie "Biegnij, Lola, biegnij" (reż. Tom Tykwer - red.). Potem uprawiałem sport, był rower, piłka nożna. Żeby cały czas być w ruchu, żeby się zmęczyć totalnie. Pomaga mi pisanie. Męka rozpoczynania jest oczywista, ale jak się już zanurzysz w innym świecie, działa to uwalniająco. W takich sytuacjach możesz być grafomanem, to nie ma znaczenia. Zawsze źródłem nadziei jest dla mnie mój syn. Nasza relacja jest niewymuszona, naturalna. Staram się nie narobić mu obciachu.

Inne osoby rozumieją nasze uczucia związane ze stratą? 

- Nieważne, ile mieliśmy kochanek, kochanków, mężów, żon, przyjaciół czy znajomych, zawsze będziemy sami. Ale myślę, że drugi człowiek może nas rozumieć i nam współczuć. Być obecnym, gdy cierpimy. Mimo to nikt nie przeniknie myśli drugiego człowieka. Są tak pokrętne, bolesne, czasami wstydliwe, że wolelibyśmy się do nich nie przyznawać. Ktoś, kto myśli, nie robi tego tylko poprawnie. Od jego przyzwoitości zależy, co z tym zrobi.

W filmie "Serce psa", nakręconym po śmierci męża Lou Reeda, Laurie Anderson mówi, że sztuką jest przeżyć smutek tak, aby nie stać się przepełnionym nim człowiekiem. Umiesz sobie radzić z takimi emocjami?

- Jestem postrzegany jako wesoły chłopak, ale śmiech to dla mnie psychoterapia. Zresztą przyjrzyjmy się komediantom show-biznesu, to są ludzie raczej smutni, jak Woody Allen. Potrzebuję tego śmiechu, żeby przetrwać. Ale nic na siłę. Czasem jesteśmy smutni i już. Udawanie, że jest inaczej, byłoby nieautentyczne. Szczere radzenie sobie ze smutkiem jest rzeczywiście sztuką. 

Można być tym samym człowiekiem po doświadczeniu wielkiego dramatu?

- Po naprawdę dramatycznym przeżyciu nikt nie będzie taki sam. Ludzie idą w dwie strony. Albo nie mogą znieść swoich uczuć i uciekają od nich - w szaleństwo, czasem zatracenie, albo próbują je przeżyć. Wtedy pomaga obecność bliskich. I pasja.

Cierpienie ma sens?

- Nadawanie sensu cierpieniu zawsze wydawało mi się wymówką. Nieustannie wmawia się nam, że na końcu bólu jest jakaś nagroda, np. będziemy szlachetniejsi. Mówią to ci, którzy chcą nam pomóc. Ale co mają powiedzieć? Że się nacierpiałeś bez sensu? Nie zmienia to faktu, że cierpienie jest powszechnym, wspólnym nam wszystkim doświadczeniem.

Czego uczą straty?

- Żeby cieszyć się każdą chwilą. Niby banał, a ile jest w nim prawdy. Żeby dostrzegać radość w małych rzeczach. Nie porywać się na wielkie idee, zamiary, plany. One przyjdą z tych małych chwil. 

Dramatyczne przeżycia skłoniły cię do podjęcia jakichś kroków?

- Pewnie nie zmieniłbym swojego życia, jak to zrobiłem. Motywacją było poczucie, że tracę szacunek do siebie, a co najważniejsze, szacunek najbliższych. I przez to mogę ich stracić. Niektórzy uświadamiają sobie, że muszą coś zmienić dopiero po stracie. Na szczęście mnie udało się zorientować chwilę wcześniej. Zrozumiałem, że staję się trochę żałosny. I zacząłem się bać, że nie zniosę straty, do której się zbliżałem dużymi krokami. Dziś prowadzę bardziej higieniczny tryb życia - przestałem balować, jeżdżę na rowerze, gram w golfa. I jestem z tego dumny. Nie sztuką być twardym, kiedy wszystko się udaje. 

Co mógłbyś powiedzieć tym, którzy borykają się z przeżyciem straty?

- Nienawidzę dawania rad. Ale jak pomyślę, czego sam bym potrzebował, to wydaje mi się, że dobrym rozwiązaniem jest w takiej sytuacji zrealizowanie jakiegoś odwiecznego marzenia. Na przykład jeśli marzyłeś, żeby zdobyć ośmiotysięcznik, wejdź chociaż na mniejszą górę. 

Jesteś odporniejszy na straty, które mogą jeszcze przyjść (oby nie)?

- Nie jestem odporniejszy. Jestem bardziej świadomy, że w każdej chwili może mnie spotkać coś trudnego, bolesnego. To pewnie powoduje, że łatwiej byłoby mi sobie poradzić. A może wcale nie? Co możemy o sobie wiedzieć, zanim nie znajdziemy się w trudnej sytuacji?

11/2016 PANI

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje