Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Silniejsza od cyklonu

​My widzimy taki żywioł w telewizji, ona go przeżyła. Tajfun Yolanda z falami o wysokości 15 metrów, które zalały miasta, był koszmarem. Joanna Sustento z Filipin straciła prawie całą rodzinę. Co robić, gdy stoisz sama na gruzach domu, nie masz nic? Ile trzeba siły, by otrząsnąć się z tragedii! Dla niej sensem życia stała się walka o ochronę klimatu Ziemi, by powstrzymać kataklizmy

Marzyła o biznesie, chciała podróżować, założyć fajną rodzinę jak starszy brat. Nie myślała, że tak szybko zajmie się poważnymi sprawami. Skoro musiała przeżyć tak wiele, niech to chociaż będzie po coś. 27-letnia Joanna Sustento jest od kilku lat twarzą filipińskiego Greenpeace’u, organizacji, która domaga się ochrony środowiska. Organizuje w swoim kraju Marsze dla Klimatu. "Na Filipinach nie lubi się manifestantów - mówi nam Joanna. - Ludzie podejrzewają, że ktoś im płaci za wymachiwanie transparentami albo że nie mają nic lepszego do roboty. Kiedyś nie miałam ochoty się angażować. Musiałam przeżyć tragedię, by zobaczyć sens walki o zachowanie klimatu". 

Akt I - Spokój

Reklama

Tajfuny na Filipinach zdarzają się często, nawet kilkanaście razy w roku. Znałam je od dziecka i... lubiłam. Kiedy przychodziły, w szkole odwoływano lekcje, mogłam spać do późna, leżeć na kanapie i czytać. Wiatr i deszcz sprawiały, że robiło się chłodniej. Rodzina była razem, wieczorem moi starsi bracia opowiadali historie o duchach. To było lepsze niż kino! Jak tu nie lubić tajfunów? 

Wyobrażam sobie, że można to porównać do zamieci śnieżnej, którą przeczekuje się w drewnianym domu z kominkiem, w którym płonie ogień. Otula cię ciepło, jesteś w gronie najbliższych, pijecie gorącą herbatę, niczego wam nie brakuje. Wszystko gra! 

Kiedy przychodziła tropikalna burza, zrywał się wiatr, padał ulewny deszcz, wnosiliśmy do domu meble ogrodowe i inne przedmioty. Czekaliśmy, aż tajfun przejdzie. I już. Czasami słyszeliśmy, że domy położone w niższych partiach miasta były zalewane. U nas nigdy to się nie zdarzyło. 

Od urodzenia mieszkałam na obrzeżach Tacloban, portowego miasta na wyspie Leyte (cały Archipelag Filipiński składa się z kilku tysięcy wysp - red.). Spokojne osiedle, jedna ulica, 15 domów, wszyscy się znali. Moja rodzina zajmowała parterowy betonowy bungalow. Do najbliższej zatoki, którą porastały lasy namorzynowe, mieliśmy 50 metrów, wokół domu rosły palmy bananowe i kokosowe, w głębi lądu widać było zielone wzgórza. Na jednym z pagórków stał dom babci. 

O tym, że zbliża się kolejny tajfun wiedzieliśmy od kilku dni. W komunikatach ostrzegano, że wiatr ma być silniejszy niż zwykle, ale taty to nie martwiło - mieliśmy solidny dom, nie żadną chatkę z drewna. Nikomu nie przyszło na myśl, że powinniśmy się ewakuować. Było nas wtedy w domu siedmioro. Moi rodzice, ja, mój starszy brat Julius oraz Jonas - najstarszy brat, który przyjechał z Manili z żoną Geo i dwuletnim synkiem Tarinem. 

Zapowiadał się fajny dzień. Przygotowania do nadejścia tajfunu zaczęliśmy od porządków wokół domu. Jak zawsze. Kiedy zrywa się huragan, nawet mały przedmiot jak drewniana zabawka może wyrządzić szkodę - wybić szybę, uszkodzić auto. Potem zabraliśmy się do przygotowania jedzenia. Zwykle cyklon wyłączał nas z życia na dzień, ale już kolejnego wszystko wracało do normy. Nie baliśmy się. Co mogłoby się wydarzyć tym razem? Wuj namawiał ojca, byśmy przenieśli się na ten jeden dzień do domu babki, na wzgórze. Ojciec odmówił. Wierzył, że nic nam nie będzie. 

Akt II - Szok

Obudziłam się o piątej rano. Twarz miałam mokrą. Okno w pokoju było otwarte i deszcz wpadał do wewnątrz. Niewiele było widać, tylko białą ścianę wody i drzewa wygięte pod naporem wiatru. Ale to nie widok mnie przeraził, tylko straszny dźwięk. Dom złowrogo zawodził, a jego ściany wibrowały. Tak silna była wichura. To uzmysłowiło mi, że tajfun różni się od wszystkich wcześniejszych. 

Przeszłam do kuchni, rodzice stali obok siebie, milczeli. Starałam się wyczytać z ich twarzy, czy powinnam się martwić tym, co się działo. Bracia byli na zewnątrz, próbowali ratować pralkę, nikt się nie spodziewał, że wiatr będzie w stanie nią miotać po tarasie. Nie mogli jednak jej przymocować ani wciągnąć do domu. Stałam przez chwilę przy otwartych drzwiach i zobaczyłam, jak huragan wyrywa palmę z ziemi. Spadła na garaż. Gdy wystawiłam głowę za próg, by widzieć więcej, poczułam, jakbym dostała piłką lekarską w twarz - takiego podmuchu się nie spodziewałam. Nie mogłam złapać tchu! Bracia wrócili, z trudem zamknęliśmy drzwi, zasunęliśmy żaluzje w oknach, ale przeraźliwe buczenie nie ustawało. 

Na suficie pojawiły się zacieki, dach zaczął przepuszczać wodę, co wcześniej się nie zdarzało. Była chwila przed siódmą. Zobaczyliśmy, że spod drzwi kuchennych wlewa się do mieszkania woda. Myślałam, że to deszcz, próbowaliśmy przeciek zatamować kocami i dywanami. Dochodziły do nas dźwięki łamanych drzew, ale nagły huk był na tle tamtych odgłosów przerażający - to brama naszej posesji została przez coś sforsowana z dużą siłą. Przez co? - nie mieliśmy pojęcia. 

W sypialni rodziców pojawiła się nagle woda. Rzuciliśmy się do przestawiania cenniejszych przedmiotów na stoły i półki. Ale poziom wody podnosił się szybciej. To już nie był deszcz, lecz powódź. Brat krzyczał: "Musimy się stąd wydostać, wychodźcie, bo utoniemy! Natychmiast!". Po otwarciu drzwi okazało się, że woda jest już wszędzie dookoła. Słona, brudna, brązowa. Płynęła z ogromnym impetem, ciężko było ustać na nogach. Wychodziłam jako ostatnia, silny prąd wpychał mnie z powrotem do domu. W wodzie pływały ubrania, meble, ale też węże, szczury... Cały czas coś we mnie uderzało. 

Każdy z nas znalazł sobie coś, czego mógł się mocno trzymać - rynna, parapet, krata w oknie. Szukaliśmy sposobu, by wejść na dach, ale przede wszystkim chcieliśmy uchronić małego Tarina. Mojemu bratu Jonasowi udało się wyłowić kamizelkę ratunkową. Założył ją synkowi. Wypatrzył w wodzie styropianowe pudło, w którym trzyma się zwykle lód. Chciał do niego wsadzić Tarina, by był bezpieczny. Ruszył w kierunku pojemnika i... natychmiast porwał go prąd! Jego żona wpadła w panikę, puściła się kraty i zniknęła w wirze brunatnej wody. Tarin został bez rodziców. Widziałam, jak wpada pod wodę, wynurza się przerażony i znowu idzie pod wodę. Nie wiedziałam, co robić. Nagle podpłynęła jego mama, złapała go, przytuliła i... wtedy widziałam ich po raz ostatni. Woda ich porwała. 

Ja i rodzice trzymaliśmy się kurczowo domu. Drugiego brata straciłam z oczu już wcześniej. W końcu udało się nam wdrapać na dach, ale woda gwałtowanie się podnosiła i szybko nas z niego zepchnęła. Próbowaliśmy płynąć do trzypiętrowego domu sąsiada, ale ciężko było wygrać z nurtem. Widziałam, jak tata opada z sił, znika pod wodą, wynurza się, rozpaczliwie próbując złapać oddech, wreszcie za którymś razem nie wypłynął. A ja, walcząc o życie, czułam, jak paraliżuje mnie rozpacz i bezsilność. Wtedy pod wodę wciągnął mnie wir. Chciałam wypłynąć na powierzchnię, ale blokowały mnie pływające dookoła przedmioty. Nie wiem, ile to trwało, zaczęłam tracić siły. Wtedy przyszła myśl, że to jest mój koniec. Spróbowałam wydostać się po raz ostatni. I udało mi się, poczułam powietrze, życie. Wczołgałam się na drewniane drzwi. Usiłowałam wciągnąć na nie dryfującą na fali mamę, ale wyślizgiwała mi się z rąk. Powtarzałam jej imię, dotykałam twarzy, ale ona nie odpowiadała, nawet na mnie nie patrzyła. Nie żyła. Jednak nie potrafiłam jej puścić, płynęłam, obejmując jej martwe ciało... Nie byłam w stanie wyobrazić sobie życia bez mojej rodziny. A tylko mama mi została. W końcu musiałam ją puścić. By żyć... 

>>> Czy członkowie rodziny Joanny przeżyli? Czytaj na kolejnej stronie <<<

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje